Imię: Magdalena Data imienin: 22 lipca Data urodzin: 25 lipca
Prosiłyscie o moje zdjecie :)) Więc to jest moje zdjęcie z przed 3 lat. Zrobie ładniejsze i nowsze to wstawie obiecuje :)
Lubie..... może lepiej powiem czego nie lubie :) A wiec nie lubie... kotów i muzyki techno.
Wpisy:
2009-09-14 13:26:50 zapraszam do grona moich znajomych na co kupić :) https://cokupic.pl/zaproszenie/magdagb
2009-08-22 13:12:33
2009-08-22 13:12:17 moje kochane Dźwirzyno
2009-08-22 13:11:52 moje kochane Dźwirzyno
2009-08-22 13:11:12 Dźwirzyno Dźwirzyno (do 1945 r. niem. Kolberger Deep) – wieś sołecka w północno-zachodniej Polsce, w województwie zachodniopomorskim, w powiecie kołobrzeskim, w gminie Kołobrzeg. Miejscowość położona jest nad Morzem Bałtyckim, na Pobrzeżu Szczecińskim oraz nad jeziorem Resko Przymorskie. Według danych z 30 czerwca 2009 wieś miała 699 stałych mieszkańców.
Dźwirzyno to miejscowość wypoczynkowa posiadająca rozbudowaną bazą wypoczynkowo-turystyczną. Dogodne położenie nad morzem i jeziorze Resko Przymorskie sprawia, że oprócz wypoczynku na plaży można tu także wędkować, obserwować przyrodę i uprawiać sporty wodne.
Dźwirzyno (przy współrzędnych 54°09'25″N 15°23'45″E / 54.15694, 15.39583) leży w środkowej części wybrzeża woj. zachodniopomorskiego, w północno-zachodniej części powiatu kołobrzeskiego. Miejscowość położona jest nad Morzem Bałtyckiem, na północno-wschodnim brzegu jeziora Resko Przymorskie. Dźwirzyno leży nad rzeką Starą Błotnicą. Dźwirzyno znajduje się na Wybrzeżu Trzebiatowskim – jednym z mezoregionów Pobrzeża Szczecińskiego. Wieś jest położona ok. 10 km na zachód od Kołobrzegu.
2009-08-22 13:05:34
Teraz okres Wakacji a ja zawsze w wakacje myślę o Dźwirzynie moje ukochane nadmorskie miasteczko. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś będę mogła tam pojechać
2009-06-18 13:37:46
2009-06-18 13:35:55
2009-06-18 13:34:23
2009-06-18 13:32:48
A to grill (SMEREK)
2009-06-18 13:30:50
2009-06-18 13:29:05 No i dalej
2009-06-18 13:26:13 A to inny wypad Również Bieszczady
2009-06-18 13:20:58 A to nasze letnie wypady Bieszczdy
2009-06-18 13:17:46
2009-06-18 13:14:28 zakończenie roku :)
2009-05-07 13:39:02 prosze o głosy :) ODCHUDZAM SIĘ http://vitalia.pl/index.php/mid/67/fid/936/diety/odchudzanie/sid/3156
2009-02-19 19:39:36
grubas na co dzień
2008-11-25 12:53:15 Troche o tradycji św Bożego Narozdenia Święto Bożego Narodzenia ma bardzo uroczysty charakter. Jest przeżywane, zwłaszcza w Narodzie Polskim, jako święto rodzinne. Zaznacza się to najbardziej w przeżywaniu Wieczoru Wigilijnego. Niemal w każdym domu ubiera się choinkę. Jest ona chrześcijańskim symbolem drzewa rajskiego. Przez swoją żywość i zieleń zachowywaną nawet w zimie staje się symbolem Chrystusa jako „drzewa życia’’, a przez przyozdabianie jej świecami lub lampkami elektrycznymi, symbolizuje Chrystusa „światłość świata". Pod choinką ustawia się często żłóbek, dla upamiętnienia narodzenia Pana Jezusa w Betlejem.
Najważniejszym wydarzeniem Wieczoru Wigilijnego, jest dzielenie się opłatkiem.Ten prosty zwyczaj wypełniony jest wieloma znaczeniami.Do jednego stołu zasiadają razem pogodzeni lub szukający zgody. Dzieląc się opłatkiem składamy sobie życzenia: dobra duchowego i materialnego. Dobro materialne symbolizuje materia opłatka - chleb. Oby go nam i naszym bliźnim nigdy nie zabrakło, obyśmy umieli dzielić go z potrzebującymi!.Opłatek Wigilijny jest dla chrześcijanina nawiązaniem do potrzeby spożywania Chleba biblijnego, z którym utożsamił się Chrystus.Fakt dzielenia się chlebem w postaci opłatka był znany od początków Kościoła. Nie miał on jednak żadnego związku z okresem Bożego Narodzenia.Najstarsze informacje mówiące o tym zwyczaju w polskich rodzinach pochodzą z końca XVIII wieku.W starożytności chrześcijańskiej, znano, bowiem zwyczaj błogosławienia chleba i spożywania go jako rodzaju komunii duchowej,wierni uczestniczący w Mszy Świętej składali na ofiarę chleb.Był on w części przeznaczony do konsekracji i rozdzielany jako Komunia święta. Drugą część błogosławiono przy Mszy świętej i rozdzielano wiernym do spożycia. Ten błogosławiony chleb, często zabierano do domów dla podzielenia się z tymi, którzy nie mogli uczestniczyć w Mszy św. Z upływem czasu zwyczaj ten uległ zapomnieniu, gdyż nie przynoszono już chleba na ofiarę w Mszy świętej.W średniowieczu pojawił się rodzaj pieczywa, którego forma przypomina dzisiejsze opłatki. W tej zmienionej postaci przetrwał na Ziemiach Polskich.Słowo Adwent oznacza po polsku:przychodzę, przybywam,ukazuję się.Od początku chrześcijaństwa odnoszono te znaczenia do Narodzenia Mesjasza, Chrystusa Jezusa.W okresie Adwentu, kapłani przekazywali wiernym specjalnie przygotowany i błogosławiony chleb–opłatek, którym dzielono się podczas Wieczerzy Wigilijnej.Gdy Polska utraciła byt państwowy po rozbiorach, ostoją dla życia narodowego, stało się życie religijne w Kościele katolickim.Częste w owym czasie rozdzielenie rodzin, spowodowane zesłaniami na Sybir, po powstaniach narodowych oraz wymuszoną emigracją sprawiło, że na święta Bożego Narodzenia wraz z innymi prezentami, przysyłano sobie opłatek. Stał się on w ten sposób symbolem Świąt,a dzielenie się nim było wyrazem uczuć,przyjaźni i życzliwości. Na uwagę zasługuje fakt, iż nazwa miejscowości Betlejem oznacza-„Dom chleba”. Stąd dodatkowy aspekt symboliczny opłatka, jako znaku Jezusa Chrystusa i Jego ziemskiego narodzenia.
2008-11-25 12:37:30 Mikołaj współcześnie Według popularnej miejskiej legendy, obecny wizerunek – czerwony płaszcz i czapka – został opracowany w 1930 roku na zlecenie koncernu Coca-Cola przez amerykańskiego artystę, Freda Mizena, jednak pierwsze wizerunki Mikołaja w tym stroju pojawiły się już w latach 20., kilka lat zanim został użyty w reklamie napoju. Na pewno jednak reklama ta pomogła utrwalić w powszechnej świadomości ten kostium świętego. Rok później nowy wizerunek św. Mikołaja przygotował, także na zlecenie Coca-Coli, Huddon Sundblom.
Współcześnie, ze względów komercyjnych, wizerunek św. Mikołaja jest używany przez handlowców, a okres wręczania prezentów rozciągnął się od imienin Mikołaja do Nowego Roku. Jako postać reklamowa Mikołaj jest popularny w okresie świątecznym także w krajach Azji (mimo niewielkiej liczby mieszkających tam chrześcijan), dokąd trafił z USA. Towarzyszy kończącym rok handlowym promocjom nawet w Chinach, gdzie jest znany jako Staruszek Bożonarodzeniowy
2008-11-25 12:35:02 Co mówi o świętym Mikołaju Wikipedia Święty Mikołaj (ang. Santa Claus, Father Christmas) – baśniowa postać starszego mężczyzny z brodą ubranego w czerwony strój, który wedle legendy w okresie świąt Bożego Narodzenia rozwozi dzieciom prezenty saniami ciągniętymi przez zaprzęg reniferów. Według różnych wersji zamieszkuje wraz z grupą elfów Laponię, i biegun północny.
Obecnie powszechna forma tej postaci wywodzi się z kultury brytyjskiej i amerykańskiej, gdzie jest jedną z atrakcji bożonarodzeniowych. W tradycji bizantyjskiej jego odpowiednikiem jest Święty Bazyli, który obdarowuje prezentami dzieci w dniu 1 stycznia. W Rosji i krajach ościennych popularny jest Dziadek Mróz (ros Дед Мороз) i Śnieżynka (ros. Снегурочка). Natomiast w Polsce, podobnie jak w większej części Europy dzień Świętego Mikołaja obchodzony jest tradycyjnie 6 grudnia jako wspomnienie świętego Mikołaja, biskupa Miry. Rankiem tego dnia dzieci, które przez cały mijający rok były grzeczne, znajdują drobne upominki, ukryte pod poduszką, w buciku lub w innym specjalnie przygotowanym w tym celu miejscu (np. w skarpecie).
Na skutek przenikania do europejskiej tradycji elementów kultury anglosaskiej (w szczególności amerykańskiej) także w Europie Święty Mikołaj utożsamiany jest coraz częściej z Bożym Narodzeniem i świątecznymi prezentami. Ze względu na sympatię, jaką jest darzony, postać Świętego Mikołaja stała się nieodłącznym elementem przedświątecznych promocji handlowych. Można go spotkać na ulicach miast, a także w każdym centrum handlowym, już od połowy listopada do końca grudnia. Dzięki sprawnej promocji praktycznie zastąpił on w świadomości wielu osób tradycyjny wizerunek świętego Mikołaja biskupa.
2008-11-25 12:28:31 Gdzie Jak W Polsce
W wigilię dzieci wypatrują na niebie pierwszej gwiazdki. Kiedy ją zobaczą, cała rodzina zasiada do uroczystej wieczerzy. Na pamiatkę narodzenia Jezusa w stajence kładzie się pod obruz sianko. Na stole stawia się zawsze jedno nakrycie więcej dla niespodziewanego gościa. Przed kolacją wszyscy dzielą się opłatkiem i składają sobie życzenia, zapominając o wcześniejszych kłótniach i nieporozumieniach. Jest to bardzo wzruszająca chwila. W polskiej tradycji przygotowania Bożego Narodzenia rozpoczynają się adwentem. Okres świąt kończy się 6 stycznia, w dniu Trzech Króli. W czasie świąt dzieci przebrane za diabły, anioły, pasterzy obchodzą domy i śpiewają kolędy. Dostają za to drobne pieniądze i słodycze. Jeśli jest dużo śniegu, można urządzić wspaniały kulig z pieczeniem kiełbasek na ognisku i śpiewami.
Na Słowacji
Na Słowacji święty Mikołaj z przebierańcami w maskach przegania z domów śmierć. Ma on wygląd przerażającego upiora z kosą w ręku. W czasie adwentu najmilszym dniem dla dzieci jest 6 grudnia. Czyszczą one swoje buty i stawiają je na parapecie okna, aby otrzymać prezent od Świętego Mikołaja. W wielu rodzinach urządza sie dzieciom małe święto. Dorośli przychodzą przebrani za świętego Mikołaja, diabła i anioła i podczas gdy dzieci śpiewają, wręczają im prezenty. Między Bożym Narodzeniem a dniem Trzech Króli wypada "dwanaście świętych dni". W tym czasie ludzie przebierają się i tańczą przy muzyce, podtrzymując dawne ludowe zwyczaje związane z bliskim końcem zimy.
W Austrii
Święty Mikołaj przychodzi w towarzystwie diabłów, czyli Krampusów. Są to przebierańcy, którzy straszą nieposłuszne dzieci. Boże Narodzenie jest tu najważniejszym świętem w roku. Wszyscy starają się je spędzić z rodziną. Wieczorem 24 grudnia zamyka się restauracje, kina i teatry. Trwają ostatnie przygotowania do świąt. W adwencie zapala się świece. W pierwszą niedzielę jedną, w drugą dwie... Na placach wielu miast i wsi stoją ogromne choinki. 24 grudnia na ulicę wychodzą tłumy dzieci, często w towarzystwie babci czy dziadka. Rodzice zajmują sie wtedy przystrajaniem drzewka, które do tej pory czekało ukryte na strych lub w piwnicy. W stolicy Austrii Wiedniu, w parku niedaleko ratusza przez cały grudzień panuje nastrój święta i zabawy. Pośród bajkowych dekoracji stoją pięknie ozdobione drzewa.
2008-11-25 12:18:12
ŚWIĘTY MIKOŁAJ jest znany na całym świecie.
W Anglii jest nazywany Father Christmas, w USA Santa Claus, we Włoszech Babbo Natale,
w Niemczech - Heilige Nicolaus.
Z czasem święty Mikołaj zmienil swoj wygląd. Kiedy Holendrzy osiedlili się w USA
nazwa Siter Klaas zmienila sie na Santa Claus.W Ameryce Święty Mikołaj przybrał postać pyzatego dziadka o czerwonych policzkach i długiej białej brodzie podróżującego saniami w zaprzegu reniferow.
Mikołaj był szlachetnym biskupem. Legendy mówią, że potrafił czynić cuda.
Najsłynniejsza z nich opowiada o trójce dzieci, które zły drwal zabił i ukrył w beczce.
Mikołaj przywrócił dzieci do życia i obsypał je prezentami.
2008-11-25 12:16:51 Co my wiemy o świętym Mikołaju? 6 grudnia - jak dobrze wiecie,
Święty Mikołaj chodzi po świecie.
Dźwiga swój worek niezmordowanie
I każde dziecko prezent dostanie.
Dla Asi ma piłkę, dla Bartka - sanki
i figurówki dla Zuzanki.
Kasi ksiązeczke da z obrazkami
i lalke Barbie z ubrankami.
Dla Krzysia ma czapkę i rękawiczki,
Bliźniaczką z Kocka da dwa szaliczki.
Jasiowi puzzle, drewniane klocki,
Mateuszowi - wóz strazacki.
a dla Jędrusia z Zakopanego
Ma narty i piękne klocki lego.
A kiedy rozda juz prezenty,
Wraca do nieba uśmiechniety.
Choć może czasem przykro świetemu,
Ze nikt prezentów nie daje jemu.
Halina Szal
2008-11-25 12:14:57 Juz tuż tuż zima, swięta, mróz Poddaje już świąteczny nasrtój gdyż do świat już tylko miesiąc a do mikołajek 2 tygodnie :)
CZAS UCIEKA
2008-10-27 20:53:18 BARDZO PROSIMY O GŁOSY MOŻNA GŁOSOWAĆ RAZ DZIENNIE :* http://www.bebiko.com.pl/#/galeria/893510fec7bd5bd799d0ee66bf551c8d
2008-07-09 22:36:24
2008-07-09 22:35:55
2008-07-09 22:35:22
2008-07-07 08:39:32 nowy wygląd mojego synka
2008-06-17 19:41:15
sprzedam jeszcze swoje butynie uzywane ani raz bo tesciowa kupila mi na obcasie a ja niestety przez ten moj kregosup nie moge chodzic w butach na obcasie wiec sprzedaje rozmiar 36. Kosztowały 75zł ale opuscic moge
2008-06-17 19:36:34
moze chcecie kupić sliczne japoneczki? u mnie znalazlam sklep do likwidacjii i facet ma super japoneczki w roznych kolorach i rozmiarach moze wam kupic i wyslac? naprawde okazja jedne za 32zł a te 2 za 38.
Oba fasony ma w kolorach
-złoty,
-srebrny
-czarny
-biały
2008-04-16 20:05:22
jedne
2008-03-27 21:01:47
2008-03-22 19:32:56
2008-01-27 13:26:40 grajcie i wygrywajcie :)
2007-12-03 07:27:04 ślub
to kilka zdjec z przed kilku lat z mojego ślubu
2007-11-23 21:07:46
2007-11-23 21:04:54
2007-11-23 20:56:28
2007-11-23 20:23:38
A to jest jedyny w swwoim rodzaju wampir :)
2007-11-23 20:22:32
Wąż
NETOPEREK :)))
2007-11-23 20:21:36
Kolejna porcja zwierzyńca
2007-11-23 20:20:00
KUCYK
MAłPECZKI
2007-11-23 20:19:40
2007-11-23 20:19:12
A teraz kilka zdjęc z zoo Krakowskiego
HIPCIE
2007-11-23 20:18:30
A tu Bartuś z wózkiem który dostaliśmy od Samaramao :)
2007-11-23 20:17:40
2007-11-23 20:17:00
2007-11-23 20:16:25
2007-11-23 20:15:31 Kraków Wakacje Już dawno po wakacjach ale ja wkleje kilka zdjec z zimniejszego okresu wakackii:) Bartuś w krakowie
2007-11-17 19:39:37
Dziewczyny sprzedam 2 biustonosze nowe
ROZMIAR: 75 B
BIUSTONOSZE POSIADAJĄ -regulowane odpinane ramiączka ,trójstopniowa regulacja obwody oraz fiszbiny
CZARNY posiada złotobiałe aplikacje w obwodzie i prześliczne złotobrązowe wykończenia koronki.
ramiączka sa od wewnętrznej strony pokryte miekką aksamitną tkaniną podobnie jak wewnętrzne wykonczenie miseczek
BIAŁY poziada srebrnoszare aplikacje w obwodzie, wykonczony jest sliczną miękką koronką
Cene uzgodnimy
2007-09-20 11:37:18
2007-09-20 11:36:53
2007-09-20 11:36:34
2007-09-20 11:36:13
2007-09-20 11:25:43
2007-09-20 10:00:41 sierpień
Wypad do Leska na lody
2007-09-03 07:06:27 Tort rozbiony na roczek mojej bratanicy
2007-08-05 17:45:35 Różyczka
Niestety jest gorzej niż myślałam :( mój synek nie ma różyczki tylko...... No właśnie co on ma.....??? Nikt nie wie na pogotowiu powiedziała lekarka, że to różyczka a teraz w szpitalu pediatra powiedziała ze to na pewno choroba zakaźna ale nie jest to różyczka :(
2007-08-05 10:55:43 Różyczka
Mój synek ma rózyczke własnie wrócilismy z pogotowia
2007-07-31 23:15:54
Mrówka
Wół
Miał odwieźć do szkoły stół.
Powiada do osła: Na wieś
Stół ten do szkoły zawieź.
Osioł pomyślał: O, źle!
I rzecze do kozła: Koźle,
Odwieź ten stół, bardzo proszę,
Dostaniesz za to trzy grosze.
Zawołał kozioł barana:
Odwieź ten stół jutro z rana.
Baran był na podwórku,
Do psa więc powiada: Burku,
Odwieź, bo mnie nie ochota!
Pies wezwał do siebie kota
I warknął: Kocie-ladaco,
Ty zająć się masz tą pracą!
Kot stołu wieźć nie zamierza,
Przywołał w tym celu jeża.
Jeż myśli: Gdzie stół, gdzie szkoła?
Więc szczura do siebie woła
I mówi: Do pracy, szczurze,
Stół odwieź szybko, a nuże!
Szczur chciał się myszą wyręczyć,
Lecz mysz nie lubi się męczyć,
Więc rzecze do żaby: Żabo,
Stół odwieź, bo mnie jest słabo.
Żaba jaszczurkę zoczyła:
Jaszczurko, bądź taka miła,
Najmocniej proszę cię, zawieź
Stół ten do szkoły na wieś.
Jaszczurka w pobliskich gąszczach
Zdołała dostrzec chrabąszcza:
Stół odwieź, chrabąszczu drogi,
Bo bardzo bolą mnie nogi.
Lecz chrabąszcz to okaz lenia,
Powiada więc od niechcenia:
Wiesz, mucho, zamiast tak brzęczeć
Mogłabyś mnie wyręczyć.
Mucha do mrówki powiada:
Jest to okazja nie lada,
Stół trzeba odwieźć do szkoły.
Ty lubisz takie mozoły.
Mrówka,
Nie mówiąc nikomu ani słówka,
Chociaż nie była zbyt rosła,
Wzięła stół i do szkoły zaniosła
2007-07-31 23:13:14
Mleko
- Co się stało, co się stało?
- Gwałtu, mleko wyleciało!
Przeraziła się kucharka,
Wyleciało mleko z garnka
I jak białe prześcieradło
Na patelni wierzchem siadło.
Jęło fruwać pod sufitem,
Przyśpiewując sobie przy tym:
- Dobre mleczko, smaczne mleczko,
Nie dla ciebie, kochaneczko!
Rozgniewała się kucharka
I na mleko głośno sarka:
- Któż to słyszał, żeby mleko
Wyleciało tak daleko?
Zsiądź z patelni, zsiądź już prędzej,
Bo na zawsze cię przepędzę!
Na te słowa mleko zbladło,
Przestraszyło się i zsiadło.
Chodźcie do nas. Zjedzcie z nami
Zsiadłe mleko z ziemniakami.
2007-07-31 23:09:27
Rak
Na półmisku leży rak,
A półmisek mówi tak:
Cóż to właściwie znaczy,
Panie raku?
Pan wcale mówić nie raczy,
Panie raku,
Panjest cały czerwony jak rak,
Panie raku,
Jakżeż można zaperzać się tak,
Panie raku?
Pan jest okropnie zagniewany,
Panie raku,
Pan jest w gorącej wodzie kąpany,
Panie raku!
2007-07-31 23:08:38
Pan Szczuka
Żył pan Szczuka pod Olkuszem.
Łowił ryby kapeluszem,
Straszył jeże, muchy łapał,
Wreszcie popadł w taki zapał,
Że gdy zima w polu słabła,
Na przynętę schwytał diabła.
A rozpoznał go po pysku,
A przydybał na ściernisku.
Był ubrany diabeł modnie:
Tabaczkowe nosił spodnie,
Kusy fraczek granatowy,
Zapinany do połowy,
Kamizelkę, krawat nowy,
A na samym czubku głowy
Cylinderek ciemnoszary
I rogowe okulary.
Miał do tego bródkę krótką
I gdy mówił, trząsł tą bródką.
Był pan Szczuka bardzo srogi,
Więc do diabła rzekł: "Do nogi!"
Wyjął smycz ze skóry byczej.
I uwiązał go na smyczy.
Diabeł buczał, diabeł mruczał,
A pan Szczuka mu dokuczał:
To go w plecy trącił nogą,
To nadepnął mu na ogon,
To przez ramię go przewiesił,
Aż się bies ze złości biesił.
"Co pan robi panie Szczuka?
Czy pan zwady z piekłem szuka?"
Lecz pan Szczuka ani pisnął,
Tylko mocniej smycz zacisnął,
Aż burczała w diable dusza,
I tak szedł z nim do Olkusza.
Diabeł wścieka się i krztusi:
"Panie Szczuka, pan mnie dusi,
Niech pan w głowę się popuka,
Niech pan puści, panie Szczuka!"
Lecz pan Szczuka słuchać nie chce,
Diabła dręczy, drażni, łechce,
Wreszcie rzecze: "Zamilcz, biesie,
Bo wystraszysz pliszki w lesie!"
Zaczął diabeł z innej beczki:
Panie Szczuka, dość tej sprzeczki,
Ja do piekła wracać muszę,
Niech pan puści, bo się duszę,
Oddam panu moją duszę,
Tylko niech pan, u kaduka,
Już mnie puści, panie Szczuka!"
A pan Szczuka szydzi z czarta:
"Cóż jest twoja dusza warta?
Mniej niż zgniła ulęgałka,
Tyle ot, co gnoju gałka."
A czart skomle: "Panie Szczuka,
Niech pan prędko to odpuka,
Mam ja duszę wyborową,
Prawie nową, daję słowo,
Nie zniszczoną, w dobrym stanie,
Pan dziś takiej nie dostanie."
"Dawaj! - w końcu rzekł pan Szczuka. -
Jest w mym domu ruda suka,
Może taka dusza czarcia
Suce nada się do żarcia."
Z tymi słowy smycz rozluźnił,
Diabeł kwękał, szemrał, bluźnił
I namęczył się niemało,
Aż wykrztusił duszę całą,
Po czym zniknął w cieniu buka.
Tyle widział go pan Szczuka.
A na ziemi rozpostarta
Pozostała dusza czarta.
Jął pan Szczuka gnieść ją w rękach:
Była czarna, gładka, miękka
Jak najlepsze sukno bielskie
I nie poznać, że diabelskie.
Rzekł pan Szczuka: "Wiem, co zrobię!
Frak z niej każę uszyć sobie!"
Był w Olkuszu krawiec taki,
Który szył najlepiej fraki,
Więc pan Szczuka w karnawale
Był ubrany doskonale
I wyjeżdżał co niedziela
W nowym fraku na wesela.
Mądra sztuka był pan Szczuka,
A dla głupich stąd nauka.
2007-07-31 23:06:27
Psi pazur
Żył sobie raz pewien Mazur.
Miał Mazur oczy jak lazur,
A zwał się Mazur Psipazur.
Psipazur mierzył trzy cale,
Ale w nadmiernym zapale
Wciąż wykrzykiwał zuchwale:
"Hej, niedołęgi i tchórze,
Który chce dostać po skórze,
Niech zjawi się tu, a nuże!"
Wygrażał tak raz i drugi,
A miał na swoje usługi
Zapałkę zamiast maczugi.
