Dzieciństwo – wspaniałe to były czasy (cz.1) sty21

Tagi

Podobne artykuły

Share

Dzieciństwo – wspaniałe to były czasy (cz.1)

Urodziłam się w domu, w którym spędziłam także większość swojego życia. Wybudowała go moja babcia w 1936roku. Chyba natychmiast postanowiłam zostać wychuchaną  jedynaczką. Sprawiałam zatem wiele kłopotów. Nasz dom był zaludniony z powojennego przydziału rodzimej lokalówki. Mieszkało w nim sześć rodzin i jeszcze jakieś pałętające się po nim osoby. Było mi chyba ciasno z rodzicami w jednym przejściowym pokoju, postanowiłam sobie poszerzyć przestrzeń życiową i zmusić lokatorów do wyprowadzki, bo darłam się  niemiłosiernie od pierwszego dnia. Niestety ci obcy ludzie wszystko przetrwali. Po trzech miesiącach życia, pewnie zmęczona tą klaustrofobiczną ciasnotą postanowiłam umrzeć.

W czasie okupacji rodzice i babcia stracili cały liczny majątek, a okazało się, że do mojego przeżycia potrzebna jest bardzo droga penicylina. Poszły zatem do ludzi smętne resztki bogactwa, mamy pierścionki i jedna ze złotych babcinych bransolet ukryta w okupacyjnym plecaku. Wtedy nie byłam zainteresowana tym kruszcem, zdecydowanie bardziej przydały mi się duże ilości antybiotyku. W miniaturowe wówczas pupsko byłam kłuta co trzy godziny.

Rosłam z nadzieją, że rodziców bardzo przywiązałam do siebie swoją kruchością, że mają przy mnie mnóstwo zajęć i nie będą w przyszłości myśleć o głupotach i nie sprawią sobie kłopotu w postaci mojego rodzeństwa, a ja nie będę  musiała się dzielić zabawkami, szczególnie, że posiadałam tylko jedną porcelanową lalkę. Lokatorzy specjalnie mi już nie przeszkadzali, bo przylegający, spory ogródek  nie był przeznaczony do podziału przez Wydział Lokalowy i tam miałam własne królestwo. Stara wiśnia, jabłoń i czereśnia, rozrośnięte szeroko były wspaniałą wysokogórską wspinaczką. Dach ogrodu tworzyły winogrona oplecione wokół drzew, a tak pyszne, że do dzisiaj pamiętam ich smak i aromat.
Z czasem zaczęły przychodzić koleżanki, potem koledzy i ten mój ogródek pozostał mi w pamięci jako czarodziejski, dziecięcy klub. Nawet nie ze względu na owocowe smakołyki, ale zabawy jakie urządzaliśmy w krzakach. Już jako pięciolatki zapoznawaliśmy się z różnymi, dziwnymi częściami ciała. Gdy nasz „lekarz” stwierdzał ciężką chorobę (bez konieczności podania jej nazwy, a także rozpisania dawkowania leku) jedliśmy pąki piwonii, kwiaty jaśminu, niedojrzałe czereśnie, kwaśne jabłka i  wracaliśmy do zdrowia. Ci, którym „leki” nie pomagały dostawali zastrzyki. Dziewczyny i chłopaki pojedynczo kładli się na trawie i wypinali pupy. Za igły służyły najdłuższe kolce róży wbijane całą siłą do oporu jaki stawiało krwawiące ciało. To była świetna zabawa.
Wszelkie eksperymentowanie zostało mi do dzisiaj i już w bardzo dorosłym życiu robię wszystko co tylko można ( a można wiele ) z kosmetykami BingoSpa. Na szczęście firma nie przewiduje żadnego kłucia i jest to doskonała zabawa w upiększanie.