Dziewczęta się oglądały,
Chłop każdy wytrzeszczał gały,
Że Mazur, a taki mały.
Dzieci wołały: "Sąsiedzie,
Uważaj, bo będziesz w biedzie,
Jeszcze cię kundel przejedzie!"
Psipazur groził zapałką:
"Oj, dam ja po skórze śmiałkom!
Utłukę wszystkich na miałko!"
Roześmiał się gruby piekarz:
"Chcesz bić się, to czemu zwlekasz?
Już dłużej czekać mi nie każ!"
Pispazur rzekł: "Daję skok, o!"
I podskoczywszy wysoko,
Zapałką dziabnął go w oko.
Ukrył się potem na sośnie,
A piekarz jęknął żałośnie
I uciekł tam, gdzie pieprz rośnie.
Mazur zaś dalej szedł drogą,
Spotkał żołnierza. Ten srogo
Zawołał: "Straszyć chcesz? Kogo?"
Psipazur udał, że słucha,
Podskoczył, i krzycząc "u-ha"
Wbił mu zapałkę do ucha.
Zwiał żołnierz w krzaki pobliskie
Wołając z płaczliwym piskiem:
"Ugodził mnie swym pociskiem!"
Tu wpadł na Mazura młynarz:
"Już trochę się zapominasz,
Źle sobie, bratku, poczynasz!
Lecz teraz ci się dostanie!
Za twoje złe zachowanie
Potężne spuszczę ci lanie!"
Psipazur spojrzał z ukosa,
Podskoczył i zły jak osa
Wbił mu zapałkę do nosa.
Młynarz zatoczył się, kichnął,
Aż sobie szczękę wywichnął
I z jękiem do młyna czmychnął.
Psipazur zaś po tej scenie
Wpakował ręce w kieszenie
I odszedł dumny szalenie.
Na Rynku wszedł do gospody,
Gdzie siedział Wyrwidąb młody
I jadł śmietankowe lody.
Psipazur rzekł: "Tu użyję!
Mam w garści kij, co sam bije,
Podstawiaj do bicia szyję!"
Wyrwidąb zaśmiał się z cicha:
"A cóż to za stwór, u licha,
Który do ucha mi prycha?!"
Wstał z ławy, niedbałym ruchem
Dwa palce uniósł nad zuchem
I schował go za pazuchę.
"Ja ci się zaraz przysłużę!
W kurniku cię, Psipazurze,
Dam na kolację pstrej kurze!"
Pobiegł poprzez ścierniska,
Bo droga była niebliska,
A jeńca ręką przyciskał.
Gdy biegł przez most na Zarzecze,
Zawołał nagle: "Człowiecze!
Ratunku! Pali mnie! Piecze!
Co robisz, ty pchło, ty mucho?!
Daj spokój, bo będzie krucho!
Wszak ogień mam za pazuchą!
Ach, nie wierz moim przechwałkom,
Już puszczę cię, bo zapałką
Na węgiel spalisz mi ciałko!"
To mówiąc Wyrwidąb młody
Rzucił się z mostu do wody,
By w rzece szukać ochłody.
A Mazur na brzeg wyskoczył,
Ledwie podeszwy zamoczył,
I mrużąc złośliwie oczy
Zawołał: "Zdechlaki! Tchórze!
Który chce dostać po skórze,
Niech zjawi się tu! A nuże!"
2007-07-31 23:02:56
Magik
Gdy na zachód z Sandomierza
Iść przez dwa i pół pacierza,
Widać drogę, która zmierza
Wprost do Dwikóz. Tam przed laty
Żył Fikusów ród bogaty,
Co wyrabiał dzwony z brzozy,
A z konopi plótł powrozy
I rozsławił tym Dwikozy.
Tam, na samym skraju Dwikóz,
Mieszkał ongi magik Fikus,
Zwany Łysoń, trojga imion:
Bonifacy - Filip - Tymon.
Magik Tymon Fikus z Dwikóz
Co dzień inny robił psikus.
Raz, gdy wracał z Sandomierza,
Przeistoczył w oset jeża,
A gdy szedł do Zawichostu,
Wziął i zrobił jeża z ostu.
Sypał w gąsior piasek miałki,
A wylewał - sztof gorzałki.
Innym razem wziął koguta,
Schował w kieszeń do surduta.
A po chwili - zręcznie nader -
Wody wylał z niej pięć wiader.
Raz, gdy ujrzał muzykusa,
Dał przez cały rynek susa
I do warg przytknąwszy dłonie
Grał jak gdyby na puzonie,
Na klarnecie grał po troszku
I na flecie, i na rożku,
I nie wiedział nikt już z Dwikóz,
Czy gra Fikus, czy muzykus.
Już nie będę mówił o tem,
Jak udawał, że jest kotem,
I jak w psasię z,ienił potem;
Jak połykał kalosz stary,
A wypluwał okulary;
Jak ne lewej dłoni wsparty
Jedną z nóg tasował karty;
Jak wyjmował z ucha wróbla
I zamieniał wróbla w rubla;
Jak hodował ryby w szafie,
Bo ja sam to też potrafię!
Ale wreszcie przebrał miarę:
Spotkał dwie babiny stare
I przemienił je w dziewczęta;
Jedną wydał za rejenta,
Z drugą stanął w Zawichoście
I wyswatał ją staroście.
Gdy nadeszła więc niedziela,
Wyprawiono dwa wesela,
A że było to przedpoście -
Siedem dni weselni goście
Ucztowa w Zawichoście.
Lecz Juź rankiem przy niedzieli
Całą sztuczkę diabli wzięli:
Prysły młodych żon powaby,
A zostały stare baby,
Obie krzywe, obie siwe
I okropnie gadatliwe.
Wściekł się rejent, wściekł starosta,
Ale sprawa nie jest prosta,
Bo gdy ksiądz połączy ślubem
Luba musi zostać z lubym.
Poszły skargi na Fikusa,
Skrył się Fikus do lamusa,
Gdyż z powodu jego sztuczek
W Sandomierskiem powstał huczek
I już pleban oburzony
Chciał potępić go z ambony.
Uderzywszy więc w pokorę,
Fikus wybrał się wieczorem
Na plebanię i ze skruchą
Drapał się to w nos, to w ucho.
Ksiądz rzekł wreszcie: "Dobra nasza.
Moja kasza, twoja flasza,
Rozegramy to w mariasza?
Fikus szybko rozdał karfy,
A że bał się nie na żarty,
Przegrał tyle, ile trzeba,
Zeby dostać się do nieba.
Wziąwszy tedy rozbrat z grzechem,
Fikus rad pożegnał klechę,
Uśmiechnięty dosiadł konia,
Kłusem puścił się przez błonia
I wołając: "Znaj Łysonia!
Hokus-pokus, fikus pikus!" -
Pocwałował wprost do Dwikóz.
Wszedł do domu, staje, patrzy -
"Co to? Kto to?" - rzekł pobladłszy.
Podszedł bliżej - tak, to one,
Dwie staruchy nastroszone,
Starościna z rejentową
Zabawiają się rozmową.
Fikus groźnie spojrzał na nie:
"Cóż to znaczy, moje panie?"
"Co to znaczy? Nic nie znaczy,
Ot, nie mogło być inaczej.
Wypędzili nas mężowie,
No i dobrze, i na zdrowie!
Odstawili nas tu koczem,
Gadać teraz nie ma o czem."
Tymon Fikus zbladł ze złości:
"Ależ bies mi nasłał gości!
Po co? Na co? Jakim prawem?
Rozstaniemy się niebawem!"
I potrząsnął już rękawem,
Aby zakląć baby w żaby,
Ale rozmach wziął za słaby;
Chciał przemienić je w dwie miotły,
Lecz mu palce się zaplotły;
Zebrał w sobie cały zapał
I wysilał się, i sapał,
By je zmienić w łyżki stare,
W białe myszki, w kapców parę,
W dwie marchewki, w dwa rogale,
Lecz mu jakoś nie szło wcale.
Tupał, klaskał, bił się w łydki.
Klął pod nosem w sposób brzydki,
Wreszcie krzyczeć jął jak dzikus:
"Hokus-pokus, fikus-pikus!"
A staruchy zeń szydziły:
"Cóż to, kumie? Zbrakło siły?
Kum czarować już nie umie?
Z kumem już niedobrze, kumie!"
Poszły potem do spiżarki,
Wyciągnęły słoje, garnki,
Polędwice i półgęski.
Choć to przecie przysmak męski.
Jadły sobie do wieczora
Pociągając miód z gąsiora,
Obie krzywe, obie siwe
I okropnie gadatliwe.
Fikus patrzał z gniewu siny,
Wycierając pot z łysiny.
Stał na głowie pół godziny,
Do pomocy wziął koguta,
Sypał proso do surduta,
Szukał zaklęć w księdze grubej,
Coraz nowe robił próby,
Wreszcie zgrzytnął, gwizdnął, cmoknął
I wyskoczył w mrok przez okno.
Co z nim stało się - nikt nie wie.
Był podobno w Sochaczewie,
Ktoś go widział, jak w Piotrkowie
Na jarmarku stał na głowie,
Potem zjawił się w Prabutach
I udawał tam koguta.
Inni mówią, że w Jaworze
Zjadał szkło i łykał noże,
A znów inni, że w Będzinie
Popisywał się na linie.
Gdzie jest praiwda - nie wiem. Tu się
Kończą wieści o Fikusie.
Jeśli jeszcze coś usłyszę,
Zaraz dalszy ciąg dopiszę.
Może wierszem, może prozą,
I przekażę wnet Dwikozom.
Niech w archiwach to zachowa
Miejska Rada Narodowa.
2007-07-31 23:01:55
Łata i dziura
Miało palto dwa rękawy:
Łatany był rękaw prawy,
A lewy - dziurawy.
Rzecze lewy do prawego:
Fe, kolego,
Jak się zgodzić można na to,
Żeby świecić taką łatą?
Na to prawy odpowiada:
Łata, kolego, nie wada,
Dziura wiele nie wskóra,
Lepsza jest brzydka łata niźli ładna dziura.
2007-07-31 23:01:06
Lis i jaskółka
Namówił lis jaskółkę,
By z nim zawarła spółkę.
To - rzecze - proste całkiem:
Mam pola pręt z kawałkiem,
Coś na nim zasadzimy,
A przed nadejściem zimy
Zbierzemy plon pomału,
Pół na pół do podziału,
Pani się zna na roli,
Co z dwojga pani woli,
Wierzchołki czy korzonki?
Wyznaję bez obsłonki,
Że ja wierzchołki wolę.
Lis szybko pobiegł w pole
I zasiał pełno marchwi,
Więc się jaskółka martwi:
Plon każdy rolnik zbiera
I nawet lis przechera
Na marchwi się bogaci,
A ja mam kupę naci,
Po prostu kupę ziółek
Niezdatnych dla jaskółek.
Ha, wpadłam, trudna rada,
Lecz tylko raz się wpada!
A lis już krąży w kółko:
Cóż powiesz mi, jaskółko?
To powiem, że na zmianę
Tym razem ja dostanę
Korzonki. Co pan na to?
Ja na to jak na lato,
Wierzchołki nawet wolę.
To rzekłszy pobiegł w pole
I całą przestrzeń pustą
Obsadził w mig kapustą.
W ostatnim dniu kwartału,
Znów przyszło do podziału:
Lis wziął kapustę całą,
Jaskółce zaś zostało
Pięć wiązek i pół szóstej
Korzonków od kapusty.
Mówią odtąd jaskółki,
Że niedobre są spółki.
2007-07-31 22:59:30
Latający pogrzebacz
Niedaleko Sochaczewa
Stoi drzewo. Gdy od drzewa
Jechać cztery mile w lewo,
Widać miasto Błękitniewo.
I właściwie to nie miasto,
Lecz miasteczko - jedno na sto,
W którym zawsze błękit nieba
Jest bezchmurny, gdy potrzeba,
W którym wrzos, gdy zechce, kwitnie
Nie liliowo, lecz błękitnie,
Gdzie na moście każda deska,
Chce, czy nie chce, jest niebieska,
Gdzie na rynku każda ściana
Jest na błękit malowana,
I gdzie każdy dom za rynkiem
Jest pokryty modrym tynkiem.
W Polsce nikt zapewne nie wie,
Że w miasteczku Błękitniewie
Na ulicy Czereśniowej
Stoi jeden domek nowy
Nie błękitny, lecz różowy.
Domek ten jest wynajęty.
Mieszka w nim pan Prusz Wincenty,
Który, służąc Błękitniewu,
Uczy muzyki i śpiewu.
Nawet się nikomu nie śni,
Jakie piękne zna on pieśni,
Toteż zawsze śpiew rozbrzmiewa
Na ulicach Błękitniewa.
Nawet wójt i wszyscy radami,
I zwierzchnicy, i podwładni,
Cała młodzież Błękitniewa
Z Panem Pruszem lekcje miewa,
Więc kto spotka pana Prusza,
Ten uchyla kapelusza.
Pan Wincenty Prusz miał syna,
I tu... bajka się zaczyna:
Ojciec nazwał syna Protem.
Matka zmarła wkrótce potem,
I pozostał Prot sierota,
Lecz pan Prusz tak dbał o Prota,
Że mu ojcem był i matką
I strofował chłopca rzadko.
Prot miał siedem lat mniej więcej,
Siedem lat i pięć miesięcy,
A już chodził po sprawunki,
Umiał pisać, znał rachunki,
Lecz zrządzeniem dziwnym losu,
Nie miał słuchu ani głosu,
I był jednym w Błękitniewie,
Który nie znał się na śpiewie.
Ojciec tym ogromnie gryzł się,
Ale z palce nikt nie wyssie
Tego, co natura daje.
Prot miał inne obyczaje:
W swym pokoju na stoliku
Różnych kluczy miał bez liku,
Mnóstwo gwożdzi zardzewiałych,
Śrubek dużych, średnich, małych,
Drut, scyzoryk, stare dłutko,
Trochę blachy - mówiąc krótko,
Prota fach ślusarza nęcił,
Przy stoliku dłubał, kręcił,
Psuł, naprawiał, psuł na nowo,
A pan Prusz wciąż kiwał głową:
"To dopiero jest zgryzota!
Co wyrośnie z tego Prota?
Czego można się spodziewać
Po kimś, kto nie umie śpiewać?"
Był w miasteczku ślusarz młody,
Który co dzień dla wygody
Pań gospodyń, wczesnym rankiem
Zatrzymywał się przed gankiem
Nawołując: "Komu, komu
Trzeba coś naprawić w domu?"
Wybiegały gospodynie:
"Pan zlutuje mi naczynie!"
"Pan naprawi kran przy zlewie!"
"Co tam słychać w Błękitnieiwe?"
"Czy pan klucz dorobić może?"
"Proszę mi oaostrzyć noże!"
"Pan otworzy mi szufladę!"
"Niech pan wstąpi przed obiadem!"
Ślusarz robi wszystko świetnie,
Tu przybije, tam obetnie,
Tu pobieli, tam naprawi,
Rozweseli i zabawi.
Nic dziwnego, że ślusarza
Każdy lubi i poważa.
Każdy - oprócz pana Prusza.
Pana Prusza mało wzrusza
Ślusarz oraz jego praca:
"Chłopcu w głowie poprzewracał!
Zamiast uczyć się bemoli,
Prot rozkręcać zamki woli,
Woli dłubać w pęku kluczy,
Ale śpiewu się nie uczy!"
Nieraz mówił też do Protu:
"Śpiewać tobie nieochota,
Tobie ważny tylko ślusarz.
Popatrz, znów się umorusarz!
Widzisz? Dziura na rękawie,
Już ci więcej nic nie sprawię!"
W szkole inni chłopcy mali
Też Protowi dokuczali:
"Jak się dziś pan gwoździk miewa?"
"Dorób klucz do Błękitniewa!"
"Co ma łebek śrubki w środku?"
"Do widzenia Protku-Młotku!"
Prot zabawnie czoło marszczył:
"Zaczekajcie, będę starszy,
Wtedy wszystkim wam pokażę,
Co to znaczy być ślusarzem!"
Nikt z was jeszcze dotąd nie wie,
Że ów ślusarz w Błękitniewie,
Który wołał: "Komu, komu
Trzeba coś naprawić w domu",
Cały dzień poświęcał pracy,
A na imię miał - Pankracy.
Prot z Pankracym żył w przyjaźni,
Przy Pankracym czuł się raźniej,
Bo Pankracy lubił Prota,
I gdy przyszła mu ochota,
Uczył malca rzeczy prostszych;
A więc jak się noże ostrzy,
Jak się lutem spawa druty
Lub naprawia kran zepsuty.
Dnia pewnego przy sobocie
Rzekł Pankracy: "Słychaj, Procie,
Pójdziesz ze mną do fabryki,
Chociaż dotąd takie smyki
Do fabryki nie chodziły,
Ale z ciebie chłopiec miły
I masz zamiar być ślusarzem,
Więc fabrykę ci pokażę."
Choć pan Prusz się długo wzdragał,
Prot na koniec go przebłagał
I po chwili mu Pankracy
Pokazywał warsztat pracy.
Prot oglądał więc z zachwytem
Lśniące koła pod sufitem,
Wielkie świdry i strugarki,
Mechaniczne obrabiarki,
Ostre noże, ciężkie młoty
I narzędzia do roboty.
Prot przyglądał się tym dziwom
I tak jak istotę żywą
Głaskał dłonią stal narzędzi,
Z ciekawością zerkał wszędzie,
Dreptał przeszło dwie godziny
Od maszyny do maszyny,
I ze wzruszeń tych ogromu
Z wypiekami biegł do domu.
W domu zaś pan prusz tymczasem
Wyśpiewywał tęgim basem
Swoje "tirli" i "tralala",
Aż koguty piały z dala,
Aż się wróble zlatywały,
Świergotały i ćwierkały,
Nawet wilgi, nawet kosy
Zawodziły wniebogłosy,
A uczniowie w takt batuty
Powtarzali wszystkie nuty -
Jedni solo, inni chórem,
Potem wszyscy zgodnym wtorem
"Tirli-tirli" i "tralala..."
Urastała dźwięków skala.
A więc wójt z rozwianym włosem
Wyśpiewywał pełnym głosem,
Jeden z członków rady gminnej
Śpiewał w takt melodii innej,
Referenci z inspektorem
Wtórowali mu tenorem,
Zaś agronom z praktykantem
Powtarzali wtór dyszkantem.
Płynął śpiew jak wielka fala:
"Tirli-tirli" i "tralala"!
Tak każdego dnia wieczorem
Chór się zbiera i z uporem
Wyuczone pieśni ćwiczy.
Pan Prusz w pozie malowniczej
Stoi w środku na krzesełku,
Przewodniczy w śpiewnym zgiełku,
I chóralna pieśń rozbrzmiewa
Aż po krańce Błękitniewa.
Północ biła już na wierzy.
Prot od dawna w łóżku leży,
Lecz nie może spać zupełnie.
Księżyc toczy swoją pełnię,
Wpada w okno srebrną smugą,
A Prot nie śpi, nie śpi długo,
Wciąż wrażenia swe przeżywa,
Po nim srebrna smuga spływa...
Naraz gwizdnął ktoś i cmoknął.
Któż to? Wyjrzał Prot przez okno,
A za oknem, pod księżycem,
Szedł Pankracy przez ulicę,
W srebrnej smudze zamigotał,
Po czym zbliżył się do Prota
I powiada: "Słuchaj, Procie,
Dobrze siedzieć w samolocie,
Autem jechać doskonale,
Dobrze pruć okrętem fale,
Gorzej tłuc się autobusem,
Lepiej konno pędzić kłusem...
Ja dla ciebie, chłopcze drogi,
Nie mam nawet hulajnogi.
Nie mam nic dosłownie! Przebacz,
Ale daję ci pogrzebacz!
Jest on mego wynalazku,
Na nim siądź w księżyca blasku,
A pogrzebacz ten w podróży
Znakomicie ci posłuży."
Rzekł i zniknął, jak się zjawił,
Lecz pogrzebacz pozostawił
W rękach Prota. Prot zdziwiony
Bada go na wszystkie strony,
Nie wie, co ten dar oznacza...
Wreszcie - dosiadł pogrzebacza.
Nim pomyślał, pomknął w górę,
Nim się spostrzegł, minął chmurę.
Jeszcze widział w dole drzewa,
Widział światła Błękitniewa,
Jeszcze słyszał brzmiące z dala
"Tirli-tirli" i "tralala",
A gdy zrównał się z księzycem,
Księżyc zmarszczył srebrne lice
I po polsku rzekł do Prota:
"To dopiero jest dziwota!
Osiągnąłem wiek sędziwy
I widziałem różne dziwy,
Różne rzeczy się zdarzały,
Ale żeby chłopiec mały
Sam szybował w świat najszerszy,
To się zdarza po raz pierwszy!"
A Prot z woli pogrzebacza
Dalsze kręgi wciąż zatacza,
Mleczną Drogą się zachwyca,
Nage patrzy - jest tablica,
Na tablicy takie słowa:
WJAZD DO MIASTA PRZEMYSŁOWA
Siedząc miękko jak w fotelu
Prot przybliżał się do celu.
Nim pomyślał - rzekł: "Nareszcie!"
Nim się spostrzegł - był już w mieście.
Ze zdumieniem przetarł oczy,
Z pogrzebacza zsiadł i kroczy
Przez ulice Przemysłowa.
Czystość wszędzie jest wzorowa,
Na chodnikach nie ma śmieci,
Każda ławka aż się świeci,
A na ławkach siedzą dzieci
Wykąpane, uczesane...
Domy świeżo malowane,
Czystość sklepów oko nęci,
Ludzie chodzą uśmiechnięci,
Schludni, mili i weseli,
Tak jak u nas przy niedzieli.
Prot rozgląda się wokoło,
Jemu także jest wesoło.
Gdy na jezdni Prot przystaje,
Zatrzymują się tramwaje,
Auta mu zjeżdżają z drogi,
W bok skręcają hulajnogi,
A cykliści w półobrocie
Wykrzykują: "Witaj, Procie!"
A Prot idzie przez ulice,
Gdzie się wznoszą kamienice
Niby pałac przy pałacu.
Wreszcie znalazł sięna placu:
Naokoło dlaparady
Rosną drzewa z czekolady,
A na drzewach są słodycze
I wyroby cukiernicze.
Czekoladzie zawsze rade,
Smakowitą czekladę
Obłupują dzieci z miasta,
A co zjedzą - to odrasta.
Idąc w tamtych dzieci ślady
Prot zjadł kilo czekolady,
Potem poszedł ku fontannie,
Gdzie tryskała nieustannie
Słupem zimnym i różowym
Woda z sokiem malinowym.
Gdy Prot najadł się i napił,
Jeszcze trochę się pogapił,
Wreszcie spytał z grzecznym gestem:
"Proszę pana, gdzie ja jestem?"
A przechodzień mu odpowie:
"Jesteś, chłopcze, w Przemysłowie.
Tu najlepsi rzemieślnicy
Jadą, jak do swej stolicy,
Swe narzędzia doskonalić,
Wynikami się pochwalić...
Różne rzeczy się zdarzały,
Ale żeby chłopiec mały
Trafił tu, do Przemysłowa,
To historia całkiem nowa!"
Prot podciągnął tylko spodnie
I powiedział bardzo godnie:
"Mały... mały! I cóż z tego?
Jestem uczniem Pankracego
I potrafię bardzo wiele:
Noże ostrzę, rondle bielę,
Umiem lutem spawać druty
I naprawiać kran zepsuty...
Niech tu przyjdą ci ślusarze,
To im wszystko to pokażę!"
Pan pokręcił tylko głową:
"Niebywałe, daję słowo!
Różne rzeczy się zdarzały,
Ale żeby chłopiec mały
Opanował fach ślusarza,
To się po raz pierwszy zdarza!
A więc dobrze! Mam tu władzę,
Wnet ślusarzy przyprowadzę."
Prot na ławce siadł i czeka.
Tłum się snuje, a z daleka
Płynie znancyh dźwięków fala:
"Tirli-tirli" i "tralala."
Gdzie śpiewają - Prot już nie wie.
W Przemysłowie? W Błękitniewie?
Prot zamyślił się. Tymczasem
Z krzykiem, zgiełkiem i hałasem
Nadszedł wielki tłum w pochodzie.
"Oto oni! - rzekł przechodzień -
Oto nasi są ślusarze!
Co kto umie, niech pokaże!"
Pośród gwaru, śmiechów, krzyków,
Prot powitał rzemieślników,
Oni zaś krzyknęli chórem:
Prot niech żyje! Prota w gorę!"
Podrzucali go, a potem
Wdali się w rozmowę z Protem.
Rzekł najstarszy: "Drogi Procie,
Poznać trzeba nas w robocie!
Popatrz, wszyscyśmy ślusarze,
Zapamiętaj nasze twarze:
Pierwszy z prawa, tamten tęgi,
Skonstruował nowe cęgi,
Co z szybkością ośmiokrotną
Drut najtwardszy nawet potną.
Tamten młot udoskonalił,
Tamten znów piłkę do metali.
Kto używa tych narzędzi,
Dużo czasu zaoszczędzi!
Ten wynalazł imadełko,
Imadełko - arcydziełko!
Łatwiej można je obsłużyć
I połowę czasu zużyć.
Ten wymyślił znów przebijak,
Który się nie tępi nijak,
Czy to będzie blaszka błaha,
Czy najgrubsza nawet blacha.
Ten, co fajkę tam zapalił,
Pilnik tak udoskonalił,
Że dziś jeden mniej się trudzi,
Niż poprzednio pięciu ludzi.
Ten przysłużył się fabryce,
Bo wynalazł gwintownicę,
Co nacina śruby prędzej,
A kosztuje mniej pieniędzy.
U nas ślowa nic nie znaczą -
Trzeba się wykazać pracą.
Teraz twoja kolej, Procie!
Chcemy poznać cię w robocie!
Pomysłowość - to się ceni!
Tu Prot sięgnął do kieszeni,
Wyjął małe pudełeczko,
W pudełeczku podniósł wieczko
I powiedział jakby z łaski:
"Oto moje wynalazki!"
I wyjmować jął z pudełka
Kowadełka, imadełka,
Cyrkiel prosty i wygięty,
Stemple, klucze, śrubokręty,
Młotki, noże i pilniki,
Kątomierze, kątowniki,
Piły, cęgi i wiertarki,
Obrabiarki różnej marki
I szlifierki, i strugarki,
Mnóstwo nożyc znakomitych
I toczydła, i uchwyty,
I skrobarki do obróbki,
Druty, gwoździe, śruby, śrubki,
Przecinaki, wycinaki...
Wreszcie stos się zrobił taki,
Że ślusarze oniemieli.
Prot zaś do nich rzekł: "Jeżeli
Chcecie mieć wyniki dalsze
Lepsze, trwalsze, doskonalsze,
Chętnie wam to oddać mogę
Biorąc w zamian hulajnogę.
Chcę pojechać do Warszawy,
Gdzie dla dzieci do zabawy,
A dla starszych dla wygody
Czynne są ruchome schody."
Ucieszyli się ślusarze:
"Więc to wszystko dla nas w darze?
Taka hojność niebywała
Chyba w bajkach się zdarzała!"
I krzyknęli zgodnym chórem:
"W górę Prota! W górę! W górę!"
Pochwycili go na ręce.
Rąk tych było coraz więcej,
Podrzucili go do góry,
Podrzucili raz i wtóry,
Aż Prot wzbił się ponad chmury.
Leciał, leciał nieprzerwania
I zrozumieć nie był w stanie,
Czemu leci tak a leci,
Czemu księżyc już nie świeci,
Czemu świat się wokół mroczy?
Nic nie widział. Zamknął oczy,
Czuł, że płynie na obłokach
I że leci w dół z wysoka...
Wreszcie na coś opadł miękko.
Popróbował naprzód ręką,
Cóż to? Kołdra? I poduszka!
Prot wyskoczył szybko z łóżka,
Spojrzał w okno - słońce cudnie
Promienieje jak w południe.
Przez ulicę już Pankracy
Idzie z nocnej swojej pracy,
Ma pogrzebacz na ramieniu
I jak zwykle staje w cieniu
Nawołując: "Komu, komu
Trzeba coś naprawić w domu?"
Równocześnie tuż za ścianą
Śpiewa chór melodię znaną,
I urasta dźwięków fala
"Tirli-tirli" i "tralala."
2007-07-31 22:57:00
Kto z kim przestaje
Kto z kim przestaje, takim się staje -
Na pewno znacie te obyczaje?
Bocian po deszczu człapał piechotą,
Bo lubi nogi zanurzać w błoto.
Świnia podobne miewa słabostki
I chętnie w błoto włazi po kostki.
Bocian odwiedzał świnię z ochotą.
Plaskał i mlaskał: - Błoto jak złoto!
Ona do niego szła przy sobocie,
Żeby jej pomógł nurzać się w błocie.
Kwiczał: - Dzięki, dzięki stokrotne,
Bardzo mi służą kąpiele błotne!
Tak spotkali się wciąż na zmianę
Bocian ze świnią, świnia z bocianem.
Lecz minął okres pierwszych uniesień,
Powiało chłodem, nastała jesień
I bocian starym swoim zwyczajem
Właśnie zamierzał rozstać się z krajem.
Wtem wpadła świnia zirytowana.
- To w błocie byłam dobra dla pana?
W błocie, w kałuży i nawet w bagnie,
A teraz pan mnie porzucić pragnie?
Niech pan pomyśli, co pan wyczynia?
Odrzecze bocian: - Wiem, jestem świnia!
"Kto z kim przestaje, takim się staje."
Rzekł. I odleciał w dalekie kraje.
2007-07-31 22:56:08
Ryby
Leszcz za wąsy suma szarpie.
A to śmiałość! - rzekły karpie.
Karpie dobre są, lecz w sosie -
Odezwały się łososie.
Głupie żarty - rzekła flądra.
Patrzcie, flądra jaka mądra,
Skąd u flądry rozum taki? -
Obruszyły się szczupaki.
Cóż za dziwne obyczaje,
Że okoniem szczupak staje? -
Mruknął sandacz. Więc sandacza
Zbeształ okoń: Pan uwłacza
Mnie i całej mej rodzinie,
Niech pan od nas precz odpłynie!
Rzekły śledzie: Ryby rzeczne
Są zazwyczaj niedorzeczne.
Każda woda im za słodka -
Przygadała śledziom płotka.
Karaś milczał. Tylko kilka
Jeszcze słów rzuciła kilka,
A sardynki z tej rozmowy
Potraciły całkiem głowy.
2007-07-31 22:54:55
Ptasie plotki
Usiadła zięba na dębie:
"Na pewno dziś się przeziębie!
Dostanę chrypki, być może,
Głos jeszcze stracę, broń Boże,
A koncert mam zamówiony
W najbliższą środę u wrony".
Jęknęły smutnie żołędzie:
"Co będzie ziębo, co będzie?
Leć do dzięcioła, do buka,
Niech dzięcioł ciebie opuka!"
Gil z tym poleciał do szpaka:
"Jest sprawa taka a taka,
Mówiła właśnie sikora,
Że zięba jest ciężko chora".
Poleciał szpak do słowika:
"Ze słów sikory wynika,
Że zięba już od miesiąca
Po prostu jest konająca".
Słowik wróblowi polecił,
By trumnę dla zięby sklecił.
Rzekł wróbel do drozda: "Drozdzie,
Do trumny przynieś mi gwozdzie".
Stąd dowiedziała się wrona,
Że zięba na pewno kona.
A zięba nic nie wiedziała,
Na dębie sobie siedziala,
Aż jej doniosły żołędzie,
Że koncert się nie odbędzie,
Gdyż zięba właśnie umarła
Na ciężką chorobę gardła.
2007-07-31 22:52:45
Pchła Szachrajka
Chcecie bajki? Oto bajka:
Była sobie Pchła Szachrajka.
Niesłychana rzecz po prostu,
By ktoś tak marnego wzrostu
I nędznego pchlego rodu
Mógł wyczyniać bez powodu
Takie psoty i gałgaństwa,
Jak pchła owa, proszę państwa.
Miała domek na przedmieściu
Po ojczymie czy po teściu,
Dom złożony z trzech pięterek
I pokojów cały szereg.
Więc salonik i sypialnię,
I jadalnię, naturalnie,
Gabinecik i korytarz,
O cokolwiek się zapytasz,
Wszystko miała, aż jej gości
Zalewała żółć z zazdrości.
Miała bryczkę, dwa kucyki,
Dojną krowę z Ameryki,
Psa kudłacza, owcę, kurę
Oraz koty szarobure,
Dwa uczone karaluchy
W kuchni pasły sobie brzuchy,
Konik polny Pchle Szachrajce
Co dzień grał na bałałajce,
Jednym słowem miała życie
Ułożone znakomicie.
Pchła Szachrajka rzekła: "Lubię
Czasen w pchełki zagrać w klubie!"
Więc ubrana jak z igiełki
Pojechała zagrać w pchełki.
Jedzie sobie Pchła Szachrajka
Kolorowa jak mozaika,
Jedzie pełna animuszu,
W żakieciku z lila pluszu,
Z żółtym piórkiem w kapeluszu,
W modrych butach atłasowych,
W rękawiczkach purpurowych.
W klubie bywa tyle osób,
Że przecisnąć się nie sposób.
Pchła krzyknęła: "Dajcie drogę!
Jestem mała, przejść nie mogę!"
Tłum rozstąpił się, a ona
Przeszła środkiem niewzruszona.
Już do stołu mknie czym prędzej
I wyjmuje stos pieniędzy.
"Postawiłabym trzy grosze
Na zielone..."
"Bardzo proszę."
Pchełki skaczą jak szalone,
Tu niebieskie, tam czerwone,
Tu wygrana, tam przegrana...
"Na zielone, proszę pana!"
Pchła Szachrajka była mała,
Między pchełki się wmieszała
I po stole sama skacze.
"Co to znaczy? - myślą gracze -
W którąkolwiek spojrzeć stronę
Wygrywają wciąż zielone."
Nim się gracze połapali,
Pchła Szachrajka wyszła z sali
I z wygraną swą do domu
Pojechała po kryjomu.
Pomyślała: "Po tej próbie
Nie pokażę się już w klubie."
Taki dała więc telegram:
W PCHEŁKI Z WAMI
WIĘCEJ NIE GRAM
Pchle zachciało się brewerii,
Poszła więc do menażerii.
Właśnie słoń po drodze dreptał,
Pchły o mało nie rozdeptał.
Patrzy: Cóż to za Ądziebełko?
"Co tu robisz, pani Pchełko?"
Pchła stuknęła parasolką:
"Jestem pchłą, lecz przy tym Polką!
Żądam większej galanterii,
Panie słoniu z menażerii!"
Słoń pokręcił grzecznie trąbą
I powiada: "Jestem Jombo,
Przyjechałem tu z Colombo."
Rzecze na to Pchła do słonia:
"A ja jestem rodem z Błonia,
Tam plantację mam wzorową,
Sadzę na niej kość słoniową.
Obok domu dla kaprysu
Trzymam stale sto tygrysów,
Sto kangurów, sto lampartów,
Ze mną, panie, nie ma żartów!"
Słoń pokręcił trąbą grzecznie:
"Rzeczywiście niebezpiecznie."
Potem upadł na kolana
I powiedział: "Ukochana,
Takiej właśnie pragnie żony
Jombo, sługa uniżony."
Pchła usiadła mu na karku,
Przejechała się po parku,
Wreszcie rzekła: "Drogi Jombo,
Imponujesz mi swą trąbą,
Ale tylko trąbą. Zaczem
Możesz zostać mym trębaczem."
Pchła Szachrajka po obiedzie
Do cukierni bryczką jedzie.
Już z daleka widać z bryczki
Purpurowe rękawiczki.
Pchły ciastkami zwykle gardzą,
Nasza zaś lubiła bardzo
Tartoletki, papatacze,
Ptysie, bezy i sękacze,
Rurki z kremem, tort z wiśniami
I babeczki z malinami.
Wchodzi śmiało do cukierni,
W pas kłaniają się odĄwierni,
Już kelnerzy przyskakują,
Grzecznie w rączkę ją całują.
"Dzisiaj rurki z kremem zjem,
Bo ogromnie lubię krem.
Proszę podać ze trzydzieści,
Stolik więcej nie pomieści."
Przy stoliku pchła zasiadła,
Jedną rurkę z kremem zjadła,
Zostawiła pełną tacę.
"Za tę jedną rurkę płacę!"
Wstała, wyszła, od niechcenia
Powiedziła "do widzenia"
I mignęły tylko z bryczki
Purpurowe rękawiczki.
Bardzo dziwią się kelnerzy:
"Jak rozumieć to należy!
O trzydzieści rurek prosić,
A po jednej mieć już dosyć?"
Nagle patrzą: Co to? Czemu
W rurkach wcale nie ma kremu?
Wszystkie puste? Co za kwestia?
Zjadła cały krem ta bestia!
Tak się przejął tym cukiernik,
Że przypalił cały piernik
I zawołał: "Proszę mi tu
Kupić jutro flaszkę flitu.
Gdy znów przyjdzie Pchła przeklęta,
Rurki z kremem popamięta!"
Raz, któregoś dnia, przy święcie
Urządziła Pchła przyjęcie.
Gości przyszło co niemiara:
Chrabąszcz, komar, mucha stara,
Przydreptały dwa pająki,
Ćmy, szerszenie i biedronki,
Jedna osa, cztery pszczoły,
Motyl, trzmiel i bąk wesoły,
Mole, mrówki oraz ważki,
I zaczęły się igraszki.
Dwa uczone karaluchy
Roznosiły placek kruchy,
Pestek, maku, cukru garstki,
A w szklaneczkach jak naparstki
Sok z czereśni, oranżadę
I mrożoną czekoladę.
W pewnej chwili Pchła powiada:
"Jestem gościom bardzo rada
I z największą przyjemnością
Coś zaśpiewam miłym gościom.
Dajmy na to... arię z "Toski",
Lecz po włosku, bo znam włoski."
Zawołali goście: "Brawo!
Niech zaśpiewa, bo ma prawo!"
Wszyscy zatem jeść przestali,
Pchła stanęła w końcu sali
I z usteczek jej maleńkich
Popłynęły cudne dĄwięki.
Pchła śpiewała niemal bosko,
Komar bzyknął czule: "Tosko!"
"Toska" drobne swoje rączki
Zacisnęła jak dwa pączki,
W rączki smutnie twarz wtuliła
I tak śpiew swój zakończyła.
"Co za głos! - krzyknęli goście -
Niech zaśpiewa jeszcze, proście!"
Pchła zgodziła się z łatwością
Z zaśpiewać miała gościom
Arię "Halki", a tymczasem
Zaśpiewała takim basem,
Że aż goście, co siedzieli
Spadli z krzeseł i z foteli.
Żuk podskoczył, zatkał uszy...
"Przecież ona nas ogłuszy!
Bujda!" - krzyknął prosto z mostu.
Rzecz wydała się. Po prostu
Nie śpiewała Pchła Szachrajka,
Tylko skrzynka-samograjka,
A karaluch w niej ukryty
Jak na złość pomylił płyty.
Żuk powiedział tylko: "Żuka
Pchła Szachrajka nie oszuka."
I zapalił dumnie fajkę
Opuszczając Pchłę Szachrajkę.
Pchle samotność nie służyła,
Lecz że była bardzo miła,
Miała siedem koleżanek,
Czarujących warszawianek,
Młodych, ślicznych jak poranek.
Wszystkie pełne elegancji,
W sukieneczkach prosto z Francji,
Uczesane w modne loczki
I w pończoszkach jak obłoczki.
Pchła wraz z nimi w karnawale
Objeżdżała wszystkie bale,
Plotkowała z nimi stale,
Co dzień każdą koleżankę
Odwiedzała, filiżankę
Czarnej kawy wypijała
I na inne plotkowała.
A że miała powodzenie,
Powodzenia jej szalenie
Zazdrościły koleżanki,
Więc się wciąż słyszało wzmianki:
"Pchła to dziwna jest osoba!
Cóż się w takiej Pchle podoba?
Czy ta wiecznie skromna minka,
Czy błękitna pelerynka,
Purpurowe rękawiczki,
Czy te nóżki jak patyczki?
Albo może uśmiech słodki,
Albo psoty, albo plotki?..."
Tak mówiły koleżanki,
Eleganckie warszawianki.
Pchła w okropną wściekłość wpadła,
Czerwieniła się i bladła,
I tupała nóżką małą,
Że aż w domu wszystko drżało.
"Niegodziwe zazdrośnice!
Niech no tylko je przychwycę,
A już będą trzy kwartały
Pchłę Szachrajkę pamiętały!"
Rozmyślała cały ranek
I do siedmiu koleżanek
Rozesłała siedem kartek
Pisząc krótko: "Proszę w czwartek
Do mnie, droga koleżanko,
Przyjść na kawę ze śmietanką."
Rozesłała siedem kartek
I na gości czeka w czwartek.
Patrzy, jadą przez ulice
Koleżanki - zazdrośnice.
Jadą, jadą koleżanki,
Elegantki z morskiej pianki.
Pchła wybiegła aż na ganek
Na spotkanie koleżanek.
"Witam, cieszę się ogromnie,
Żeście dzisiaj przyszły do mnie!"
I wprowadza je po schodkach,
I zaprasza je do środka.
Elegantki wchodzą godnie,
Każda jest ubrana modnie,
Każda w nowym, pięknym stroju
Najlepszego w mieście kroju.
"Gdzie jest lustro?"
"W przedpokoju."
Biegnie pierwsza do zwierciadła,
Popatrzyła i pobladła.
"Co to znaczy? Oczy krowie,
Krowie rogi mam na głowie,
I w dodatku krowią postać!
Apopleksji można dostać!"
Biegnie druga do zwierciadła
I jak stała, tak usiadła.
"Ja tak samo, daję słowo,
Jestem krową, zwykłą krową!"
Inne, widząc swe odbicie,
Wpadły w rozpacz: "Czy widzicie?"
I wołały zapłakane:
"To są rzeczy niesłychane!
Elegantkę zmienić w krowę!
To jest Pchły gałgaństwo nowe!
Niech się na nas nie porywa
Pchła Szachrajka niegodziwa,
Znać nie chcemy koleżanki,
Co obraża warszawianki!"
I bez słowa pożegnania
Wyszły wszystkie z jej mieszkania.
Żadna dobrze nie wiedziała
Jak przemiana ta powstała.
Ale my te sprawki znamy:
Pchła wyjęła lustro z ramy,
A wstawiła arkusz miki,
Dojną krowę z Ameryki
Postawiła z drugiej strony.
Każdy był więc przeświaczony
Patrząc w mikę należycie,
Że to jego jest odbicie.
Przez ulicę jedzie bryczka,
Pchła w niej siedzi jak księżniczka.
Na ramionach pelerynka,
Spod kapturka słodka minka,
Parasolka mała w dłoni
Przed słonecznym skwarem chroni.
Pchła do sklepu wchodzi godnie.
"Chciałabym się ubrać modnie.
Czy dostanę na sukienki
Jakiś jedwab bardzo cienki?"
Skoczył kupiec i na ladzie
Najpiękniejsze wzory kładzie.
"Wybór nader mam bogaty,
Oto modny jedwab w kwiaty
Żółte, białe, morelowe,
Modre, lila, purpurowe,
Rezedowe i zielone,
Srebrne, złote i czerwone."
Pchła Szachrajka przez dzień cały
Oglądała materiały,
Oglądała, wybierała...
Wybór duży, a pchła mała!
Rzekła wrezcie: "Wielka szkoda,
Nie dogadza mi ta moda,
Może z czasem, do jesieni
Wśród deseni coś się zmieni."
Choć nic w sklepie nie kupiła,
Ale była bardzo miła,
Więc ją kupiec wyprowadził
I do bryczki grzecznie wsadził.
Gdy uprzątał materiały,
Nagle ręce mu zadrżały,
Patrzy - znikły wszystkie kwiatki,
A pozostał jedwab gładki.
"Ta szachrajka, ta pchła mała,
Wszystkie kwiatki mi zabrała,
Taką w smole warto upiec!" -
Zrozpaczony jęknął kupiec.
A ulicą jedzie bryczka,
Pchła w niej siedzi jak księżniczka.
Staje wreszcie koło domu
I nie mówiąc nic nikomu
W ulubionym swym ogródku
Sadzi kwiatki po cichutku:
Żółte, białe, morelowe,
Modre, lila, purpurowe,
Rezedowe i zielone,
Srebrne, złote i czerwone.
Pomalutku sadzi kwiatki
Cyklameny, róże, bratki,
Malwy, niezapominajki...
Ślicznie jest u Pchły Szachrajki!
Pchła, podobnie jak kobiety,
Rzadko zajrzy do gazety,
Ale czasem od niechcenia
Czyta drobne ogłoszenia.
Raz więc, nudząc się szalenie,
Przeczytała ogłoszenie,
Że niejaka panna Kika
Na ulicy Kopernika
Pragnie uczyć się języka
Angielskiego.
Pchła szczęśliwa
Już coś knuje, już się zrywa
I po chwili w kapeluszu,
W żakieciku z lila pluszu,
W modrych butach atłasowych,
W rękawiczkach purpurowych
Jedzie wprost na Kopernika,
Tam, gdzie mieszka panna Kika.
"Cóż, angielski rzecz niewielka!
A wyglądam jak Angielka,
Jest mi nudno! Mam ochotę
Pannie Kice zrobić psotę!
Przyjechała, do drzwi dzwoni,
Ogłoszenie trzyma w dłoni.
"Panna Kika? Właśnie do niej...
Z ogłoszenia... Chęć mam wielką
Zostać jej nauczycielką."
Panna Kika była miła,
Szybko sprawę załatwiła
Mówiąc: "Cieszę się ogromnie,
Że dziś pani przyszła do mnie.
W Ameryce mam krewnego
I dlatego angielskiego
Chcę się uczyć na wypadek,
Gdy dostanę po nim spadek.
Mam tu zeszyt i ołówek
Do pisania obcych słówek.
Dziś jest piątek... Od soboty
Mogę wziąć się do roboty."
Pchła słuchając, kilka razy
Powtarzała dwa wyrazy
Po angielksu. Jeden znała
Z lat, gdy była jeszcze mała
I lubiła zbierać znaczki,
Drugi zaś - z unrowskiej paczki.
Tak zaczęła się nauka.
Panna Kika słówka duka,
Pchle z wysiłku puchnie główka,
Wciąż dyktuje nowe słówka:
"Tirli - wojsko, pirli - woda
Tirlipirli - wojewoda.
Fiki - pole, miki - taczka,
Fikimiki - polewaczka.
Limpa - noga, pimpa - droga,
Pimpalimpa - hulajnoga..."
Pisze słówka w swym zeszycie,
Wciąż je sobie przepowiada.
Pchła nie szczędzi pochwał, rada,
Że postępy są w nauce.
"Chyba kurs dla pani skrócę,
Pani pilność jest wzorowa,
A ten akcent, ta wymowa,
Niech się król angielski schowa!
Jeszcze tydzień lekcje trwały,
Dały wynik doskonały.
Panna Kika, wniebowzięta,
Wszystkie słówka już pamięta
I z zeszytu płynnie czyta,
Jak Angielka rodowita.
Pchła, żegnając uczennicę,
Powiedziała pannie Kice:
"Jestem dumna z panny Kiki,
Pimpalimpa, fikimiki!"
Panna Kika do kawiarni,
Gdzie najludniej i najgwarniej,
Wchodzi, niby dla ochłody
Każe podać sobie lody.
Przyjaciółki siedzą w kółko,
A już Kika przyjaciółkom
Swą wyższością dogryĄć rada,
Po angielsku odpowiada
Słówka, które jej do głowy
Pchła wbijała nieustannie,
By dogodzić próżnej pannie.
Naraz dziwna rzecz się stała,
Rzecz po prostu niebywała.
Oto wszystkie pchły w lokalu,
Skacząc zwinnie cal po calu,
Przeskakując przez stoliki,
Właśnie stolik panny Kiki
Otoczyły i obległy.
Przyjaciółki się rozbiegły,
A pchły grzecznie wkoło siadły
I ze smakiem lody zjadły.
Przerażona panna Kika
Od stolika szybko zmyka,
Już-już dopaść ma dorożki,
A pchły skaczą na pończoszki,
Na spódniczkę, na trzewiki
I w rękawy panny Kiki.
Tu się cała rzecz wydała:
Pchła Szachrajka nie umiała
Po angielsku, bo i skądże?
Chcąc postąpić jednak mądrze,
Nauczyła pannę Kikę
Władać świetnie pchlim językiem
I dlatego pchły na pewno
Wzięły ją za swoją krewną.
Pchła Szachrajka po tej psocie
Zamieszkała na Ochocie
I przez dwa miesiące prawie
Nie zjawiła się w Warszawie.
Był karnawał. W karnawale
Wszyscy bardzo lubią bale.
Pchła więc myśli: "Doskonale!
Bal wyprawię, lecz nie u mnie.
Trzeba przecież żyć rozumnie."
Rozpisała zaproszenia,
Że bal będzie u Szerszenia
I że właśnie on zaprasza
Na sobotę. Dobra nasza!
Szerszeń, nic nie wiedząc o tym,
Kładł się właśnie spać w sobotę,
A tu nagle mu przed ganek
Wjeżdża szereg aut i sanek.
Szerszeń pełen jest zdziwienia,
Patrzy: Co to? Zaproszenia?
"Podpis mój jest sfałszowany,
Ktoś zupełnie mi nie znany
Sobie bal wyprawił u mnie!"
A tu goście jadą tłumnie,
Panie w pięknych toaletach,
W autach, sankach i karetach.
Jak karnawał, to karnawał!
"Ktoś mi zrobił brzydki kawał!" -
Myśli Szerszeń, ale gości
Wita grzecznie - z konieczności.
Pchła, wytworna w każdym calu,
Chętnie wodzi rej na balu.
Ma na sobie suknię nową,
Plisowaną, kolorową,
Ma jedwabne pantofelki,
W lewej ręce wachlarz wielki,
I unosząc się na palcach
Wiedeńskiego tańczy walca.
Każdy pan jej czar ocenia,
Każdy pyta się Szerszenia:
"Kto ta dama, ta nieznana,
Kto ta piękność, proszę pana?"
Szerszeń mówić nie chce wcale,
Odpowiada coś niedbale,
Zielenieje wprost ze złości:
Nie ma czym nakarmić gości.
"Nic już dzisiaj nie dostanę.
Dam im placki kartoflane!"
Pchła tymczasem od kwadransa
Tańczy z wdziękiem kontredansa,
Główkę schyla i co chwila
Do tancerza się przymila,
I taneczne stawia kroczki
Leciusieńkie jak obłoczki.
Muzykańci grać przestali,
Szerszeń kręci się po sali,
Chciałby wykryć winowajcę
I ukradkiem Pchle Szachrajce
Jednym okiem się przygląda.
Towarzystko walca żąda!
Pchła już tańczyć nie ma chęci
I odmownie główką kręci.
"Lepiej będzie zejść mu z oczu!"
Chwilę stała na uboczu
I jak stała, tak wypadła,
Do swej bryczki szybko wsiadła,
A nim jeszcze kwadrans minął,
Już leżała pod pierzyną.
Pchle zachciało się podróży,
Bo domowe życie nuży.
Wymuskana, piękna, hoża,
Stoi Pchła na brzegu morza,
Aż tu okręt się nadarzy.
Pchła więc prosi marynarzy:
"Może z sobą mnie weĄmiecie,
Podróżować chcę po świecie."
Przybił okręt do przystani.
"Z wielką chęcią, proszę pani!"
Siedzi Pchła już na pokładzie,
To pasjansa sobie kładzie,
To na słońcu się opala,
To przygląda się, jak fala
Obok fali się przewala.
Upłunęły dwa tygodnie -
Tak przyjemnie i pogodnie!
Piętnastego dnia śród fali
Ląd ukazał się w oddali.
Pchła powiada: "Kapitanie,
Niechaj okręt tutaj stanie,
Zatęskniłam już za lądem,
Więc na lądzie tym wysiądę."
ŁódĄ kapitan spuścić każe,
Pchłę żegnają marynarze,
ŁódĄ do brzegu zwinnie dąży,
Biała mewa nad nią krąży.
Przed oczami Pchły Szachrajki
Staje nagle zamek z bajki,
Dookoła groĄne wieże,
Każda wieża zamku strzeże,
W wieżach straże i rycerze.
Zobaczyli Pchłę z daleka...
Kto to taki? Straż nie zwleka,
Szybko wsiada na rumaki,
Żeby sprawdzić, kto to taki.
Już do zamku Pchłę prowadzą,
Niech tłumaczy się przed władzą.
Wchodzi Pchła do wielkiej sali,
Gdzie rycerze się zebrali.
Serce omal jej nie pęknie.
Patrzy wokół: "Jak tu pięknie!"
Schody z saskiej porcelany,
Barwne ściany i dywany,
Pod sufitem słońce płonie,
A w koronie na swym tronie,
W długim płaszczu z gronostajów
Siedzi młody król Bajbaju,
Dumny władca tego kraju.
Pchła więc dworski ukłon składa
I do króla tak powiada:
"Jam księżniczka Białoliczka
W purpurowych rękawiczkach.
Jestem córką króla z bajki,
Władcy wyspy Patatajki,
Pałac mam z czytego złota,
W porcie stoi moja flota,
Sto okrętów na kotwicy
Strzeże portu i stolicy.
Z puchowego wstałam łoża
I tak płynąc poprzez morza
Szukam męża w obcym kraju."
Rzecze na to król Bajbaju:
"Co dziś mamy? Kwiecień?
W maju
Pojmę damę tę za żonę."
Król powiedział - załatwione!
I do Pchły podchodzi dwornie,
Przed nią skłania się pokornie.
Już rycerze dla parady
Wyciągnęli swoje szpady,
Już podbiegły dworskie służki
Ucałować jej paluszki
I w niespełna pół godziny
Obwieszczono zaręczyny.
Naraz wbiega Kanclerz Państwa.
"Proszę państwa, proszę państwa!
Najjaśniejszy Panie! Pono
Pchła ma zostać twoją żoną?
Wszak to wcale nie księżniczka,
Lecz od głowy do trzewiczka
Pchła zwyczajna, Mości Królu!"
Zaroiło się jak w ulu,
Biegną panie i dworzanie
Poruszeni niesłychanie,
Straż zamkowa i rycerze,
Kasztelanki, masztalerze...
Ministrowie patrzą z trwogą
I zrozumieć nic nie mogą.
Król wziął szkło powiększające:
"Pchła! To jasne jest jak słońce!
Proszę podać mi nahajkę,
Bym ukarał Pchłę Szachrajkę!"
Pchła, rzecz prosta, nie czekała,
Parasolkę swą złapała,
Zbiegła na dół jednym susem
I uciekła szybkim kłusem.
Król był bardzo rozgniewany,
Zbiegł po schodach z porcelany,
"Łapcie! - wołał - Łapcie, gapie!"
Ale takiej nikt nie złapie!
Po miesiącu Pchła z wyprawy
Powróciła do Warszawy.
Na Wielkanoc Pchła Szachrajka
Malowała sama jajka,
Ubijała białą pianę
Na mazurki lukrowane,
Nakładała słodką masę
I orzeszki na okrasę.
Ucierała przez dzień cały
Mak, wanilię i migdały,
Wreszcie rzekła: "Czas już, aby
Służba piec zaczęła baby!"
Przyskoczyły dwie kucharki
Wzięły mąki cztery miarki,
Sypią cukier tarty miałko,
Kręcą żółtka, biją białko...
"Gdzie podziały się rodzynki?
Nie ma nawet odrobinki!"
Przeszukały dwie kucharki
Wszystkie w domu zakamarki.
Nie ma nigdzie. Pchła w rozpaczy!
"Gdzie rodzynki? Co to znaczy?"
Poleciała na kominki
Do sąsiadek po rodzynki.
U sąsiadek nie dostała,
Małe rączki załamała.
"Bez rodzynków nie ma ciasta!
Trudno, muszę iść do miasta."
Pył strzepnęła z pelerynki
I pobiegła po rodzynki.
Nie dostała ich w kawiarni,
Nie dostała w owocarni
Ani w sklepach kolonialnych.
"To dopiero pech fatalny,
Przecież baby muszę upiec!"
"Cóż poradzę? - odrzekł kupiec -
Nie dostałem dziś rodzynków,
Bo rodzynków brak na rynku."
Każda inna kazałaby
Bez rodzynków upiec baby,
Ale Pchła - to rzecz nienowa -
Była bardzo pomysłowa.
Patrzy, widzi sklep z nutami.
Weszła. "Pan łaskawie da mi
Utwór łatwy i zabawny,
I możliwie lekkostrawny.
W święta gości się spodziewam,
Więc im zagram i zaśpiewam."
Rzekł sprzedawca: "Piękna pani,
Coś ładnego znajdę dla niej.
Może walca? Marsza może?
Marsze w dużym mam wyborze,
Dajmy na to, z bardziej znanych
Marsz żołnierzy ołowianych."
Pchła odrzekła: "Lubię marsze,
Byle tylko nie najstarsze,
Niech pan przegra na pianinie...
Owszem... Pan mi to zawinie..."
I po chwili była w domu.
W domu z marsza po kryjomu
Scyzorykiem w trzy minuty
Wydłubała wszystkie nuty,
Bo, jak wiecie, każda nutka
Jest czarniutka, okrąglutka,
Kropka w kropkę jak jagódka.
Do miseczki je wsypała
I do kuchni poleciała.
Tam figlarne strojąc minki
Rzekła: "Oto są rodzynki!
Będą baby bardzo smaczne,
Zaraz sama piec je zacznę."
I do nocy, tak jak rzekła,
Wielkanocne baby piekła,
A kucharki w czoła pocie
Przyglądały się robocie.
W pierwsze święto przyszli goście.
"Przyszli goście? Proście, proście!"
Wszyscy Pchłę powitać radzi,
Pchła do stołu ich prowadzi,
Do kieliszków wino leje.
"Winko smaczne, mam nadzieję,
Ale ciasto, powiem śmiało,
Wyjątkowo się udałe.
Zwłaszcza baby z rodzynkami.
Baby, mówiąc między nami,
Są po prostu znakomite!
Jedzcie, proszę, z apetytem."
No i cóż? Po długim poście
Wszystkie baby zjedli goście
Do ostatniej okruszynki.
A że zjedli też "rodzynki",
Więc im potem tydzień cały
Kiszki głośno marsza grały.
To był właśnie dobrze znany
Marsz żołnierzy ołowianych.
Pchła Szachrajka myśli sobie:
"Tu nic więcej nie przeskrobię,
Tutaj każdy mnie obmawia,
Trudno. Jadę do Wrocławia."
Pomyślała i po cichu
Zdjęła kufry swe ze strychu,
Spakowała wszystkie stroje,
Ulubione szmatki swoje,
Rękawiczki purpurowe
I trzewiczki atłasowe.
A nazajutrz bardzo wcześnie,
Gdy dom tonął jeszcze we śnie,
Po cichutku się ubrała
I na dworzec pojechała.
W poczekalni pierwszej klasy
Pchła wyjęła swe zapasy,
Zjadła bułki ze dwa deka
I popiła szklanką mleka,
W kąt wtuliła się i czeka.
Poczekała do obiadu,
A pociągu ani śladu.
Tłum tymczasem ciągle wzrasta,
Nowi ludzie ciągną z miasta
Z walizkami, z tobołkami,
Z dziećmi, z psami, z kanarkami...
Och, jak tłoczno! Uf, jak ciasno!
Trudno znaleĄć nogę własną,
A tu nowa fala pcha się
W poczekalni i przy kasie,
I w koleji się ustawia -
Wszyscy jadą do Wrocławia!
Nawet Pchła, choć taka mała
Tak niewiele miejsca miała,
Że na jednej nóżce stała.
Gdy już czas był na kolację,
Pociąg wtoczył się na stację.
Tłum się rzucił jak szalony,
Biegli ludzie przez perony
Z walizkami, z tobołkami,
Z dziećmi, z psami, z kanarkami...
Do wagonów się tłoczyli
Krzycząc, sapiąc i po chwili
Pełny był już każdy przedział,
Jeden człek na drugim siedział.
Kto chciał jechać, choć był w strachu,
Stał na stopniu lub na dachu,
Albo pchając się niezgorzej
Szukał miejsca na buforze.
Pchła Szachrajka była mała,
Między ludzi się wmieszała,
Przepychała się wytrwale,
Aż znalazła się w przedziale,
Na kuferku w kącie siadła
I kanapkę z serem zjadła.
Popychano ją bez przerwy,
A że Pchła ma słabe nerwy,
Więc zgnieciona i ściśnięta
Ocierała z łez oczęta.
Wreszcie przyszedł maszynista,
Puścił parę i zaświstał,
Z kolegami porozmawiał,
Po czym ruszył do Wrocławia.
Jedzie pociąg, jedzie, jedzie,
Ludzie tłoczą się jak śledzie,
Z parowozu para bucha,
A dokoła ciemność głucha.
Choć jest duszno i gorąco,
Śpią podróżni na stojąco,
Chrapią, sapią jak najęci,
Tylko Pchłę ta jazda smęci,
Tylko Pchła jest nie w humorze,
Bo bez jaśka spać nie może.
Pociąg stanął. Co to? Kalisz!
A Pchła myśli już: "Azaliż
Mam się gnieść wśród tylu osób?
Wiem, co zrobię! Mam już sposób!"
I choć duża nie urosła,
Naraz wielki krzyk podniosła
Naśladując konduktora:
"Wro-cław! Wro-cław! Komu pora,
Proszę państwa, kto wysiada,
Niech wysiada i nie gada!
Mamy postój bardzo krótki,
Postój krótki - trzy minutki!"
Ludzie ze snu przebudzeni
Wyskakują jak szaleni,
Skaczą drzwiami i oknami
Z dziećmi, z psami, z kanarkami...
A po chwili pociąg ruszył.
Pchła się cieszy z całej duszy.
Sama jedna pozostała.
Przedział duży, a Pchła mała,
Więc wygodnie się rozsiadła
I babeczkę z kremem zjadła.
Wkrótce z dumną miną pawia
Zajechała do Wrocławia.
Długi czas się udawało
Pchle z jej psot wychodzić cało,
Aż tu przyszła klapa wreszcie -
Przyłapano Pchłę na mieście
I zamknięto ją w areszcie.
Popłynęły do więzienia
Doniesienia, zażalenia,
Pozwy, skargi, dokumenty...
Sędzia bardzo był przejęty,
Wkrótce jednak stracił zapał
I za głowę aż się złapał.
"Samych pozwów tutaj mamy
Trzy lub cztery kilogramy!
Ładną wziąłem sobie pracę!
Na niej całe zdrowie stracę,
Osiwieję, wyłysieję,
Niech się lepiej, co chce dzieje!"
Poszedł sędzia do aresztu
I dozorcy pyta: "Gdzież tu
Pchła Szachrajka?" "Otóż ona."
Pchła wychodzi wystraszona
I uśmiecha się nieśmiało,
I wyciąga rączkę małą.
Sędzia chrząknął i powiada:
"Żal mi pani... Trudna rada...
Jeśli pani da mi słowo,
Że uczciwie i wzorowo
Odtąd żyć jest pani zdolna,
Wtenczas będzie pani wolna."
Pchła odrzekła zawstydzona:
"O, pan sędzia się przekona!
Poprzysięgłam właśnie sobie,
Że nic złego już nie zrobię
I że odtąd będę życie
Pędzić bardzo przyzwoicie."
Wypełniając przyrzeczenie
Pchła zmieniła się szalenie.
Była odtąd tak uczciwa,
Jak to tylko w bajkach bywa,
Aż ją każdy chwalił wszędzie:
"Z takiej Pchły pociecha będzie!"
Ślub jej odbył się w adwencie
I zapewnić mogę święcie,
Że na jej weselu byłem
I szklankami wino piłem.
Miała dzieci pięć tysięcy
Albo może jeszcze więcej.
Mało dziś jest takich domków,
Gdzie nie byłoby potomków
Owej słynnej Pchły Szachrajki,
Ale... to już koniec bajki.
2007-07-31 22:48:17
Kuma
Przy gumnie siedzi kuma
I duma.
Kum przyszedł: "Nie siedĄ przy gumnie,
Przybliż się, kumo, ku mnie!
A kuma.
Duma.
O zmierzchu przyszli sąsiedzi:
"A po co kuma tam siedzi?
To wcale nie jest w porządku
Tak dumać, i to przy piątku."
A kuma.
Duma.
Zebrali się ludzie tłumnie,
Stanęli wszyscy przy gumnie,
Milicjant przyjechał z miasta,
Już wieczór, już jedenasta,
A kuma.
Duma.
Kum jest po prostu w rozpaczy:
"Wytłumacz mi, co to znaczy?"
Już noc minęła, już dnieje,
A kume nie pije, nie je,
A kuma.
Duma.
Już minął tydzień i drugi,
Już miesiąc upłynął długi,
Pół roku, rok minął cały
I znowu żniwa nastały,
A kuma.
Duma.
Kum umarł trzeciego lata,
Brat kuma i żona brata,
Pomarli wszyscy sąsiedzi,
A kuma przy gumnie siedzi,
A kuma.
Duma.
Sto lat już duma bez mała,
Gdzie klucz od gumna podziała,
A niepotrzebnie się biedzi,
Bo właśnie na kluczu siedzi.
2007-07-31 22:47:26
Żuk
Do biedronki przyszedł żuk,
W okieneczko puk - puk - puk.
Panieneczka widzi żuka:
" Czego pan tu umnie szuka?"
Skoczył żuk jak polny konik,
Z galanterią zdjął melonik.
I powiada: "Wstań, biedronko.
Wyjdz, biedronko, przyjdz na słonko.
Wezmę ciebie aż na łączkę
I poproszę o twą rączkę."
Oburzyła się biedronka :
" Niech pan tutaj się nie błąka,
Niech pan zmiata i nie lata,
I zostawi lepiej mnie,
Bo ja jestem piegowata,
A pan - nie!"
Powiedziała, co wiedziała,
I czym prędzej odleciała,
Poleciała, a wieczorem
Ślub już brała - z muchomorem.
Bo od środka aż po brzegi
Miał wspaniałe, wielkie piegi.
Stąd nauka
Jest dla żuka:
Żuk na żonę żuka szuka.
2007-07-31 22:46:14
Pan Soczewka na dnie oceanu
Pana Soczewkę, jak pewno wiecie,
Znają filmowcy na całym świecie.
Teraz go znowu tutaj pochwalmy,
Bo właśnie zdobył dwie Złote Palmy
Na festiwalu w Karlowych Warach
Za film o muchach i o komarach,
Ponadto jeszcze cztery nagrody
Za film pod nazwą: Świat w kropli wody,
Potem ogromne tryumfy święcił
Za zdjęcia, które w puszczy nakręcił,
A film z Księżyca, powszechnie znany,
Obiegł dosłownie wszystkie ekrany.
Rzekł pan Soczewka: Nie dbam o sławę,
Wiem tylko jedno: muszę niebawem
Znów stworzyć takie filmowe dzieło,
Które by całym światem wstrząsnęło!
Księżyc to fraszka. Teraz dopiero
Cudów dokażę mnoją kamerą.
Zgłębię ocean, zgłębię go do dna,
Nęci mnie taka podróż podwodna!
Nikt jeszeze nie wie, co się tam dzieje,
Dowiem się pierwszy i mam nadzieję,
Że rząd mi na to przyzna fundusze.
Teraz do pracy zabrać się muszę!
Przygotowania dość długo trwały,
Lecz pan Soczewka był tak wytrwały,
Że przed upływem ośmiu miesięcy
Miał już gotowe wszystko, mniej więcej.
Myśl powziął w lutym, a w październiku
Przemierzał obszar wód Atlantyku
Specjalnym statkiem K.I. Gałczyński
Wybudowanym w stoczni szczecińskiej.
Statek był wielce skomplikowany.
Sam pan Soczewka sporządził plany,
A trzej wybitni inżynierowie
Musieli stawać niemal na głowie,
By tej niezwykłej sprostać budowie.
Statek był w kształcie półkuli dużej,
Mógł więc wirować podczas podróży.
Z masy plastycznej miał spód kadłuba,
Ściany, tworzyła szkła warstwa gruba
Obita szczelnie miką falistą,
Panoramiczną i przezroczystą.
Gdy pan Soczewka wyruszył w drogę,
Trzyosobową zabrał załogę.
Był więc kapitan, rzecz oczywista,
Prócz tego radiotelegrafista
Oraz mechanik. Zdziwi to kogo,
Że z tak nieliczną płynął załogą.
Rzecz polegała zaś właśnie na tym,
Że nie załoga, lecz automaty
W ruch mechanizmny wszystkie wprawiały
I niosły statek z szybkością strzały.
Na statku również mknął przez Atlantyk
Oprócz załogi - pies Kalasanty,
Który tak mądrą przeszedł tresurę,
Że wykonywał prace niektóre:
Na noc opuszczał flagę na maszcie,
A gdy mówiono: Kawę zaparzcie,
Naciskał guzik i już niebawem
Załoga mogła pić czarną kawę.
Tutaj nadmienić sobie pozwolę,
Że wewnątrz statku, na samym dole,
Mieścił się pocisk, co od tej strony
Miał być w głębiny wód wystrzelony.
Pocisk ten zwał się atomosonda.
Zaraz wam powiem, jak on wyglądał.
Mierzył sześć metrów. Górna połowa,
Czyli rakieta pięciostopniowa,
Nieść miała pocisk w morską głębinę
Z szybkością trzystu mil na godzinę.
W dolnej połowie atomosondy
Była kabina, a w niej przyrządy
I urządzenia elektronowe,
Aparatury kompletnie nowe:
Więc mechaniczny wzrok, a co więcej
Trzy wysuwane dowolnie ręce,
W nich zaś kamery trzy samodzielne,
Automatyczne i wodoszczelne.
Kabina miała zrobione ściany
Z masy przejrzystej, dotąd nieznanej.
Wewnątrz kabiny, prócz otomany,
Stał stół, był prysznic, leżanka miękka
Dla psa, apteczka oraz kuchenka.
W razie potrzeby pocisk z podłogi
Wypuszczał sztuczne stalowe nogi,
By na podwodne kroczyć połowy.
Napęd, rzecz prosta, miał atomowy,
Gdyż pan Soczewka tego zażądał.
Tak wyglądała atomosonda.
W chwili gdy statek opuszczał Szczecin,
Wiwatowały tysiące dzieci,
W porcie zagrała orkiestra dęta
I z dział strzelano jak podczas święta.
Sam pan Soczewka guzik nacisnął,
Statek się zerwał, świsnął i prysnął,
Śmignął jak strzała przez obszar siny,
Przeskoczył Bałtyk, minął cieśniny,
Pędził, wirował niepowstrzymanie,
Aż się zatrzymał na oceanie.
Tu zarzucono wreszcie kotwicę,
Tu pan Soczewka zjadł jajecznicę,
Inni dostali mięsną potrawę,
A Kalasanty zaparzył kawę.
Gdy automaty zmyły naczynia,
Gdy komunikat podała Gdynia,
Rzekł pan Soczewka: Czas już zejść na dno.
Zapowiedziano pogodę ładną,
Więc, jak przypuszczam, podwodne prądy
Nie zniosą zbytnio atomosondy.
Następnie dodał, prężąc się butnie:
Proszę za kwadrans włączyć wyrzutnię!
I psa trzymając krótko przy pysku,
Przez wąski otwór wszedł do pocisku.
Wnet ze straszliwą siłą wypchnięty
Pocisk jak piorun runął w odmęty,
Po czym rakiety kolejne człony
Niosły go w głębin żywioł skłębiony,
W mrok niezmierzony, w otchłań topieli,
Gdzie fosforyczne światło się bieli,
Gdzie po raz pierwszy śmiałek szczęśliwy
Dojrzy nieznane dotychczas dziwy.
Panu Soczewce wzrok mechaniczny
Przekazał obraz panoramiczny.
I oto świat ten oceaniczny,
Świat niezbadany ujrzał jak w lustrze:
W krąg koralowe pięły się puszcze,
W gęstwie korali ślepia łypały,
Łby wyrastały wielkie jak skały,
Sączył się z pysków odwar spieniony,
Próchnem odwiecznym lśniły ogony,
Wiły się cielska w łusce kosmatej,
Pluły fosforem perłowe kwiaty,
A ryby-miecze i ryby-piły
Zaciętą walkę z sobą toczyły.
Pies Kalasanty spoglądał z trwogą
I cicho skomląc, podwinął ogon.
Rzekł pan Soczewka: Co za skowyty?
Ja tu nakręcam film znakomity,
Nieustraszenie zgłębiam Atlantyk,
A ty mi skomlesz?... Wstyd, Kalasanty!
Pies nie śmie bać się, bo to nieładnie.
Proszę hamulce włączyć przykładnie!...
Ulwaga!... Zaraz będziemy na dnie.
Rozległ się łoskot i zgrzyt złowrogi,
Pocisk wypuścił stalowe nogi,
Zatrząsł się, chwiał się przez moment spory,
Lecz samoczynne regulatory
Atomosondę wyprostowały
I alarmowe zgasły sygnały.
Tu pan Sorzewka do działań skory
Włączył od razu trzy reflektory
I atomowe spięcie uranu
Zalało światłem dno oceanu.
Stało tam miasto nieogarnione
Przed tysiącami lat zatopione.
Rzekł pan Soczewka: O zakład idę,
Żeśmy trafili na Atlantydę!
Jakiż w tych czasach bywał budulec,
Że mógł działaniu wieków nie ulec!
Pocisk powoli przed siebie ruszył.
Pies Kalasanty nastawił uszy,
A pan Soczewka w bezmiar czeluści
Trzy mechaniczne ręce wypuścił
I uruchomił trzy obiektywy,
Żeby sfilmować te wszystkie dziwy,
Ten świat niezwykły, ale prawdziwy.
Po bokach ulic gmachy wysokie,
Całe z metalu, stały bez okien.
Miały kształt stożków, jak piramidy.
Taki był widać styl Atlantydy.
Gmach każdy tego dziwnego miasta
Zwierzokrzewami gęsto porastał:
Jedne z nich miały gąbczaste pyski,
A w każdym pysku tkwił jęzor śliski.
Inne trzygłowe, pokryte grzywą,
Wielkie, pękate hydrę straszliwą
Przypominały swoim wyglądem.
Te chciały przyssać atomosondę,
Lecz je odepchnął prąd elektryczny.
Inne znów miały wygląd kosmiczny,
Bo liść zwijały w dziobek niewielki
I wypuszczały z niego bąbelki
W różnych kolorach, jak baloniki.
Inne wzrok miały mętny i dziki
O takiej sile, że po godzinie
Jeszcze migotał i drgał w kabinie.
Wąskie ulice stały nietknięte,
Oblane wodą, jak atramentem,
I reflektorów potężne błyski
Z trudem drążyły ten mrok pobliski.
W mieście podwodnym, po tylu wiekach,
Nie było widać śladu człowieka,
Ni czaszek ludzkich, ni ludzkich kości.
Wszystko zapadło w otchłań nicości.
Sto metrów dalej na placu miasta
Pięła się w górę wieża spiczasta,
A przed nią posąg na piedestale
Stał zachowany tak doskonale,
Że można było prócz głowy łysej
Rozpoznać także twarz i jej rysy.
Korona tkwiła na czubku głowy,
A z twarzy sterczał nos półmetrowy.
Warga zwisała aż do podbródka,
Na którym rosła bródka króciutka.
Król ten - bo był to król niezawodnie -
Miał podwinięte do kolan spodnie,
A w nich, jak balon, brzuch okazały,
Z łydek zaś skrzydła mu wyrastały.
Pod spodem była ogromna płyta
I pan Soczewka napis odczytał:
Karabalobum Atlantalobum
Parabalibum sobum e wobum.
Rzekł pan Soczewka: Spójrz, Kalasanty
Oto jest pomnik króla Atlanty,
Więc go na filmie szybko utrwalmy,
By znowu zdobyć trzy Złote Palmy
A teraz, piesku, ruszamy dalej.
I kazał kroczyć nogom ze stali
Poprzez spętane gąszcze korali.
Ryby nie żyją na tej głębinie,
Mogą tu istnieć płazy jedynie,
Ale te płazy są to okazy
Twardsze od naszych tysiące razy,
Opancerzone tak, że bez szkody
Znoszą straszliwe ciśnienie wody.
Atlantozaury zwartą ławicą
Krągłe, bezgłowe, tuż nad ulicą
Zawirowały swoim zwyczajem
I gniotąc sobie boki nawzajem,
Ssały żarłocznie morskie liszaje.
Dwie salamandry opancerzone
Niepostrzeżenie pełzły w ich stronę,
Pożarły wszystkie jeden po drugim,
Pozostawiając złociste smugi.
Zza węgła wyszedł jaszczur kolczasty
I koralowe mijając chwasty,
Na salamandrę napadł znienacka,
Zgniótł łeb jej twardy w kolczastych mackach,
Lecz zanim jeszcze żer swój przetrawił,
Smok siedmiogłowy nagle się zjawił.
Pełzał dokoła ze dwie minuty,
Podniósł swój ogon w łuskę zakuty
I tym ogonem niby maczugą
Jaszczura po łbie walił tak długo,
Aż go ogłuszył, kolce obkruszył,
Pożarł i dalej przed siebie ruszył.
Wtem ujrzał pocisk pana Soczewki.
Rzekł pan Soczewka: To nie przelewki,
Smok mnie przeraża swoim wyglądem,
Potwór ten zniszczy atomosondę!
Musimy zmykać i zejść mu z drogi.
Pocisk wyciągał stalowe nogi,
Biegł ulicami pustego miasta,
Lecz smok co chwila przed nim wyrastał.
Porisk wyciągał ręce stalowe
I zdołał urwać mu jedną głowę,
Potem dwie jeszcze. Zostały cztery.
Rzekł pan Soczewka: Moje kamery
Pracują sprawnie. Życie poświęcę,
Ale z tej walki film dziś nakręcę.
Potwór krwią broczyt. Już się zdawało,
Że pocisk wyjdzie z opresji cało,
Gdy nagle ruchem niepostrzeżonym
Smok z całej siły machnął ogonem
I podciął nogi atomosondzie.
Rzekł pan Soczewka: Mucha nie siądzie...
Ale, niestety, w tej samej chwili
Pocisk się zachwiał, na bok przechylił
I upadł ciężko na smoczy ogon.
Pies Kalasanty przejęty trwogą
Zawył żałośnie, a pan Soczewka
Rzekł niewesoło: Skończona śpiewka,
Naszej ofiary nikt nie oceni.
Klapa! Jesteśmy, piesku, zgubieni.
Pogasły lampy i reflektory,
Przestały działać regulatory
I automaty, a w chwilę potem
Stacja nadawcza pękła z łoskotem.
W mrok pan Soczewka spojrzał i zoczył,
Że inny potwór z głębin wytoczył
Cielsko olbrzymie jak kamienica.
Był to straszliwy płaz: ośmiornica -
Oceaniczna, ośmioramienna,
Cała kamienna. I rzecz znamienna:
Smok w koralowe schronił się krzaki
Schyliwszy łby swe dla niepoznaki.
A ośmiornica ośmiorgiem ramion,
Które bez trudu górę przełamią,
Atomosondę trącać zaczęła,
Po czym się wolno wzięła do dzieła.
Ramieniem pocisk więc podważyła -
Taka potężna była w niej siła.
Drugim ramieniem go opasała,
Z piachu dźwignęła, wyprostowała,
Trzecim ramieniem pchnęła od dołu,
Po czym pięciorgiem ramion pospołu
Wiosłując wolno, w górę ruszyła -
Taka potężna była w niej siła.
Gdy pocisk znowu stanął pionowo,
Pies o kuchenkę uderzył głową,
A pan Soczewka fiknął koziołka
Z łóżka na stołek, potem ze stołka
Wleciał na biurko, następnie z biurka
Spadł i pod łóżko dał jeszcze nurka.
Tu się dopiero zerwał gwałtownie.
- Muszę naprawić wpierw elektrownię -
Rzekł pan Soczewka do działań skory -
Gdy tylko wprawię w ruch reaktory,
Zapalę światła i reflektory,
Morskie potwory porażę prądem
I uruchomię atomosondę.
Włożył w to wszystko trudu niemało,
Lecz jak powiedział, tak się też stało.
Bo pan Soczewka miał umysł ścisły,
A oprócz wiedzy - mądre pomysły.
Wnet reflektory tedy zabłysły
I ośmiornicy cielsko potężne,
Każde jej ramię grube i prężne,
Można zobaczyć było przez szyby,
Lecz widać było także i ryby.
Rzekł pan Soczewka: Płyniemy w górę,
Wskazują na to ryby niektóre,
A jakbym sądzić mógł z manometrów,
Od dna nas dzieli pięć kilometrów.
Już poza nami jest Atlantyda.
Tak! Ośmiornica czasem się przyda!
Wypowiedziawszy swoje poglądy,
Prąd elektryczny z atomosondy
Skierował prosto na ośmiornicę.
Iskry błysnęły jak błyskawice,
Rażąc potwora w głowę i w oczy.
Cios go na chwilę, widać, zamroczył,
Gdyż jedno ramię z wolna opadło,
A pan Soczewka walkę zajadłą
Prowadził dalej, zwiększył napięcie,
I atakował bestię zawzięcie.
- Spójrz, Kalasanty! Chyba nie kłamię,
Potwór rozluźnił już drugie ramię.
O, teraz trzecie. A teraz czwarte.
Już piąte ramię też jest rozwarte!
Ugodzę jeszcze po raz ostatni!
Ha! Uwolnieni jesteśmy z matni!
Skończyłem wreszcie z podwodnym zbójem.
Mam go w całości? Mam go! Filmuję!
Z wolna szło na dno cielsko potwora,
Obok płynęła trytonów sfora,
A ryby-miecze i ryby-piły
Za tym niezwykłym żerem goniły.
Rzekł pan Soczewka: Wszystko to pierzchnie,
Bo wypływamy już na powierzchnię.
Pociągnął dźwignię, sprawdził przyrządy,
Nastawił stery atomosondy,
Pies Kalasanty zaparzył kawę,
I tak kończyli swoją wyprawę.
W panoramicznych szybach niebawem
Ujrzeli statek, który w oddali
Po niespokojnej żeglował fali.
Na maszcie flaga zatrzepotała.
A na pokładzie załoga cała
Panu Soczewce salutowała.
Jak z pokładowej księgi wynika,
Kapitan kazał upiec indyka,
A gdy na deser podano ciasto,
Końca nie było różnym toastom.
Nazajutrz statek K.I. Gałczyński
Zjawił się znowu w porcie szczecińskim.
Orkiestra grała, strzelały działa,
Ludność Szczecina wiwatowała,
Fotografowie i reporterzy
Pstrykali zdjęcia tak, jak należy,
A pan Soczewka w tym samym czasie
Udzielał mnóstwa wywiadów prasie;
Mówił o wszystkim, o tym, o tamtym,
Zapomniał tytko o Kalasantym.
Więc Kalasanty, nie bez urazy,
Do mikrofonu szczeknął trzy razy.
2007-07-31 22:36:50
Leń
Na tapczanie siedzi leń,
Nic nie robi cały dzień.
- O wypraszam to sobie!
- Jak to? Ja nic nie robię?
- A kto siedzina tapczanie?
- A kto zjadł pierwsze sniadanie?
- A kto dzisiaj pluł i łapał?
- A kto się w głowę podrapał?
- A kto dziś zgubił kalosze?
- O - o! Proszę!
Na tapczanie siedzi leń,
Nic nie robi cały dzień.
- Przepraszam! A tranu nie piłem?
- A uszu dzisiaj nie myłem?
- A nie urwałem guzika?
- A nie pokazałem języka?
- A nie chodziłem się strzyc?
- To wszystko nazywa się nic?
Na tapczanie siedzi leń,
Nic nie robi cały dzień.
Nie poszedł do szkoły, bo mu się nie chciało,
Nie odrobił lekcji, bo czasu miał za mało.
Nie zasznurował trzewików, bo nie miał ochoty,
Nie powiedział "dzień dobry", bo z tym za dużo roboty,
Nie napoił Azorka, bo za daleko jest woda,
Nie nakarmił kanarka, bo czasu mu było szkoda;
Miał zjeść kolację - tylko ustami mlasnął,
Miał położyć się spać - nie zdążył - zasnął.
Śniło mu się, że nad czymś ogromnie się trudził;
Tak zmęczył się tym snem, że się obudził.
2007-07-31 22:36:01
Z motyką na słońce
Roch węgla od dawna pod piecem nie widział,
Już skończył się zapas, wyczerpał się przydział.
Więc Roch wpadł na pomysł: "Tak zimno w chałupie,
A słońce jest wielkie. Gdy okruch odłupię
I wrzucę do pieca, wystarczy mi ciepła,
By barszcz nie zamarzał i kasza nie krzepła."
Pomyślał i ruszył z motyką na słońce,
A słońce - wiadomo - jak ogień gorące.
Motyka już topić się z wolna zaczęła,
Lecz Roch nie ustawał, Roch wołał: - Do dzieła!
Do dzieła! Choć sobie czuprynę osmalę,
Wciąż będę motyką uderzał wytrwale
I choćby mnie słońce spaliło na popiół,
Nikt we wsi nie powie, żem swego nie dopiął!
To rzekłszy przygarnął dwie chmury deszczowe,
Z nich jedną położył, jak kompres na głowę,
A drugą wyżymał zwilżając ostrożnie
Motykę, jak zwilża się kurę na rożnie.
Bił w tarczę słoneczną, choć dręczył go upał,
Aż w końcu motyką okruszek odłupał.
Zawinął go w chmurę, jak w szmatkę wilgotną,
I podał czym prędzej Rochowej przez okno.
Rochowa okruszek do pieca wrzuciła,
Obrała ziemniaki i barszcz nastawiła.
Buzuje się okruch słoneczny na ruszcie,
A wy, jeśli chcecie, czyn Rocha powtórzcie.
Nauka zaś taka z wierszyka wynika,
Że może każdemu się przydać motyka.
2007-07-31 22:35:21
Opowiedział dzięcioł sowie
Opowieści różne znacie:
Więc opowieść o piracie,
O magiku-mechaniku,
O zaklętym koguciku,
O północnym, groĄnym wietrze
I o chorym termometrze.
O uczonym kocie w butach
I o wyspach Bergamutach,
O diabełku na kominie,
O sierotce Klementynie,
O entliczku, o pentliczku
I o Janku Wędrowniczku,
O Paproszku - mądrym skrzacie -
Wszystkie te historie znacie.
Ale dziś mam - daję słowo -
Bajkę dla was całkiem nową.
Posłuchajcie: pod Dąbrową
Jest dąbrowa. W tej dąbrowie
Opowiedział dzięcioł sowie
O tym, czego się dowiedział,
Kiedy w leśnej dziupli siedział.
Ja to wszystko podsłuchałem
I czym prędzej zapisałem.
I
Było tak: w sędziwym lesie,
Który widać na bezkresie,
Mieszkał bury wilk Barnaba,
Zamożniejszy od nababa.
Miał on skarbów pełne wory
I wciąż znosił do komory
Smakołyki i frykasy,
Z których słyną polskie lasy.
Miał Barnaba spryt handlowy,
Więc założył wśród dąbrowy
Sklep dla zwierząt. Na polanie
Wybudował rusztowanie,
Poukładał mech u góry,
Pozatykał gliną dziury,
Gałęziami ściany pokrył
I, z wysiłku cały mokry,
Siadł za ladą. Na tej ladzie
Smakowite kęski kładzie.
Każdy łatwo coś wyszuka:
Jest tu przysmak dla borsuka,
Jest pachnący ser dla lisa,
Dla niedĄwiedzia pełna misa,
Coś dla kuny do zjedzenia,
Świeża marchew dla jelenia,
Dla jaszczurek smaczny żurek
I orzechy dla wiewiórek.
Siedzi wilk Barnaba w sklepie
I zmrużywszy jedno ślepie,
Wszystkich woła i zaprasza:
- Komu jaja, komu kasza,
Komu mleko na śniadanie?
U mnie w sklepie jest najtaniej!
Wielka była to przynęta,
A więc zbiegły się zwierzęta.
Wszystkie tłoczą się u lady:
- Proszę kilo marmolady...
- A ja garść orzechów proszę...
- Dla mnie sadła za trzy grosze...
- Dla mnie miodu dziesięć deka...
- A ja proszę kwartę mleka...
Wilk się krząta i na ladzie
Co najgorszy towar kładzie,
Nie doważa, nie domierza,
Marmolada jest nieświeża,
Sadło zgniłe i tłuste,
Gorzki ser, orzechy puste,
Zamiast mleka - sama woda.
Wprost każdego grosza szkoda!
- Jak tu drogo! - jęknął zając.
Na to rzekł Barnaba wstając:
- Kto powiedział, że jest drogo?
Nie prosiłem z was nikogo,
By odwiedzał moją knieję.
Komu drogo - niechaj nie je!
A jak chodzi o zające,
Radzę zmykać, bo przetrącę!
Czmychnął zając nie czekając -
Nie przekona wilka zając.
Sarna wstała pełna trwogi,
Tchórz wiewiórce szpenął: - W nogi!
I nie wziąwszy nawet reszty,
Zmykał szybko, gubiąc meszty.
II
Nieco dalej, stąd pół mili,
Mieszkał siwy ryś Bazyli.
Był wąsaty, zły i srogi;
Każdy rad był zejść mu z drogi,
A on prychał, a on mruczał,
Wszystkim bruĄdził i dokuczał.
Nawet rudy lis Mikita
Bardzo grzecznie rysia witał
I udając, że jest chory,
Szybko biegł do swojej nory.
Ryś miał także sklep swój w lesie;
Znał się ryś na interesie,
Toteż jego sklep był pełny
Ciepłych futer, pierza, wełny,
Ptasich czubków, barwnych piórek
I kapturków dla wiewiórek.
Siedział ryś Bazyli w sklepie
I zmrużywszy jedno ślepie,
Wołał ciągle: - Idzie zima,
Kto na zimę futra nie ma,
Kto linieje lub łysieje,
Niech tu biegnie poprzez knieję,
Bowiem każde leśne zwierzę
U mnie ciepło się ubierze,
Ptak - odnowi swoje pierze,
Wszystko można dostać u mnie!
Więc zwierzęta biegły tłumnie.
Ten coś kupił, ów coś kupił,
A Bazyli skórę łupił,
Zamiast futer wtykał szmaty,
Zamiast skórek - stare łaty,
Zamiast wełny - pęk badyli.
Taki to był ryś Bazyli!
Niedaleko sklepu rysia
Była w jarze jama lisia,
Dobrze pośród drzew ukryta.
Mieszkał w jamie lis Mikita.
Po wsiach znał kurniki liczne
I zagrody okoliczne,
Umiał świtenie w każdym czasie
Wykryć nowe gniazda ptasie,
Umiał gąskę podejść z bliska,
Wiedział, gdzie są kretowiska,
Po karasie biegł do rzeki
I wybierał miód z pasieki.
Zdobycz swoją co dni kilka
Lis Mikita niósł do wilka.
Wilk unosił się na ławce:
- Czekam, czekam na dostawcę.
Pokaż towar. Cóż to? Kaczka?
Ależ chuda nieboraczka!
Gęś? Nie będzie z niej pociechy;
Jajka małe jak orzechy.
Nie, Mikito, miód niesłodki,
A karasie są jak płotki.
Nędzna zdobycz, drogi lisie,
I na moje widzimisię
Warta cztery skórki krecie.
Ale więcej? Nigdy w świecie!
Lis miał mores przed Barnabą -
Potargował się dość słabo,
Schował skórki, a po chwili
Już go witał ryś Bazyli:
- Cóż przynosisz dziś, Mikito?
Cztery skórki? Dobre i to.
Mogę wziąść je, chętnie służę,
Dam ci za nie jajko kurze.
Lis podskoczył: - Nie kpij ze mnie!
Słuchać nawet nieprzyjemni.
Za te skórki, wyznać przykro,
Dałem trzy karasie z ikrą,
Dziesięć jajek, kaczkę młodą,
Gęś i duży plaster miodu.
Ryś uderzył groĄnie w ladę:
- Skórki biorę, jajko kładę
I nie radzę wszczynać kłótni,
Bo się skończy jeszcze smutniej.
Lis do kłótni nie był skory -
Poszedł z jajkiem do swej nory
I pomyślał, płaczu bliski:
"To są właśnie moje zyski."
III
Wilk bogacił się na sklepie,
Ryś stał także coraz lepiej.
Jeśli chodzi o Mikitę,
Ten się trzymał własnym sprytem.
Lecz zwierzęta - że wymienię
Tchórze, jeże i jelenie,
Nawet kuny i niedĄwiedzie -
Wszystkie były w wielkiej biedzie.
A tymczasem przyszła jesień,
Coraz głodniej było w lesie,
Coraz głodniej, coraz chłodniej,
Upływały dni, tygodnie,
W lesie było brak żywności,
Poszły wszystkie oszczędności,
A u rysia i u wilka
Ceny rosły co dni kilka.
Wilk Barnaba siedział w sklepie
I zmrużywszy jedno ślepie,
Wykrzykiwał: - Głodomory,
Opuszczajcie wasze nory,
Przybywajcie do mnie tłumnie!
Tylko u mnie, tylko u mnie
Są kiełbaski i serdelki,
I przysmaków wybór wielki!
Równocześnie z innej strony
Ryś Bazyli niestrudzony
Wołał: - Do mnie, chuderlaki!
Mam serdaki, mam kubraki,
Skórki ciepłe jak pierzyny
I zimowe peleryny.
Lecz zachęta nie pomoże,
Kiedy nędza jest w komorze,
Bo kupują ci, co płacą,
A kupować nie ma za co.
Tak cierpiała knieja cała,
Wreszcie miarka się przebrała.
Mieszkał w lesie niedĄwiedĄ Błażej.
Choć wyglądał nie najstarzej,
Szanowały go zwierzęta,
Tak jak ludzie - prezydenta.
Przyszły tedy do BłaĄeja:
- W tobie cała jest nadzieja!
W lesie chłodno, w domu głucho,
Daj nam radę niezawodną,
Bo Barnaba i Bazyli
Już doszczętnie nas złupili.
NiedĄwiedĄ w ucho się podrapał,
Długo myślał, długo sapał,
Wreszcie rzekł: - Mam pomysł taki:
Niech kukułka wszystkie ptaki
I zwierzęta z całej kniei
Zawiadomi po kolei,
Że w świetlicy "Pod Żołędziem"
Jutro się nasz sejm odbędzie.
- Świetnie! Świetnie! - krzyknął zając. -
Sejm zwołamy nie zwlekając!
- Racja - rzekły dwie kukułki,
Nierozłączne przyjaciółki. -
Obwieścimy wnet orędzie,
Że się jutro sejm odbędzie.
Zaraz wzięły się do dzieła,
Jedna w prawo pofrunęła,
Druga w lewo - i kukały
Dwie kukułki przez dzień cały.
IV
Wielkie tłumy sejm zgromadził.
NiedĄwiedĄ z braćmi się naradził,
Po czym wszedł na podwyższenie
I pozdrowił zgromadzenie:
- Witam sarny i jelenie,
Witam kuny, tchórze, jeże,
Nawet lisy witam szczerze
I borsuki, i zające,
Całe ptactwo śpiewające,
Nawet srokę, nawet sowę,
Witam wszystkich, jednym słowem.
Moi drodzy, znamy dzisiaj
Sprawki wilka, sprawki rysia.
Czas już skończyć z ich wyzyskiem,
Więc niech nad tym przede wszystkim
Sejm nasz dziś się zastanowi.
Głos oddaję borsukowi.
Borsuk wstał, poprawił przedział,
Chrząknął, po czym tak powiedział:
- Mogę wyznać nie bez dumy,
Żem tu wszystkie zjadł rozumy,
Żem obmyślił wszystko ściśle
I wam powiem to, co myślę.
Czas już wreszcie wyjść z potrzasku,
Przestać jadać babki z piasku,
Chleb ze śniegu, figi z makiem.
Otóż ja mam plany takie:
Każdy ptak i każde zwierzę
W swej komorze coś wybierze
I natychmiast tu przyniesie
Jako udział w interesie.
Gdy zbierzemy już udziały,
Otworzymy sklep wspaniały,
Gdzie się będą sprzedawały
Tanie, świeże wiktuały.
Wspólnym trudem i staraniem
Zdobędziemy futra tanie,
Tanie sadło, tanią kaszę.
Zjednoczymy siły nasze.
Wszyscy razem, nie oddzielnie,
Ale dzielnie tę spółdzielnię
Przed nadejściem jeszcze zimy
Wspólną pracą utworzymy.
Jeleń krzyknął: - Dobrze gada!
To przynajmniej mądra rada!
Tchórz zawołał: - Brawo, brawo,
Trzeba zająć się tą sprawą,
Bo gdzie jest wysiłek zgodny,
Tam dobrobyt niezawodny!
Tu przemówił lis Mikita:
- Myśl naprawdę znakomita,
Ruch spółdzielczy bardzo cenię,
Chętnie swą naturę zmienię
I zapewniam zgromadzenie,
Że od dzisiaj najrzetelniej
Chcę pracować dla spółdzieli.
- Świetnie! - rzekły dwie kukułki,
Nierozłączne przyjaciółki,
I uparcie coś kukały
W sposób dość niezrozumiały.
NiedĄwiedĄ przerwał to kukanie:
- Dosyć, dosyć, moje panie.
Sprawa jasna, szkoda czasu!
Budujemy sklep wśród lasu.
Wszystkich czeka ciężka praca -
Praca zawsze się opłaca.
Przekonajmy więc borsuka,
Że nie poszła w las nauka,
Że już wilk nas nie oszuka,
Że już ryś nas nie oszwabi -
Żeśmy silni, a nie słabi.
- Brawo!, brawo! - krzyknął zając. -
Sklep budujmy nie zwlekając,
Lecz uczcijmy wpierw Błażeja,
Kniei naszej dobrodzieja!
- Oczywiście! W górę! W górę! -
Zawołali wszyscy chórem
I wesoło, choć z wysiłkiem,
Podrzucali go jak piłkę,
A kukułka z przyjaciółką
Szybowały nad nim w kółko.
V
Wszyscy zgodnie pracowali:
Więc niedĄwiedzie - wzorem drwali -
Dostarczały pni i pali.
Sarny z wszystkich stron się zbiegły
I lepiły z gliny cegły.
Z wodnej tafli jeleń szybki
Pozdejmował szklane szybki.
Przy stawianiu pieców kuna
Wykonała pracę zduna.
Jeże igieł dostarczyły,
A dzięcioły z całej siły
Deski nimi przybijały
Do podłogi i powały.
Pracowali wszyscy zgodnie
I w niespełna dwa tygodnie
Sklep stał całkiem już gotowy
Na polanie wśród dąbrowy.
Wnet borsuki, tchórze, kozły
Najróżniejszy prowiant wiozły:
Sadło, kaszę i serdelki,
I przysmaków wybór wielki.
Oprócz tego sklep był pełny
Ciepłych futer, pierza, wełny,
Ptasich czubków, barwnych piórek
I kapturków dla wiewiórek.
A za ladą lis Mikita
Kupujących grzecznie wita,
Tu odważy, tam odmierzy,
Towar dobry, tani, świeży.
Nikt nikogo nie oszwabia,
Nikt na nikim nie zarabia,
Bo gdzie łączą wspólne cele,
Tam są wszyscy przyjaciele.
Sklep szedł odtąd jak najlepiej,
Każdy wszystko dostał w sklepie
I w powszechnym dobrobycie
Upływało leśne życie.
A kukułka z przyjciółką
Wciąż latały tylko w kółko
I na przekór innych ptakom
Ułożyły piosnkę taką:
- Powiedzcie, jaskółki,
Ku - ku,
Gdzie mam kupić bułki?
Ku - ku!
- W spółdzielczym sklepie,
Ku - ku,
Kupisz najlepiej,
Ku - ku!
- Powiedzcie mi, kraski
Ku - ku,
Gdzie mam kupić placki?
Ku - ku!
- W spółdzielczym sklepie,
Ku - ku,
Kupisz najlepiej,
Ku - ku!
- Powiedzcie, słowiki,
Ku - ku,
Gdzie kupić pierniki?
Ku - ku!
- W spółdzielczym sklepie,
Ku - ku,
Kupisz najlepiej,
Ku - ku!
Tak śpiewały i kukały
Dwie kukułki przez dzień cały.
Bury wilk przed sklepem swoim
Stał i patrzył z niepokojem.
Wreszcie zamknął go na kłódkę
I opuścił las ze smutkiem.
- Trudno! - westchnął ryś Bazyli.
Także zamknął sklep po chwili
I opuścił z żalem knieję.
Co się z nimi teraz dzieje,
Tego nawet dzięcioł sowie,
Choć jest plotkarz - nie opowie.
2007-07-31 22:33:58
Mops
W kuchni stał na stole klops.
Mops do klopsa chyłkiem - hops!
Gdy się najadł tak, że spuchł aż,
Nagle zjawił się pan kucharz.
Patrzy, blednie - nie ma klopsa,
Rzecze tedy groźnie do psa:
Ja przepraszam pana mopsa,
Pan mi tu za bardzo hopsa,
Żeby pan nie dostał kopsa!
Na to mops wyszczerzył kły
I odszczeknął bardzo zły:
Fe! A cóż to za maniery?
Jeśli mam być całkiem szczery,
Na mnie nawet pan nie dmuchnie,
Bo i tak chcę zmienić kuchnię,
A to głównie z tej przyczyny,
Że nie znoszę siekaniny!
Po czym precz odrzucił sztuciec,
Warknął, burknął i chciał uciec.
Kucharz, widząc to, wpadł na psa,
Porządnego dał mu klapsa,
A na obied zamiast klopsa,
Spożył - zły jak mops - rolmopsa.
2007-07-31 22:32:55
Pytalski
Na ulicy Trybunalskiej
Mieszka sobie Staś Pytalski,
Co, gdy tylko się obudzi,
Pytaniami dręczy ludzi.
W którym miejscu zaczyna się kula?
Co na deser gotują dla króla?
Ile kroków jest stąd do Powiśla?
O czym myślałby stół, gdyby myślał?
Czy lenistwo na łokcie się mierzy?
Skąd wiadomo, że Jurek to Jerzy?
Kto powiedział, że kury są głupie?
Ile much może zmieścić się w zupie?
Na co łysym potrzebna łysina?
Kto indykom guziki zapina?
Skąd się biorą bruneci na świecie?
Ile ważą dwa kleksy w kajecie?
Czy się wierzy niemowie na słowo?
Czy jaskółka potrafi być krową?
Dziadek już od roku siedzi
I obmyśla odpowiedzi,
Babka jakiś czas myślała,
Ale wkrótce osiwiała,
Matka wpadła w stan nerwowy
I musiała zażyć bromu,
Ojciec zaś poszedł po rozum do głowy
I kiedy powróci - nie wiadomo.
2007-07-31 22:32:07
Panieneczka z pudełeczka
Panieneczka z pudełeczka,
Nie Haneczka, nie Janeczka,
Nie Marysia, nie Wandeczka,
Nie Irenka, nie Idalka,
Lecz po prostu zwykła lalka,
I nie zwykła, lecz mądralka...
Panieneczka z pudełeczka
Karminowe ma usteczka,
Nosek zgrabny i rumiany
I policzki z porcelany.
Panieneczka z pudełeczka
Jest pulchniutka jak bułeczka,
Ma jedwabne złote włoski,
Uśmiech miły i beztroski,
Rączki bielsze ma od mleczka,
A ubrana jak laleczka
Jest ta śliczna panieneczka.
Cały dzień, jak inne panie,
Siedzi grzecznie na tapczanie,
Jest wytworna niesłychanie
I gdy kot się łasi do niej,
Głaszcze kota spodem dłoni.
Kot jej dał na imię Lala,
Lalce głaskać się pozwala,
Z nią rozmawiać długo umie,
Ona jedna go rozumie.
Mówi lalka: Mój koteczku,
Nie ma myszy w mym domeczku,
Ale za to na spodeczku
Zawsze jest łyżeczka mleczka
I ciasteczka dla koteczka.
Kot jest czarny i puszysty,
Kot do lalki pisze listy,
Opowiada jej bajeczki
I przemawia do laleczki
Po swojemu, po kociemu:
Droga Lalu, powiedz, czemu
Siedzisz ciągle na tapczanie?
Wstań, kochanie, pójdź, kochanie,
Do ogrodu na igraszki.
Tam śpiewają cudnie ptaszki,
Tam fruwają barwne ważki,
Tam po stawie łódka płynie
I przegląda się w głębinie,
Tam szeleści wiatr wesoły,
Szczerozłote brzęczą pszczoły,
Pachną kwiaty, dzwonią dzwońce,
A na niebie wisi słońce
I przygląda się z oddali,
I uśmiecha się do Lali.
Nim uśmiechać się przestanie,
Wstań, kochanie, pójdź, kochanie,
Odbędziemy sobie w zgodzie
Piękną podróż po ogrodzie.
Idzie lalka środkiem dróżki,
Lekko stawia drobne nóżki,
Kot odpędza od niej muszki
I prowadząc ją za rękę
Mruczy kocią swą piosenkę.
Lalkę każdy kwiatek wita,
Każda trawka pospolita,
Wszystko w oczach jej rozkwita.
Pierwsza głos zabrała róża:
Patrzcie, lalka! Jaka duża!
Jakie oczy ma błękitne!
W takich oczach chętnie kwitnę.
Spójrzcie, jaka buzia słodka! -
Zachwycała się stokrotka.
Jestem prawie zakochany -
Szepnął goździk. Tulipany
Pochyliły swe łodygi,
A narcyzy na wyścigi
Kołysały się na wietrze
Coraz tkliwsze, coraz bledsze...
W górze słońce lśni złociście,
Uroczyście szumią liście,
Żuki chórem brzęczą w trawie,
A za kępą drzew, na stawie,
Uwiązana wprost do pieńka
Stoi łódka malusieńka.
Łódka piękną podróż wróży,
Kot zaprasza do podróży,
Lalka siada więc przy sterze,
A on dziarsko wiosła bierze
I już w dal odpływa łódka,
Chociaż taka jest malutka.
Bardzo rada tej przygodzie
Lalka rączkę macza w wodzie
I ze śmiechem kota bryzga,
Gdy się do niej kot umizga.
Kot wiosłuje wciąż zawzięcie,
Aż tu nagle na zakręcie
Z wody wyspa się wyłania.
Więc do brzegu bez wahania
Lalka kotu przybić każe
I po chwili już żeglarze
Przez zarośla i przez gąszcze
Naprzód brną jak dwa chrabąszcze.
Lalka nie zna wcale drogi,
Lalkę trochę bolą nogi.
Kot prowadzi ją za rękę
Mrucząc kocią siwą piosenkę.
Wyszli wreszcie na polanę,
A tam - dziwy nie widziane:
Pod łopuchem, bez przesady,
Stoi chatka z czekolady,
Z czekolady dach, wieżyczki,
Komin, ściany, okna, drzwiczki,
Nawet ganek, nawet kładka -
Istna chatka-czekoladka!
Od tej chatki biegnie ścieżka...
Gnom z pewnością w chatce mieszka.
Któż, powiedzcie, nie zna gnomów?
Mógłbym spisać kilka tomów
O tym, jakie wiodą życie,
Co w swych domkach robią skrycie,
O zręczności ich i sprycie...
Znam się na tym znakomicie,
Bo to przecież fakt wiadomy,
Że mi bajki piszą, gnomy.
W owym domku z czekolady,
Nie szukając z nikim zwady,
Mieszkał sobie gnom Paproszek.
Głowę małą miał jak groszek,
Nos jak pieprzyk, siwą bródkę,
Duży brzuch i nogi krótkie.
Zawód miał nie byle jaki,
Mianowicie... strzygł ślimaki,
Szył dla gnomów pelerynki
I uczone robił minki:
Dużą minkę, średnią minkę
Oraz minkę-odrobinkę.
Właśnie siedział z dużą minką
I popijał słodkie winko,
Gdy ktoś nagle do drzwi puka.
Kto to puka? Czego szuka?
Kto i po co tu przychodzi?
To ja jestem, kot-czarodziej,
A to lalka z porcelany,
W której jestem zakochany.
Wyszedł tedy gnom na ganek
I powiedział: Dobry ranek,
Nie zapraszam do chatynki,
Ale wiem, że moje minki
Chcecie kupić. Bardzo proszę,
Biorę za nie po trzy grosze.
Po tych słowach gnom Paproszek
Wszystkie trzy uczone minki
Do maleńkiej włożył skrzynki,
Dziewięć groszy wziął od kota,
Chrząknął, kichnął, zachichotał,
Do swej chatki wrócił szybko
I w okienku siadł za szybką.
Lalka w skrzynce szuka minek
I wyjmuje upominek,
1 przymierza minki gnoma,
Aż jej buzia nieruchoma
Nagle staje się ruchliwa,
Tak jak żywa, jak prawdziwa,
Ach, bo w bajkach wszystko bywa!
Kot nie wierzy własnym oczom:
Jak ci ładnie, jak uroczo,
Jesteś już prawdziwą damą!
Powtórz jeszcze raz to samo:
Duża minka, średnia minka,
Teraz minka-odrobinka...
Nie, doprawdy, w życiu całym
Słodszej buzi nie widziałem!
Słysząc jego zachwyt taki
Nadleciały różne ptaki,
Jak słowiki, gile, czyże,
I fruwając coraz niżej,
Na cześć lalki. odśpiewały
Trzy wesołe madrygały,
I uczciły ją świergotem.
A tymczasem lalka z kotem
Popłynęli już z powrotem,
Bowiem słońce na zachodzie
Już maczało brodę w wodzie,
A głód przy tym tak dokuczał,
Że kot coraz cieniej mruczał.
Kto przymierzał tyle minek,
Temu zda się odpoczynek.
Na tapczanie lalka siadła
I na obiad chętnie zjadła
Ulubione swe rodzynki,
Robiąc wciąż te same minki -
Jedną własną, a trzy cudze.
Wreszcie rzekła: Znów się nudzę!
Chcę rozrywkę mieć przyjemną,
Kotku bury, baw się ze mną!
Kot, wykwintny w każdym calu,
Czule mruczy: Słodka Lalu,
Ja dla ciebie wszystko zrobię!
Czego pragniesz? Pomyśl sobie.
Rzecze lalka więc do kota:
Wielka bierze mnie ochota
Dla zabawek bal wyprawić,
Żeby dobrze się zabawić.
Kot natychmiast,wvyjął z szafki
Gry, figurki i zabawki
I zawołał z wielką mocą:
Dobra Wróżko! Przed północą
Przyjedź do nas swą karocą!
Uczyń różdżką znak zaklęty,
Niech ożyją wszystkie sprzęty,
Niech zabawki w ruch wprawione,
Przebudzone, ożywione,
Spędzą dzisiaj noc przyjemną
Z tobą, z lalką oraz ze mną!
A do lalki kot-czarodziej
Rzecze: Pięknie się przyodziej,
Ładnie uczesz się, kochanie,
Wróżka przyjdzie na wezwanie
I uczyni takie cuda,
Że nasz bal się świetnie uda.
Lalka z ulgą odetchnęła
I zabrała się do dzieła.
Więc podbiegła do lusterka
I przegląda się, i zerka,
I przygładza każdy włosek,
I pudruje sobie nosek,
I różuje się dokładnie...
No popatrzcie, czy nie ładnie?
Lecz jak ubrać się, mój Boże,
Którą suknię dzisiaj włożę,
Kto mi wybrać ją pomoże?
Mam różową bardzo zgrabną
I błękitną mam jedwabną,
Atłasową fijołkówą
I kremową koronkową...
Pełno sukien wisi w szafie,
Żadnej wybrać nie potrafię!
Kot zamyślił się głęboko,
Aż przymrużył jedno oko,
I powiada: Dam ci nową
Piękną suknię księżycową.
Sam utkałem ją z promieni.
Pełna srebrnych jest deseni,
A z poświaty zielonkawej
Ma falbanki i rękawy.
Przy staniczku ma guziczki
Jak mieniące się promyczki,
Haftki lśnią jak gwiazdki w niebie -
To jest suknia godna ciebie!
Po tych słowach niespodzianie
Kładzie suknię na tapczanie.
Weź ją, Lalu, weź, kochanie!
Lalkę piękny strój zachwyca
Barwą srebra i księżyca,
Więc z radości klaszcze w dłonie,
Z podniecenia twarz jej płonie,
I przebiera się czyrm prędzej
W suknię z jasnej, lśniącej przędzy.
Nikt nie znajdzie u krawcowej
Takiej sukni księżycowej,
Takiej zwiewnej, takiej mglistej,
Promienistej i srebrzystej!
Lalka stała oniemiała
I w zwierciadło spoglądała.
Nim odeszła od zwierciadła,
Dookoła noc zapadła.
Aż tu nagle, przed północą,
Koła dudnią i turkocą
I przed ganek swą karocą
Wjeżdża Wróżka. Cztery krety,
Zaprzężone do karety,
Stają dęba. I już Wróżka
Stąpa lekko na paluszkach,
I do lalki, uśmiechnięta,
Zwraca jasne swe oczęta.
Któż nie poznał w życiu wróżek!
Mnie ich czar już dawno urzekł,
Gdy w welonach powłóczystych,
W szatach zwiewnych, jedwabistych,
Otaczały moje łóżko.
Z czym przybywasz, Dobra Wróżko?
Wróżka śmieje się do kota,
A jej różdżka szczerozłota
Na zabawki rzuca czary.
Nie, to wprost jest nie do wiary!
Oto miś z szarego pluszu,
W aksamitnym kapeluszu,
Wali w bęben. W takt muzyki
Ołowiane żołnierzyki
Po pokoju maszerują,
Lalce grzecznie salutują
I sztandary chylą przed nią
Z galanterią iście przednią.
Lalka staje cała w pąsach,
A generał kręci wąsa
I powiada: Piękna pani,
Oto moi są ułani,
Zechciej, pani, bez urazy
Przyjąć ich pod swe rozkazy.
Tak jak ułan - nikt nie pląsa!
I podkręcił dumnie wąsa.
Słysząc skoczny rytm muzyczki,
Trzy wesołe baletniczki
Obstąpiły generała,
Bo okazja to niemała
Niepokoić tak na zmianę
Jego serce ołowiane.
Dwa pajace tekturowe
Już do tańca są dotowe
I na sznurkach podskakują,
I do taktu przytupują.
Hulajnoga z własnej chęci
Kółeczkami swymi kręci
I przymila się do kota:
Pojedź, jeśli jest ochota!
Kolej gwiżdżąc rusza w drogę
I wyprzedza hulajnogę.
Bucha dym z lokomotywy,
A w wagonach - co za dziwy! -
Nakręcane siedzą żabki.
Jedne grają w koci-łapki,
Inne znowu łapią jo-jo,
A najmniejsze w oknach stoją
I chwytają szklane muszki
Ożywione z woli Wróżki.
W kącie brzęczy bąk blaszany,
Mały skrzypek z porcelany
Cienko gra na swoich strunach,
A kasztanka na biegunach
Rży i stoi w gotowości,
Aby wozić miłych gości.
Malusieńki okręt nagle
Podniósł wszystkie swoje żagle
I kołysze się w oddali
Na podłodze jak na fali.
Tym okrętem w podróż płyną
Blady pierrot z kolombiną,
Lew gliniany, wąż drewniany
I kominiarz nakręcany.
Wtem rozległy się przygrywki
I zagrały pozytywki,
Wszystkie naraz, jak kapela
U królewny w dzień wesela.
Popłynęły przez salony
Porywiste tańca tony.
Już generał zachwycony
Prosi Wróżkę. I już Wróżka
W pierwszej parze, na paluszkach,
Tańczy lekko na kształt puszka,
Każda rączka, każda nóżka
Jest jak mgły różowa smużka.
Dalej lalkę kot prowadzi,
A ułani, wszyscy radzi,
Porywają szybko w tany
Figurynki z porcelany.
Tańczą żabki, tak jak mogą,
Tańczy pajac z miną błogą,
Tańczy kolej z hulajnogą,
Bąki brzęczą nad podłogą
I wirują w takt muzyki,
A wraz z nimi baloniki,
Klocki, myszki, wózki, sanki,
Kolorowe wycinanki,
Wąż, kominiarz, szklane muszki -
Wszyscy tańczą śladem Wróżki.
Tak się zaczął bal u lalki.
A najdalsze nawet salki,
Nawet nisze i alkowy
Poblask sukni księżycowej
Zielonkawą mgłą wypełnia
Jak księżyca srebrna pełnia.
Taniec skończył się i oto
Wróżka różdżką szczerozłotą
Połączyła wszystkie sprzęty
W jedeń wielki stół zaklęty.
Co półmisek, to potrawa.
A więc mak faszerowany,
Puszek z mleczka podsmażany,
Kropla rosy, kropla piany,
Miód lipowy, sok różany,
Pan generał ołowiany
Wlał do szklanek sok różany,
Obok Wróżki stanął w pąsach,
Po czym dumnie kręcąc wąsa
Krzyknął: Zdrowie pań wypijmy!
Niech nam żylą! - Żyjmy, żyjmy!
Przecież też jesteśmy panie! -
Zawołały niespodzianie
Wszystkie żabki zgodnym chórem,
Wznosząc pełne szklanki w górę.
Lalka siedząc przy swym kocie
Jadła cały czas łakocie
I szeptała mu do uszka:
Kotku bury, jam nie wróżka,
Jam zwyczajna jest laleczka,
Ale będę dla koteczka
Taka dobra, taka tkliwa
Jak prawdziwa panna żywa,
Ach, bo w bajkach wszystko bywa!
Wróżka śliczna i wspaniała
Sama gości częstowała,
Wszystkim szklanki napełniała,
Podsuwała smakołyki
I na srebrne talerzyki
Garstki maku nakładała.
W maku tkwi przedziwna władza,
Co na oczy sen sprowadza.
Więc dokoła niespodzianie
Rozpoczęło się ziewanie
I niebawem, jednocześnie,
Mak pogrążył wszystkich we śnie.
Pan generał pierwszy usnął -
Tylko Wróżkę wąsem musnął.
Całe wojsko ołowiane
Poszło sobie spać pod ścianę,
Żabki, bąki i zabawki
Powróciły do swej szafki.
Lalkę senną niesłychanie
Kot posadził na tapczanie,
Sam u stóp jej się położył,
Bo i jego sen już morzył.
A tymczasem świt od wschodu
Wszedł cichaczem do ogrodu,
Mrok wypłoszył, dzień odnowił,
Szyby w oknach zaróżowił.
Posmutniały wszystkie sprzęty,
Zniknął nagle stół zaklęty,
Przeminęła noc czerwcowa,
Zgasła suknia księżycowa...
Tylko Wróżka jeszcze trwała,
Coraz bledsza, niemal biała,
Razem z mgłą się rozwiewała,
Aż powoli znikła cała
I w oddali różowiała
Niby obłok na błękicie,
Który przywiał wiatr o świcie.
2007-07-31 22:30:52
Michałek
Był leń, co zwał się Michałek
Nie robił nic w poniedziałek,
Spać poszedł, a wstał we wtorek
Dopiero na podwieczorek.
Zaczekał, aż przyszła środa,
Lecz czasu było mu szkoda.
Do książki zabrał się w czwartek,
Lecz nawet nie rozciął kartek.
Pomyślał: Jutro jest piątek,
Więć w piątek zrobię początek.
A w piątek rzekł: - Na sobotę
Odłożę raczej robotę.
Przyszła sobota. - W niedzielę
Odpocznę wpierw mało-wiele,
A za to już w poniedziałek
Odrobię cały kawałek.
We wtorek rzekł: - Źle się czuję...
A w środę dostał dwie dwóje.
Do domu wrócił Michałek,
Przygładził smętnie przedziałek,
I w ojca wlepiwszy ślepia,
Rzekł: - Nauczyciel się czepia.
2007-07-31 22:30:09
Szpak i sowa
Szpak umiał mówić trzy słowa,
Że najmądrzejsza jest sowa.
Pliszka siedziała na dębie,
Opowiedziała to ziębie;
Zięba spotkała się z kosem,
Ćwierknęła mu to półgłosem;
Gdy kos się spotkał z jaskółką,
To samo powtarzał w kółko;
Kukułka w rozmowie z wroną
Mówiła to, co mówiono,
A wrona przez całe noce
Opowiadała to sroce.
I tak od słowa do słowa
Orzekła cała dąbrowa,
Że najmądrzejsza jest sowa.
A sowie przykro okropnie:
Niech tego szpaka gęś kopnie,
Bo szpak popełnia ten błąd, że
Ma mnie za mądrą. A skądże?
Ja się zupełnie nie mądrzę,
Ja jestem głupsza od szpaka,
Przysięgam, że jestem taka!
A szpak na sowę się gniewa,
Od drzewa lata do drzewa,
Te same słowa powtarza,
Nieszczęsną sowę obraża
I mówi, kiedy ją spotka:
Udaje głupią. Idiotka!
2007-07-31 22:28:18
Pan Soczewka w puszczy
Każdy, jak wiemy, nad czymś się trudzi
I jakiś zawód ma każdy z ludzi.
Znamy ich tyle, że bierze strach aż:
Jest więc lakiernik, górnik i blacharz,
Lekarz, listonosz i maszynista,
Zdun, no i strażak, rzecz oczywista,
Lotnik, agronom, stolarz, mierniczy,
Jest i buchalter, co ciągle liczy,
Jest i ogrodnik, co sadzi drzewka,
Krawiec i fryzjer. A pan Soczewka,
Chociaż zawodem żadnym nie gardzi,
Jednak swój własny kocha najbardziej.
Jest on filmowym operatorem,
Spójrzcie na niego, rano, wieczorem,
O każdej porze z wielkim przejęciem
Robi bez przerwy zdjęcie za zdjęciem,
Kręci, filmuje, wszystko co da się;
Te jego filmy po pewnym czasie
Każdy z nas może obejrzeć w kinie.
Ach, pan Soczewka z tych filmów słynie.
To nie zabawki, to nie przelewki,
Nikt nie prześcignie pana Soczewki.
On wszędzie dotrze, on nie zna strachu,
Robi swe zdjęcia siedząc na dachu,
Włazi na drzewo, zwisa na rynnie,
Lin okrętowych czepia się zwinnie,
Chwyta się auta w szalonym pędzie,
Skacze do wody... Musi być wszędzie.
Tak, moi drodzy, to nie przelewki.
Nikt nie prześcignie pana Soczewki.
Ostatnio w Kongo był samolotem,
A kiedy z Konga leciał z powrotem,
Nagle buchnęły zewsząd płomienie.
Kto inny przeląkłby się szalenie,
A pan Soczewka, gdy ogień zoczył,
Na spadochronie szybko wyskoczył
I ten płonący samolot właśnie
Jeszcze utrwalić zdążył na taśmie.
Samolot runął prosto do morza,
A pan Soczewka bujał w prrzestworzach.
Wiatr nim tarmosił, wiatr go unosił
I do nieznanych lądów niósł co sił.
Tak tedy lecąc w kierunku wschodnim
Dostrzegł nasz lotnik, że las jest pod nim,
I to w dodatku nie las, lecz puszcza.
Na nią spadochron zwolna się spuszcza,
A pan Soczewka kręci zawzięcie
I robi z góry ostatnie zdjęcie.
Spadochron opadł, lecz tak fatalnie,
Że pan Soczewka zawisł na palmie.
Rzekł więc z humorem: - Panowie, przerwa.
Dwa kokosowe orzechy zerwał,
Szybko rozłupał, zjadł z apetytem,
Mleczkiem ze środka popił je przy tym,
A gdy wiatr znowu spadochron nadął,
Nasz pan Soczewka zsunął się na dół.
Od spadochronu odciął się żwawo,
W lewo spogląda, spogląda w prawo:
Małpki śmigają jedna przy drugiej,
Skaczą i piszczą; skrzeczą papugi,
A pióra papug o różnej barwie
Są niby kwiaty, których ktoś narwie.
Już pan Soczewka nie myśląc długo
Chciał film nakręcić z barwną papugą,
Gdy nagle groźny pomruk usłyszał:
To lwy zwęszyły w puszczy przybysza.
Z gąszczu wyrasta paszcza straszliwa
I łeb ogromny, a za nim grzywa,
Za lwem i lwica wnet się wynurza,
Jeszcze groźniejsza, choć nie tak duża.
Rzekł pan Soczewka: - Trochę się boję,
Ja jestem jeden, a ich jest dwoje,
Ja mam dwie nogi, a lwy po cztery,
Zginę, lecz szkoda przecież kamery,
I filmów szkoda, jakem Soczewka.
Nie. Ja mam w nosie głupiego lewka.
Już wiem, co zrobię. Bestia mnie nie zje.
Pstryknął, zapalił szybko magnezję,
Lew się przeraził, struchlała lwica,
Błysk je oślepił jak błyskawica,
Potem raz drugi, trzeci i czwarty,
Lwy zobaczyły, że tó nie żarty
I pomyślały: Ulec mu trzeba,
Skoro przed chwilą spadł prosto z nieba
I ma w zanadrzu błyskawic mnóstwo,
To nie jest żaden zwierz, tylko bóstwo.
Po czym lwy oba, z trwogi pół żywe,
Stanęły grzecznie przed obiektywem,
I pan Soczewka, rzecz oczywista,
Nakręcił zaraz metrów ze trzysta.
Odtąd król zwierząt, groźny i krewki
Był na usługach pana Soczewki.
- Jaśnie wielmożny lwie - rzekł filmowiec -
Wszystkim zwierzętom w puszczy zapowiedz,
By się zebrały wnet, niedaleko,
O, tam, powiedzmy, nad tamtą rzeką,
Co to prześwieca właśnie przez palmy.
Godzinę ścisłą przy tym ustalmy:
Która jest teraz? Dziesiąta rano...
Niech na dwunastą wszystkie tam staną.
Mam zapas taśmy i dziś nakręcę
Film pod tytułem: Dziwy zwierzęce.
Lew naprzód wydał ryk bardzo długi,
Że aż ogłuszył wszystkie papugi,
A potem wydał drugi ryk krótki.
Ziemia zadrżała od tej pobudki
I gromkie echo szybko pobiegło
Wstrząsając całą puszczą rozległą.
Rzekł Pan Soczewka: - Ruszamy w drogę,
Wierzchem się zresztą przejechać mogę.
I na lwim grzbiecie pomknął szczęśliwy,
Że mógł się przy tym trzymać lwiej grzywy.
Za nim od drzewka skacząc do drzewka,
Wołały małpy: - Panie Soczewka,
Niech pan nam zrobi też zdjęcie śliczne,
Wszak my jesteśmy fotogeniczne.
Niech pan z małpami film dziś nakręci
Czyżby, doprawdy, nie miał pan chęci?
Tak powtarzały ciągle swą śpiewkę
I przedrzeźniały pana Soczewkę.
Nad rzeką juź się zebrały tłumy:
Przyszły tygrysy, lamparty, pumy,
Dwanaście słoni, żyrafy cztery,
Dwa krokodyle i trzy pantery,
Hipopotamy i nosorożce,
Przeróżnych barwnych ptaków po troszce,
Gromady małych lwiątek, panterząt
I mnóstwo innych nieznanych zwierząt.
Już na odległość pół kilometra
Miał pan Soczewka lekkiego pietra.
Cóż, moi drodzy, to nie są żarty
Wejść między pumy, lwy i lamparty.
Cóż, moi drodzy, to nie przelewki,
Tu trzeba męstwa pana Soczewki.
Więc pan Soczewka tak rzekł z humorem:
- Jestem filmowym operatorem,
Tłuszczu mam w ciele zapas nieznaczny,
Sądzę, że raczej nie jestem smaczny,
W przeciwnym razie lew by mnie zżarł już.
Więc do roboty. Oto scenariusz...
Film rozpoczniemy wielką paradą:
Na nosorożcu dwa strusie jadą
I tytuł filmu trzymają w dziobach,
Za nimi kroczą lwy nasze oba,
Następnie tygrys i dwie pantery.
Proszę. Ruszamy w stronę kamery...
Wolniej... Szczerzymy kły jak należy...
Nie, moi drodzy. Struś nic nie szczerzy.
A teraz słonie... Czy mogę prosić?
Tylko nie kurzyć, nogi podnosić,
Tak... Głowy do mnie... Trąby przy boku.
Lamparta damy w ogromnym skoku
O, nie. Przepraszam... Tak skacze łania...
Ja mam lamparta uczyć skakania?
Jeszcze raz proszę. Śmiało. No, co tam?
Dobrze. Następny jest hipopotam...
Prędzej... Nie wolno zostawać w tyle.
Teraz jest kolej na krokodyle,
Każdy krokodyl w obiektyw patrzy...
Głowy do góry... Tempo... Raz-dwa-trzy.
Dobrze. Następnie pumy... O pumie
Mówią, że puma nic nie rozumie
I rzeczywiście. Źle. Źle... Niestety...
Nie tak się chodzi. Wyprężyć grzbiety.
A teraz małpy... Sto albo dwieście...
Z życiem. Gromadą... Żwawo. I wreszcie
Ponad pochodem, jak pochód długi
W równych szeregach lecą papugi,
Wprost na obiektyw... Tylko z polotem...
Koniec... A teraz wszyscy z powrotem.
Tu pan Soczewka zatarł aż ręce:
- Ależ wspaniały film dziś nakręcę.
Zwierzęta mając chwilę spokoju
Pobiegły z wrzaskiem do wodopoju.
Nawet niektóre, jak krokodyle,
Siedziały w wodzie przez dłuższą chwilę.
A lew spoglądał na nie z wysoka,
Czuwał, nikogo nie spuszczał z oka,
Potrząsał groźnie kudłami grzywy
I pomrukiwał jak król prawdziwy.
Rzekł pan Soczewka do lwa na migi:
- Teraz filmować będę wyścigi.
Lew ryknął groźnie: - Stawajcie w rzędzie,
Tu start jest, meta natomiast będzie
Tam... Przy ostatnim eukaliptusie.
Sygnał do biegu podadzą strusie,
A sędziowanie zlecam żyrafie,
Bo, prawdę mówiąc, ja nie potrafię.
Żyrafa taką długą ma szyję,
Że jako sędzia wszystkich pobije.
Szybko zwierzęta stanęły w rzędzie,
I oto wyścig wnet się odbędzie.
Już pan Soczewka odbiegł pół mili,
Patrzy... Przymierza... Sprawdza... Po chwili
Dał umówiony znak pan Soczewka,
Mignęła z ptasich piór chorągiewka
I wielki ruch się zrobił na starcie.
Śmigają w skokach nogi lamparcie,
Tygrys panterę wyprzedza w biegu,
A nosorożec w jednym szeregu
Z hipopotamem i krokodylem
Pędzi, zostając raz po raz w tyle,
I znowu pędzi, i znowu goni;
Z łomotem biegnie dwanaście
Trąby do góry mają zadarte,
Już się zrównają wkrótce z lampartem,
Już wyprzedziły go o pół głowy
Bieg ich spokojny, równy, miarowy,
A tygrysowi ogon już zwisa,
Już prześcignęły słonie tygrysa.
Jeszcze pantera... I ona przecie
Musiała odpaść. Już są na mecie,
Wszystkie dwanaście... Słonie wygrały.
Wygrały słonie. Wynik wspaniały.
Więc zatrąbiły głośno na trąbach,
A tu żyrafa wpada jak bomba
Z gratulacjami. I już po chwili
Wieńczy każdego wieńcem z daktyli.
Jedynie lampart zły i ponury
Obgryza sobie do krwi pazury,
I przed słoniami w krzakach się chowa;
Przegrałem wyścig, psia kość słoniowa.
Gdy pan Soczewka chwilę odpoczął,
Znowu do pracy wziął się ochoczo
I zanim skończył jeść swój ananas,
Dał znak, wołając głośno: - Czas na nas.
Na plan. Już późno... Jeszcze naprędce
Ostatnią scenę tylko nakręcę.
Otóż chcę zrobić z was piramidę,
Bardzo wysoką. O zakład idę,
Że tego dotąd w filmach nie mamy.
Proszę, tu staną hipopotamy
Dwa obok siebie. A lew nasz srogi
Na dwóch ich grzbietach oprze swe nogi.
Hop! Dla lwa są to rzeczy powszednie,
O, tu dwie tylne, a tu dwie przednie.
Świetnie... Kto teraz? Trudno mi orzec...
Wiem... na lwa musi wejść nosorożec,
Małpy pomóżcie, bo to niezdara.
Na nosorożcu tygrysów para
Stanie, łapami o siebie wsparta.
Brawo! Poproszę teraz lamparta...
Na łbach tygrysów lampart się wspiera,
A na lamparta wskoczy pantera.
Skok był wspaniały. Te rzeczy cenię...
Chwileczka... Dobrze... Robię zbliżenie...
Praszę, by wszyscy spokojnie stali,
Bo piramida mi się zawali.
Następne zwierzę wejdzie na wieżę...
Jeszcze chwileczka... Zaraz przymierzę...
O, nie. Tu nie ma miejsca dla słoni,
Proszę stąd odejść. Niech słoń odsłoni.
Wiem, już... Dwie małpy wejdą z tej strony
Na grzbiet pantery... spuszczą ogony...
Tych małp niech inna znów się uczepi,
Za mało... Jeszcze... Tak będzie lepiej...
Ogon za ogon, ręce za ręce,
Jeszcze ze cztery, ale nie więcej...
Świetnie... Po prostu żywa girlanda.
Teraz żyrafa szyję na plan da,
Druga z tej strony... Do góry głowa...
Niech się rozhuśta małpa końcowa
I niech za szyję złapie żyrafę...
No... Dobrze poszło szczęśllwym trafem...
Brawo... Na szczycie tej wieży jeszcze
Jakąś papugę barwną umieszezę.
Teraz uwaga i równowaga,
Filmuję...
Tutaj ścisłość wymaga
Dodać, że z góry dostrzegł tę wieżę
Lotnik na szybkim helikopterze,
Bo na ratunek z Afryki całej
Helikoptery wnet wyleciały
I szybowały wysoko w niebie,
By nieść rozbitkom pomoc w potrzebie.
Rozbitka lotnik dostrzegł i zmierza
Prosto ku miejscu, gdzie stoi wieża,
Coraz to mniejsze zatacza koła,
A pan Soczewka macha i woła:
- Ciszej. Warkotem tych swoich maszyn
Pan mi to całe bractwo wystraszy...
Uwaga. Rolkę tylko wymienię...
Proszę... Filmuję... Teraz zbliżenie...
Wszystkie zwierzęta patrzą w tę stronę...
Dobrze... Spokojnie... No, już... Skończone.
Potem uprzejmie rzekł: - Do widzenia!
Sztukę filmową, widzę, docenia
Nie tylko człowiek, lecz także zwierzę,
Film będzie świetny... Dziękuję szczerze.
I zniknął w szybkim helikopterze.
2007-07-31 22:26:43
Król i błazen
Był król, co prosto z błota
Szedł w pałacowe wrota
I nie wycierał nóg,
Chociaż je wytrzeć mógł.
Silili się ochmistrze,
By mieć podłogi czystsze,
Lecz brud przynosił król
Z polowań, z łąk i pól.
Martwili się dworzanie,
Że pałac jest w tym stanie,
Bo nikt już nie miał sił,
By zmiatać brud i pył.
Podłoga jest ze złota,
Lecz pełno na niej błota,
Osiada wszędzie kurz...
Któż skarci króla, któż?
Wzdychały dworskie damy:
"Jakżeż powiedzieć mamy -
Nasz królu, tak a tak...
Odwagi na to brak."
Radzili ministrowie,
Kto to królowi powie,
Lecz każdy z nich się bał:
A nuż król wpadnie w szał?
Miał błazna król na dworze.
Raz król był nie w humorze,
Więc gońca wysłał wnet,
By błazen zaraz szedł.
I król powiada: "Błaźnie,
Mam humor zły wyraźnie,
Coś wesołego mów,
Chcę słuchać twoich słów!"
Popatrzył błazen chytrze:
"Niech król wpierw nogi wytrze,
Nie znoszę, gdy jest brud,
A tu jest brudu w bród."
Król uniósł w górę palec:
"A cóż to za zuchwalec!"
Wtem rozpogodził twarz:
"Wiesz, błażnie, rację masz!
Masz rację, kiedy wchodzę,
Zostawiam na podłodze
I brud, i pył, i kurz,
Z tym trzeba skończyć już!
Hej, służba! Hej, sprzątaczki!
Przynoście wycieraczki!
A kto nie wytrze nóg,
Nie wpuszczać go przez próg!
Wycierać trzeba nogi,
Bo brudzą się podłogi,
Kurz wdziera się do płuc,
Brudasów każę tłuc!"
I odtąd król ten srogi
Dbał bardzo o podłogi,
A gdy przez próg szedł, wprzód
Wycierał każdy but.
Ta bajka jest zmyślona,
Ale zachęca ona,
Jak każdy stwierdzić mógł,
Do wycierania nóg.
2007-07-31 22:23:18
Krasnoludki
Krasnoludki z wszystkich miast
Urządziły w lesie zjazd.
Program zjazdu był taki:
Po pierwsze -
Gdzie zimują raki?
Po drugie -
Czy brody są dosyć długie?
Po trzecie -
Czy zima może być w lecie?
Po czwarte -
Co robić, żeby dzieci nie były uparte?
Po piąte -
Skąd wiadomo, że zawsze po czwartku jest piątek?
Po szóste -
Dlaczego niektóre orzechy są puste?
Pierwszy mówić miał najstarszy,
Ale tylko czoło zmarszczył;
Drugi mówić miał najmłodszy,
Więc powiedział coś, trzy-po-trzy;
Potem głuchy streścił szeptem
Wszystko to, co słyszał przedtem;
Ślepy mówił o kolorach,
Lecz przeoczył coś, nieborak;
Zaś niemowa opowiedział
O tym, czego sam nie wiedział.
Mańkut milcząc spojrzał wokół
I napisał tak protokół:
"Krasnoludki z wszystkich miast
Urządziły w lesie zjazd.
O czym tam się mówiło przez dwanaście godzin,
To pana, proszę pana, zupełnie, ale to zupełnie
nie obchodzi!"
2007-07-31 22:20:05
Koziołeczek
Posłał kozioł koziołeczka
Po bułeczki do miasteczka.
Koziołeczek ruszył w drogę,
Wtem się natknął na stonogę.
Zadrżał z trwogi, no i w nogi,
Gaik, steczka, mostek, rzeczka,
A tam czekał ojciec srogi
I ukarał koziołeczka:
"Taki tchórz! Taki tchórz!
Ledwo wyszedł, wrócił już!
Ładne rzeczy! Ładne rzeczy!"
A koziołek tylko beczy:
"Jak nie uciec, ojcze drogi?
Przecież sam rozumiesz to:
Ja mam tylko cztery nogi,
A stonoga ma ich sto!"
Posłał kozioł koziołeczka
Do miasteczka po ciasteczka.
Koziołeczek mknie raz-dwa-trzy.
Nagle staje, nagle patrzy:
Chustka wisi na parkanie...
Koziołeczek tedy w nogi
I znów dostał w domu lanie,
Bo był ojciec bardzo srogi:
"Taki tchórz! Taki tchórz!
Ledwo wyszedł, wrócił już!
Ładne rzeczy! Ładne rzeczy!"
A koziołek tylko beczy:
"Jak nie uciec, ojcze drogi,
Czyż jest słuszna kara twa?
Chustka ma wszak cztery rogi,
A ja mam zaledwie dwa!"
2007-07-30 23:47:22
Konik polny i boża krówka
Konik polny z bożą krówką
Poszli raz ku Kalatówkom.
Patrzą w górę - a tu góra
Cała szczytem tonie w chmurach.
Konik polny rzekł, pobladłszy:
"Popatrz, góra jak się patrzy!"
Boża krówka aż struchlała:
Idzie na nas góra cała!"
Co tu robić? Konik polny,
Do decyzji szybkich zdolny,
Rzecze: "Mam ja wyjście proste;
Trzeba jej dorównać wzrostem,
W walce z górą ten coś wskóra,
Kto się stanie sam jak góra!"
Szybko wzięli się do dzieła,
Boża krówka się nadęła,
Rosła, rosła i pęczniała,
Wkrótce miała metr bez mała.
Rósł też dzielnie jej towarzysz
I wciąż pytał: "Ile ważysz?"
Bo im przecież z każdą chwilą
Przybywało po pięć kilo.
Tak więc rośli, rośli, rośli,
Aż wyrośli znad zarośli,
Aż się stali, daję słowo,
Jedno koniem, drugie krową.
2007-07-30 23:46:40
Kokoszka-Smakoszka
Szła z targu kokoszka-smakoszka,
Spotkała ją pewna kumoszka.
"Co widzę? Wątróbka, ozorek?
Ja do ust tych rzeczy nie biorę!"
Kura na to: "Kud-ku-dak,
A ja - owszem! A ja - tak!"
"No, co też paniusia powiada!
A taka, na przykład, rolada?
Toż nie ma w niej nic oprócz sadła,
Już ja bym rolady nie jadła!"
Kura na to: "Kud-ku-dak,
A ja - owszem! A ja - tak!"
"Lub weźmy, powiedzmy, makaron
Czy gulasz, czy rybę na szaro,
Czy jakieś tam flaki z olejem...
O, nie! Takich potraw ja nie jem!"
Kura na to: "Kud-ku-dak,
A ja - owszem! A ja - tak!"
"Są ludzie, paniusiu kochana,
Co jajka już jedzą od rana.
Nie dla mnie są takie rozkosze,
Bo jajek po prostu nie znoszę!"
Kura na to: "Kud-ku-dak,
A ja - owszem! A ja - tak!"
2007-07-30 23:46:02
Kłótnia rzek
Jaki powód rzeki miały,
Że się nagle posprzeczały
I tak długo trwały w gniewie,
Tego nikt naprawdę nie wie.
Ponoć pierwsza rzekła Warta,
Że jest Noteć nic nie warta,
Warcie na to rzekła Odra,
Że jest głupia i niedobra.
Wtedy padły słowa Wieprza:
Sama też nie jesteś lepsza!
Wieprza znów skarciła Raba:
Oby cię wypiła żaba!
Na to się odezwie Nida:
Tobie samej też się przyda!
Biebrza na to rzecze grzecznie:
Mówisz, rzeko, niedorzecznie.
Jak nie skoczy San na Biebrzę:
Sama wciąż u Narwi żebrze,
A dla innych - niełaskawa!
San, a głupi! - rzekła Skawa.
I tak trwały kłótnie długie
Sanu z Sołą, Wieprza z Bugiem,
Ledwie coś tam powie która,
A już Nysa, a już Bzura,
A już Odra czy Barycza
Wszystkie wady jej wylicza.
To się tak sprzykrzyło Wiśle,
Że im rzekła po namyśle:
Drogie rzeki, biorąc ściśle,
Waszych słów naprawdę szkoda,
Przecież to jest wszystko woda.
Jednakowy los nas czeka,
W morze wpadnie każda rzeka.
Gdy tak rzekła mądra Wisła,
Cała zwada zaraz prysła.
2007-07-30 23:45:13
Katar
Spotkał katar Katarzynę -
A - psik!
Katarzyna pod pierzynę -
A - psik!
Sprowadzono wnet doktora -
A - psik!
Pani jest na katar chora -
A - psik!
Terpentyną grzbiet jej natarł -
A - psik!
A po chwili sam miał katar -
A - psik!
Poszedł doktor do rejenta -
A - psik!
A to właśnie były święta -
A - psik!
Stoi flaków pełna micha -
A - psik!
A już rejent w michę kicha -
A - psik!
Od rejenta poszło dalej -
A - psik!
Bo się goście pokichali -
A - psik!
Od tych gości ich znów goście -
A - psik!
Że dudniło jak na moście -
A - psik!
Przed godziną jedenastą -
A - psik!
Już kichało całe miasto -
A - psik!
Aż zabrakło terpentyny -
A - psik!
Z winy jednej Katarzyny -
A - psik!
2007-07-30 23:44:31
Kanato
W pociągu ścisk, w pociągu tłok,
Już się zakończył szkolny rok
I na wakacje jedzie dziatwa,
Lecz z wakacjami rzecz niełatwa,
Bo ten pojechać chce nad morze,
A ów nad morzem być nie może;
Ten chciałby w góry po raz wtóry,
Ale mu właśnie szkodzą góry.
Są jeszcze pola, zieleń lasu,
Jeziora, rzeki... Nie trać czasu!
W końcu znalazłeś się w przedziale,
Lokomotywa już ospale
Wypuszcza dyn, ruszają tłoki
I jedziesz, jedziesz w świat szeroki!
"Gdzie są walizki? Jednej brak!"
"A ta nie nasza?" "Ależ tak!"
"Czyja to teczka? Pan troszeczkę
Zechce posunąć swoją teczkę."
"Gdzie nasze miejsca? Wprost nie sposób!
W jednym przedziale tyle osób..."
"Przepraszam, tutaj pan ten siedział..."
"Józefie, chodż, to inny przedział..."
"Mamusiu, pić!" "Tam była woda,
Przepraszam, może pan mi poda..."
"Otworzyć okna? Ja otworzę..."
"Tu jeszcze dziecko usiąść może..."
"Gdzie klucze? Czyś ty nie brał kluczy?..."
A pociąg sapie, dudni, huczy,
A pociąg pędzi, pędzi w świat.
Nareszcie każy jakoś siadł,
Więc przede wszystkim czworo dzieci:
Helenka, Ryś i Henio trzeci,
A czwatry Jurek, brat przyrodni.
"Czy nie jesteście jeszcze głodni?"
"A co dziś mamy do jedzenia?"
"Bułeczki z szynką są dla Henia,
A dla was jajka i kotlety."
Tu ojciec wyjrzał zza gazety,
Inni się także poruszyli,
Wyjęli żywność i po chwili
Podróżni, jakby od niechcenia,
Wzięli się wszyscy do jedzenia.
Kołysze kół miarowy stuk,
I wkrótce sen podróżnych zmógł.
A gdy znużeni ludzie zasną,
Nie czują tego, że jest ciasno,
Nie słyszą krzyków konduktora,
A tu wysiadać właśnie pora.
Zerwał się ojciec, zbudził matkę,
A matka dzieci swych gromadkę,
Przed okno wyrzucają bagaż.
"Dlaczego, Heniu, nie pomagasz?"
"Helenko, szukaj kapelusza!"
"Chodź, Jurku, pociąg zaraz rusza!"
"Pilnujcie Rysia! Koc zabierzcie!"
"Gdzie Henio? Prędzej! No, nareszcie!..."
A więc wakacje! Piękny czas!
W oddali widać siny las,
Gdzie pełno jagód i poziomek,
A w słońcu stoi mały domek.
Tu państwo Solscy po raz trzeci
Spędzają lato z czworgiem dzieci.
Pan Solski, jeżdżąc raz po kraju,
Ten domek spostrzegł i wynajął,
Bo tu co rok odpocząć może,
Bo tutaj z okna widać morze,
Jego przypływy i odpływy.
Dla dzieci tu jest raj prawdziwy!
Przy drodze sklep i młyn nad rzeką,
I wieś rybacka niedaleko.
Tu pani Solaska ma swój sad,
I sadzi w nim od paru lat
Gatunek drzew nie spotykany.
Inżynier Solski kreśli plany,
Rysuje szkice, mierzy, liczy,
Bo jest warszawskim budowniczym
I - jak to często u nas bywa -
Przy pracy właśnie odpoczywa.
A dzieci? Dzieci ledwo wstaną,
Już biegną drogą dobrze znaną
Do lasu, w groźne, ciemne gąszcze,
Gdzie brzęczą muchy i chrabąszcze
I dokąd poprzez mur zarośli
Nie mogą dostać się dorośli.
Tam w gęstwinie drzew panuje mrok,
Tam, gdzie postawić tylko krok,
Przeróżne dziwy widać z bliska:
Można więc podejść do mrowiska,
Można podpatrzeć, jak z pagórka
W dół ześlizguje się jaszczurka,
A obok tuż wiewiórka zwinnie
Wbiega po pniu, jak kot po rynnie
Śpi jeż zaszyty w liście suche,
Zły pająk czai się na muchę,
Tu dzięcioł puka w korę buka,
Gdzie indziej znależć można żuka,
A tam kukułka znowu kuka,
Lecz jej nie wierzcie, bo oszuka.
Gdy się zapuścić głębiej w las,
Jest miejsce, dokąd żaden z was,
Chociaż się uczył geografii,
Na pewno dotrzeć nie potrafi.
A szkoda, bo tam jest polana
Przez starszych dotąd nie zbadana,
Jest wielka dziupla w starym dębie,
A od niej, gdy się spuścić głębiej,
Prowadzą długie korytarze
Do wydm piaszczystych i na plażę.
Tak twierdzi Henio. Lecz nikt nie wie,
Co jest naprawdę w starym drzewie.
Pod wodzą Henia na polanie
Rozbili obóz swój "Indianie."
Wódz się nazywa Dzielny Żuk,
Za wodzem Jurek nosi łuk
I ma na imię Orzeł Płowy,
Helenka zwie się Skrzydło Sowy,
A Ryś, choć jeszcze bardzo mały,
Otrzymał imię Krwawej Strzały.
gdy raz na obiad była kura,
Henio pozbierał kurze pióra
I umocował je na głowie,
Jak wykle robią to wodzowie.
Jeszcze wynalazł wśród zabawek
Coś, co udaje tomahawek,
I dziś wymaga od rodzeństwa
Czci i ślepego posłuszeństwa.
Wódz ma dopiero dziesięć lat,
A jednak idąc w ojca ślad
Buduje miasto na polanie,
By mogli mieszkać w nim "Indianie."
Obmyślił wszystko należycie
I wyrysował plan w zeszycie,
Potem przez kilka dni wytrwale
Wymierzał teren, wbijał pale,
Oznaczał sznurkiem ogrodzenia
I napisami na kamieniach
Zaznaczał place i ulice.
Do pnie przywiązał zaś tablicę
Z napisem: MIASTO INDIAN POLSKICH
WZNIESIONE PRZEZ RODZEŃSTWO SOLSKICH.
Poprzez polanę strumyk biegł,
Wódz nad strumykiem stojąc rzekł:
"Popatrzcie, oto nasza rzeka!
Tutaj nas wielka praca czeka,
Bo choć ta rzeka niejest długa,
Musi na rzece być żegluga.
Jeśli mi cały szczep pomoże,
Stąd wypłyniemy aż na morze.
Ja stanę sam na czele floty!
Niech ojciec da nam ze sto złotych,
A wnet popłynie łódź indiańska
Aż do Szczecina, aż do Gdańska
I przemierzymy wszystkie morza
Tak, jak to czyni «Dar Pomorza»."
I mówił dalej Dzielny Żuk:
"Tutaj położyć trzeba bruk,
Bo tutaj będzie Plac Zwycięstwa.
Na lewo, tam gdzie krzaków gęstwa,
Będzie nasz rejon przemysłowy...
Innymi słowy, Orzeł Płowy
Narzędzia swoje tu przyniesie,
I urządzimy warsztat w lesie.
Bardziej na zachód, przy tym dębie
Będzie coś niby jak Zagłębie,
Czyli kopalnie oraz huty.
Będziemy kopać tam dopóty,
Dopóki kopać nam wypadnie,
By zbadać, co jest w dziupli na dni.
Na wzgórzu, na północo-wschód,
Gdzie położyłem wczoraj drut,
Wybudujemy radiostację,
Bo chyba mi przyznacie rację,
Że wódz bez radia nic nie znaczy,
I że nie może być inaczej."
"Ma słuszność! - krzyknął Orzeł Płowy -
Radio być musi. Nie ma mowy!
Dasz oszczędności swe, Helenko!"
"Nie dam..." - Helenka rzekła cienko.
Wódz słuchał groźny i surowy:
"Nie dasz, to skalp ci zedrę z głowy!"
Helenka aż pobladła z trwogi:
"Już dam, lecz nie bądź taki srogi."
I mówił dalej Dzielny Żuk:
"Tam na południu, gdzie ten buk,
Stanie Muzeum Narodowe.
Mamy pocztówki kolorowe,
Muszelki, znaczki, fotografie...
Już ja urządzić to potrafię.
Tam, gdzie deska leży, z czasem
Wybudujemy własną trasę
Na wzór W-Z, co jest w Warszawie,
I to by było wszystko prawie."
"A port gdzie? - spytał Orzeł Płowy. -
O tym nie było dotąd mowy!"
Rzekł Dzielny Żuk: "Nie będę przeczył,
Port... zbudujemy! Wielkie rzeczy..."
"I ja mam także jedną myśl! -
Zawołał nagle mały Ryś. -
Musimy zoo mieć tak samo,
Bo dokąd będę chodził z mamą?"
Krzyknęli wszyscy: "Racja! Zgoda!"
I Dzielny Żuk z powagą dodał:
"Tak, zoo będzie tam, na lewo,
Gdzie leży to złamane drzewo.
Z palików zrobi się sztachety,
Tylko nam zwierząt brak, niestety!"
"Jest kret! To nasza zdobycz świeża."
"Ja obiecuję przynieść jeża!"
"A Jurek?" "Ja - zawołał Jurek -
Nałapię żabek i jaszczurek!"
Już lato w pełni. W znojny dzień
Choć człowiek nawet nie jest leń,
Od pracy stroni. Słońce praży,
Więc państwo Solscy są na plaży,
A razem z nimi dzieci czworo.
Morze jest ciche jak jezioro
I taka dzisiaj ciepła woda,
Że z wody wyjść po prostu szkoda.
Pan Solski Henia uczy pływać,
Helenka woli odpoczywać,
Ryś zbiera muszle, a w oddali
Łódka kołysze się na fali.
To Jurek z matką. I cóż więcej?
Szczęśliwy, piękny wiek dziecięcy!
Na obiad wreszcie przyszedł czas.
"Idziemy już, wołają nas!
Czy towarzystwo jest gotowe?
Rysiu, weź majtki kąpielowe!
Chodźcie, pójdziemy koło młyna."
Szybko zebrała się rodzina -
Mają do domu niedaleko -
Oto już sklep i młyn nad rzeką,
Uśmiecha się uprzejmie młynarz...
Czy młyn ten sobie przypominasz?
Helenka z matką idą pierwsze,
Henio ugania się za świerszczem,
A Jurek wszystkim figle płata...
Wesołe dni, szczęśliwe lata!
Ze smakiem każdy obiad zjadł,
I można znowu ruszyć w świat,
Więc niecierpliwiąc się ogromnie
Zawołał wódz: "Indianie, do mnie!"
I po kolana brodząc w chwastach
Do indiańskiego poszli miasta.
Wychodząc, Henio po kryjomu
Mała siekierkę zabrał z domu
I rzekł, gdy przyszli na polanę:
"Będziemy rąbać dąb na zmianę!
Ja pierwszy zacznę, drzewo zgnębię,
Bo muszę wiedzieć, co jest w dębie,
I co się wewnątrz dziupli dzieje.
Sił nam wystarczy, mam nadzieję!"
Gdy wódz uderzył pierwszy raz,
Żałosnym echem rozbrzmiał las.
Kiedy uderzył po raz drugi,
Rozległ się w lesie lament długi.
Kiedy uderzył po raz trzeci,
Trzasnęła kore - patrzą dzieci -
Powstała w dębie mała dziurka,
Z dziurki wychyla się jaszczurka,
Lecz nie zwyczajna, wiedzcie o tym!
Na niej czapraczek szyty złotem,
Nóżki w trzewiczkach z miękkiej skórki,
I łuska nie jak u jaszczurki,
Jeno ze srebra, co się mieniąc,
Brzęczy jak mały srebrny pieniądz.
Tym razem Dzielny Żuk się zląkł,
Siekiera mu wypadła z rąk,
Patrzy i oczom swym nie wierzy.
Na jego miejscu, bądźmy szczerzy,
My byśmy także się zdziwili.
Wódz opanował się po chwili,
Skinął na "Indian" i rzekł szeptem:
"Nie przewidziałem tego przedtem,
Że w dziupli będzie właśnie ona.
Popatrzcie, jaka wystraszona,
Trzeba ją złapać, nim ochłonie."
I... delikatnie wziął ją w dłonie.
Jaszczurka drżała z przerażenia,
Patrząc nieufnie w oczy Henia.
I nagle rozległ się jej głos:
"Żałosny los, nieszczęsny los...
Żyłam sto lat w stuletnim dębie,
A jednak dotąd nikt w obrębie
Mojego dępu nie przebywał
I snu mojego nie przerywał."
Dzieci słuchały tej przemowy
Z zapartym tchem. Już zmierzch lipcowy
Pogłębiał mroczne cienie lasu.
Jurek się zbliżył bez hałasu
I nad jaszczurką schylił głowę,
By lepiej słyszeć jej przemowę,
Ona zaś rzekła tak to Jurka:
"Jestem jaszczurka Srebrna Chmurka...
Pod ziemią srebrny pałac mam
I tajemnice wszelkie znam.
Jeśli mnie z rąk swych wypuścicie,
Odwdzięczę się wam należycie
I spełnię wszystko na żądanie.
Czego pragniecie, to się stanie!"
Dzieci słychały tej przemowy
Z zapartym tchem. Już zmierzch lipcowy
Pogłębił mroczne cienie lasu,
Więc Henio rzekł: "Nie traćmy czasu,
Musimy w domu być na siódmą,
A przecież wybrać nie jest trudno.
Chcemy jednego: na polanie
Prawdziwe miasto niechaj stanie!"
Po wysłuchaniu jego słów
Jaszczurka cicho rzekła znów:
"Jak zażądaliście, tak będzie,
Lecz miejcie jeszcze to na względzie,
Że nim się stanie czar tak rzadki,
Musicie zgadnąć dwie zagadki.
Więc pierwsza: "Mieszka, gdzie się zdarzy,
I choć jest zimna, jednak parzy."
Ten się namyślał, ów zgadywał,
Gdy naraz krzyknął Ryś: "Pokrzywa!"
"Następna: Mieszka śród dąbrowy
I ma kapelusz zamiast głowy!
No, co? Czy z was odgadnie które?"
"Grzyb!" - zawołały dzieci chórem.
Jaszczurka, brzęcząc srebrem łusk,
Szepnęła: "Sprawny macie mózg,
Nic nie poradzę! Odgadliście!
Dotrzymam słowa, oczywiście,
Bo nie dotrzymać go nie mogę,
Ale wam muszę dać przestrogę:
Skoro na wasze zawołanie
Prawdziwe miasto tutaj stanie,
Jednego strzeżcie się wyrazu,
Bo utracicie je od razu.
Wyraz, co grozi mu zatratą -
Zapamiętajcie - brzmi: KANATO.
Miasto przepadnie, gdy ktoś powie:
KANATO. Taka moc w tym słowie!"
Rzekła i znikła. Czarny mrok
Ogarnął las, przesłonił wzrok.
Myślały dzieci, że oślepły,
Ale po chwili promień ciepły
Oświetlił drzewa i polanę,
A na niej... miasto murowane.
I znowu słońce jasno świeci,
Po mieście spacerują dzieci,
Jadą tramwaje: "trójka", "czwórka",
W basenie pluszcze się jaszczurka,
W domach są kina, sklepy, szkoły,
Wśród ulic krąży tłum wesoły,
A środkiem mista płynie rzeka
I widać duży port z daleka...
Na przodzie pędził Dzielny Żuk,
A za nim tuż trzy pary nóg.
Do domu z krzykiem wpadły dzieci:
"Prędzeej, niech ojciec z nami leci...
Jest nowe miasto!... Mama wstanie!...
W lesie... Prawdziwe... Na polanie...
Srebrna jaszczurka... Prędzej, mamo!"
Każde powiedzieć chce to samo,
Bezładnie krzyczą w podnieceniu,
Aż wreszcie rzekł pan Solski: "Heniu,
Już niecierpliwić się zaczyman,
O co wam chodzi? Powiedz ty nam!"
Henio wziął oddech i co wiedział,
Rodzicom wiernie opowiedział.
Ojciec roześmiał się: "No tak,
Jeszcze nam tego tylko brak,
Żeby dzieciaki w lesie spały.
Sen rzeczywiście był wspaniały!"
Tu Henio podbiegł i na nowo
Jął przekonywać: "Daję słowo,
Kiedym powiedział: Na polanie
Prawdziwe miasto niechaj stanie,
Odrzekła mi jaszczurka na to...
Jaszczur-ka-na-to... - zbladł - KANATO...
Słowo KANATO wymówiłem...
Co ja zrobiłem!... Co zrobiłem!"
Jurek się zerwał: "Mamo! Tato!
Wszystko przepadło przez... KANATO!"
Podniósł się zamęt, lament, płacz...
Ryś rzekł z wyrzutem: "Heniu, patrz,
Taki wódz z ciebie... Po coś gadał?"
Helenka w kącie stała blada,
A Dzielny Żuk opuścił głowę
I łzy połykał. Jednym słowem,
Ogólny smutek był tak duży,
Że już pan Solski nie mógł dłużej
Patrzeć na twarze zapłakane.
Rzekł tedy: "Chodźmy na polanę!
Jeżeli miasto, drodzy moi,
Stało, to na pewno stoi,
Może więc będzie po zmartwieniu?
Chodźmy! Helenko, Jurku, Heniu!"
Aczklwiek dzień pomału gasł,
Odgłosem gwaru rozbrzmiał las.
Szli wszystcy naprzód szybkim krokiem
Przez chwasty gęste i wysokie,
Między krzakami berberysu,
A gdy poznali już z zarysu
Stojące w cieniu drzew mrowisko,
Powiedział Ryś: "Jesteśmy blisko!"
Dokoła w lesie było głucho,
Dzięcioł zapukał w korę suchą,
Kukułka siedząc gdzieś na buku
Odpowiedziała: "Ku-ku, ku-ku..."
I wiatr wśród liści zaszeleścił
Jak w tajemniczej opowieści.
Jeszcze dwa krzaki... Jeszcze krzak...
Niestety! Stało się! No tak!...
Polana... Ani śladu miasta,
Po lewej stronie dąb wyrasta,
W tym dębie stara dziupla milczy,
Opodal krzew jagody wilczej,
Wysoko szumią drzew wierzchołki,
A dole sterczą wbite kołki,
Przez Henia sznurkiem połączone.
Popatrzał Dzielny Żuk w tę stronę
I rzekł posępnie: "Miasta nie ma!"
Przez chwilę trwała scena niema,
Wreszcie pan Solski przerwał ciszę...
Mam pisać dalej? A więc piszę!
Pan Solski tak do dzieci rzekł:
"Słuchajcie, jest dwudziesty wiek,
W dwudziestym wieku świat nasz stary
Nie wierzy w dziwy ani w czary,
I owo miasto najwyraźniej
Powstało w waszej wyobraźni.
Tu nic nie było na tej trawie.
Zresztą... widzieliście w Warszawie,
Że odbudowa czy budowa,
To nie są czarodziejskie słowa,
To nie są cuda ani dziwy,
Ale człowieka trud prawdziwy.
Praca! Wytrwała i planowa -
Na tym opiera się budowa.
Aby osiedle nowe wznieść,
Moc działań trzeba z sobą spleść.
Pomyśleć tylko: chcesz budować,
To wpierw żelazne belki sprowadź.
Do tego jest niezbędna huta,
Gdzie taka belka jest wykuta.
Huta bez maszyn nic nie zdziała,
Więc znów robota jest niemała:
Czym wprawić w ruch motory liczne?
Zbuduj maszyny elektryczne!
Masz już maszyny wykończone,
Trzba je przywieźć. Czym? Wagonem!
Lecz żeby wagon wiózł maszyny,
Położyć trzeba będzie szyny.
By ruszył motor - włączasz prąd,
Ale ten prąd otrzymasz skąd?
Musisz zbudować elektrowinię,
Lecz zastanawiasz się ponownie,
Jak uruchomić tę potęgę?
Do tego jest konieczny węgiel!
I znowu myślisz, naturalnie,
O tym, że musisz mieć kopalnię.
Lecz łańcuch tu się nie urywa,
Bo węgiel człowiek wydobywa,
Człowieka zaś wyżywić trzeba,
Więc musisz mu dostarczyć chleba.
I znów potrzebne są wagony,
By wieźć do miasta wiejskie plony..."
Zdziwiony wielce szumiał las,
Bo słyszał o tym pierwszy raz.
Dąb się zamyślił: "Rzecz zawiła,
By drzewo ściąć - potrzebna piła,
Piły wyrabia się ze stali,
Stal daje huta, i tak dalej...
Jak liczne ręce się złożyły
Na fabrykę zwykłej piły!"
Dzieci słuchały zamyślone,
Bo zrozumiały także one,
Że nie jaszczurki, tylko luczie
Budują miasta w wielkim trudzie,
Budują, wznoszą według planu
I nic nie zmieni tego stanu.
Pan Solski przerwał, siadł na pniu
I rzekł po chwili: "Chodźcie tu,
Słuchajcie! Dzięki wam do głowy
Przyszedł mi pomysł całkiem nowy.
Mieliście rację! Na polanie
Prawdziwe miasto niechaj stanie!
Gdy tylko wrócę do Warszawy,
Zaraz się wezmę do tej sprawy.
Pomówię o tym w mej centrali,
Tam pomoc dla was się ustali,
W ten sposób już w niedługim czasie
Zbudować Miasto Dzieci da się.
Marzeniu więc się stanie zadość!
Pomyślcie, jaka będzie radość!...
Marzenia wasze wcielać w czyn,
To będzie woda na nasz młyn!
Zrobimy tutaj wszystko sami,
Wy, oczywiście, a my z wami.
W tym roku teren wyrównamy,
Kilofy są, łopaty mamy...
Poruszę też miejscową władzę,
I z kierownictwem się naradzę.
Przez zimę opracuję plany
Na przyszły sezon budowlany,
I fundamenty pod budowę
Już mogą być za rok gotowe.
I stanie miasto, jak się patrzy,
Już za dwa lata albo za trzy."
Wypieków dostał Dzielny Żuk,
Zdarł z głowy pióra, kopnął łuk
I ojcu rzucił się na szyję
Wołając: "Ojciec nasz niech żyje!"
Ogarnął wszystkich taki zapał,
Że nawet Ryś na pień się wdrapał
I krzyczał, choć go dusił kaszel:
"A jak nazwiemy miasto nasze?"
Pan Solski dłonią potarł czoło,
Uśmiechnął się i rzekł wesoło:
"Można je nazwać, dajmy na to...
Jaki to wyraz był? Kanato?
Niech się KANATO nazwą stanie
Osiedla dzieci na polanie!
KANATO! - skacząc wołał Ryś.
KANATO! - a to świetna myśl!
KANATO! - powtórzyło echo.
Dzieci z radością i uciechą
Taniec zwycięstwa odtańczyły
Krzycząc KANATO z całej siły.
Na tym skończyła się narada,
Bo coraz gęstszy mrok zapadał.
Gdy stanie miasto, jak się patrzy,
Już za dwa lata, albo za trzy,
Pewno zaprosi mnie KANATO,
Żebym wśród dzieci spędził lato.
Co tam zobaczę i usłyszę,
To w nowej książce wam opiszę.
2007-07-30 23:43:00
Fruwająca krowa
Wszystkie krowy na świecie, jak wiecie,
Obyczaje miewają jednakie,
Ale żyła w skowrońskim powiecie
Taka krowa, co chciała być ptakiem.
Zazdrościła gawronom i srokom,
Że tak sobie latają wysoko,
Spoglądała z pastwiska na szczygły
I na szpaki, co lot mają śmigły,
Zazdrościła wesołym jaskółkom,
Że nad ziemią fruwają wciąż w kółko.
Pomyślała: "Polecę do nieba,
Bo mi tego dla zdrowia potrzeba,
Jestem ciężka i trochę opasła,
Ale kocham ten bezmiar szeroki,
Będę odtąd na chmurkach się pasła,
Będę jadła soczyste obłoki."
Weszła tedy na górę pobliską,
A ujrzawszy pod sobą urwisko,
Wnet zabrała się mądrze do dzieła:
Wzięła rozpęd, pobiegła przed siebie,
I wysoko jak ptak pofrunęła,
A po chwili znalazła się w niebie.
Zjadła kilka obłoków ze smakiem,
Gdy zaś wreszcie już dość miała jadła,
Rzekła: "Wolę być krową niż ptakiem."
I na ziemię wolniutko opadła.
Wy mi zaraz na pewno powiecie,
Że historia ta jest niebywała,
A ja wiem, że w skowrońskim powiecie
Była krowa, co fruwać umiała.
2007-07-30 23:42:24
Ciotka Danuta
Chuda ciotka Danuta
Robi swetry na drutach.
Już po pięciu minutach
Dowiedziały się o tym jaskółki,
Gwałt podniosły do spółki:
"Jak to? Ciotka Danuta
Robi swetry na drutach?
Na drutach siadają ptaki,
Lecz ciotka? Skąd pomysł taki?
A lećcież do niej gromadnie,
Bo wam ciotka z drutów spadnie!
2007-07-30 23:41:55
Mucha
Z kąpieli każdy korzysta,
A mucha chciała być czysta.
W niedzielę kąpała się w smole,
A w poniedziałek w rosole,
We wtorek - w czerwonym winie,
A znowu w środę - w czerninie,
A potem w czwartek - w bigosie,
A w piątek - w tatarskim sosie,
W sobotę - w soku z moreli...
Co miała z takich kąpieli?
Co miała? Zmartwienie miała,
Bo z brudu lepi się cała,
A na myśl jej nie przychodzi,
Żeby wykąpać się w wodzie.
2007-07-30 23:41:12
Sum
Mieszkał w Wiśle sum wąsaty,
Znakomity matematyk.
Krzyczał więc na całe skrzele:
Do mnie, młodzi przyjaciele!
W dni powszednie i w niedziele
Na życzenie mnożę, dzielę,
Odejmuję i dodaję
I pomyłek nie uznję!
Każdy mógł więc przyjść do suma
I zapytać: jaka suma?
A sum jeden w całej Wiśle
Odpowiadał na to ściśle.
Znała suma cała rzeka,
Więc raz przybył lin z daleka
I powiada: Drogi panie,
Ja dla pana mam zadanie,
Jeśli pan tak liczyć umie,
Niech pan powie, panie sumie,
Czy pan zdoła w swym pojęciu,
Odjąć zero do dziesięciu?
Sum uśmiechnął się z przekąsem,
Liczy, liczy coś pod wąsem,
Wąs sumiasty jak u suma,
A sum duma, duma, duma.
To dopiero mam z tym biedę -
Może dziesięć? Może jeden?
Upłynęły dwie godziny,
Sum z wysiłku jest już siny.
Myśli, myśli: To dopiero!
Od dziesięciu odjąć zero?
Żebym miał przynajmniej kredę!
Zaraz, zaraz... Wiem już... Jeden!
Nie! Nie jeden. Dziesięć chyba...
Ach, ten lin! To wstrętna ryba!
A lin szydzi: Panie sumie,
W sumie pan niewiele umie!
Sum ze wstydu schnie i chudnie,
Już mu liczyć coraz trudniej,
A tu minął wieczór cały,
Wszystkie ryby się pospały
I nastało znów południe,
A sum chudnie, chudnie, chudnie...
I nim dni minęło kilka,
Stał się chudy niczym kilka.
Więc opuścił wody słodkie
I za żonę pojął szprotkę.
2007-07-30 23:40:25
Jasne jak słońce
Gdy pełzną dwa zaskrońce,
Z nich każdy ogon ma.
To jasne jest jak słońce
I jak dwa razy dwa.
Gdy wierzgnąć kogoś koń chce,
W tył wierzga, a nie w przód.
To jasne jest jak słońce,
To proste jest jak drut.
Kij zawsze ma dwa końce,
A sroka nogi dwie,
To jasne jest jak słońce
I każdy o tym wie.
Gdy grać na trąbie słóń chce,
Nie potrzebuje nut,
To jasne jest jak słońce,
To proste jest jak drut.
Lecz co dzień, zanim zasnę,
Zamyślam się przed snem:
Choć słońce takie jasne,
Cóż ja o słońcu wiem?
2007-07-30 23:39:53
Jak rozmawiać trzeba z psem
Wy nie wiecie, a ja wiem,
Jak rozmawiać trzeba z psem,
Bo poznałem język psi,
Gdy mieszkałem w pewnej wsi.
A więc wołam: - Do mnie, psie!
I już pies odzywa się.
Potem wołam: - Hop-sa-sa!
I już mam przy sobie psa.
A gdy powiem: - Cicho leż!
Leżę ja i pies mój też.
Kiedy dłoń wyciągam doń,
Grzecznie liże moją dłoń.
I zabawnie szczerzy kły,
Choć nie bywa nigdy zły.
Gdy psu kość dam - pies ją ssie,
Bo to są zwyczaje psie.
Gdy pisałem wierszyk ten,
Pies u nóg mych zapadł w sen,
Potem wstał, wyprężył grzbiet,
Żebym z nim na spacer szedł.
Szliśmy razem - ja i on,
Pies postraszył stado wron,
Potem biegł zwyczajem psim,
A ja biegłem razem z nim.
On ujadał. A ja nie.
Pies i tak rozumie mnie,
Pies rozumie, bo ja wiem,
Jak rozmawiać trzeba z psem.
2007-07-30 23:39:08
Czarodziejski pies
Przed laty
Żył pies kudłaty.
Nie pokojowy, nie podwórzowy,
Nie miejski, nie wiejski,
Ale od ogona do głowy
Całkowicie czarodziejski.
Był mistrzem Polski w dominie,
I to nie są bynajmniej przechwałki,
Grał na pianinie,
Chodził po linie
I sam zapalał zapałki.
Powiecie pewnie, że to żadna sztuka,
Że tego uczy dowolna psia szkółka,
Ale zważcie, że pies ten nie szczekał,
Lecz kukał -
Jak rodowita kukułka.
A grał w ping-ponga? Grał!
A znał arytmetykę? Znał!
Rozumiał po czesku? Rozumiał!
I tylko szczekać nie umiał.
Miał pies swego pana,
Nazywał się Kołodziejski.
Raz w poniedziałek z rana
Powiedział pan: - Panie dziejski,
Po diabła mi pies czarodziejski?
Potrzeba mi kundla, co szczeka,
A taki pies - to kaleka.
I żeby dłużej nie zwlekać,
Oddał psa do pewnego maga,
Który nauczył go szczekać -
Bo się więcej od psa nie wymaga.
2007-07-30 23:38:31
Dwa widelce
Szły sobie dwa widelce
Zarozumiałe wielce.
Rzekł jeden: "Widzę woła,
Wół dwóm nam nie podoła,
Wół dla mnie nie nowina,
Bo wół - to wołowina,
To zwykła sztuka mięsa,
Co w polu się wałęsa."
Odrzecze na to drugi:
"Znam dobrze twe zasługi,
Ja także, bez przesady,
Przebijam funt sztufady,
A ile to już razy
Kłułem wołowe zrazy,
Rumsztyki, antrykoty -
Miałem z tym dość roboty."
Rzekł pierwszy szczerząc zęby:
"Ja do niejednej gęby
Wpychałem polędwicę,
Czym po dziś dzień się szczycę.
Wołową pieczeń stale
Przebijam na trzy cale
I jestem dosyć mądry,
By zmóc najtwardsze szpondry."
Rzekł drugi: "Dość złorzeczeń,
Wiadomo już, raz pieczeń,
Raz befsztyk, raz sztufada -
To świetnie nam się składa,
Bo z faktów tych wynika,
Że bijąc przeciwnika
Kawałek za kawałkiem,
Pobiliśmy go całkiem!"
A wół kopnięciem nogi
Zrzucił widelce z drogi
I wobec póĄnej pory
Spać poszedł do obory.
2007-07-30 23:37:53
Głowa w piasku
Dla uniknięcia domowych
niesnasek
Struś schował głowę w piasek.
Tymczasem szła pani strusiowa.
- A któż to ukrywa tu się?
A któż to przede mną się chowa?
Poznaję pióra strusie,
A po piórach poznaję osobę.
I mówiąc to kolnęła strusia dziobem.
- Tuś, mój mężusiu, tuś!
Struś skoczył jak oparzony,
Bo to wcale nie był mąż tej żony,
Tylko zupełnie inny struś.
Strusiowa widząc nieporozumienie
Przepraszała strusia szalenie,
On zaś jęknął: - Rozumiem pomyłkę, rzecz prosta,
Ale com dostał, tom dostał.
No widzisz, kochany głuptasku,
Pomyśl, czy watro chować głowę w piasku?
2007-07-30 23:37:19
Hipopotam
Zachwycony jej powabem
Hipopotam błagał żabę:
"Zostań żoną moją, co tam,
Jestem wprawdzie hipopotam,
Kilogramów ważę z tysiąc,
Ale za to mógłbym przysiąc,
Że wzór męża znajdziesz we mnie
I że ze mną żyć przyjemnie.
Czuję w sobie wielki zapał,
Będę ci motylki łapał
I na grzbiecie, jak w karecie,
Będę woził cię po świecie,
A gdy jazda już cię znuży,
Wrócisz znowu do kałuży.
Krótko mówiąc - twoją wolę
Zawsze chętnie zadowolę,
Każdy rozkaz spełnię ściśle.
Co ty na to?"
"Właśnie myślę...
Dobre chęci twoje cenię,
A więc - owszem. Mam życzenie..."
"Jakie, powiedz? Powiedz szybko,
Moja żabko, moja rybko,
I nie krępuj się zupełnie,
Twe życzenie każde spełnię,
Nawet całkiem niedościgłe..."
"Dobrze, proszę: nawlecz igłę!"
2007-07-30 23:36:30
Chrząszcz
W Szczebrzeszynie chrząszcz brzmi w trzcinie
I Szczebrzeszyn z tego słynie.
Wół go pyta: "Panie chrząszczu,
Po co pan tak brzęczy w gąszczu?"
"Jak to - po co? To jest praca,
Każda praca się opłaca."
"A cóż za to pan dostaje?"
"Też pytanie! Wszystkie gaje,
Wszystkie trzciny po wsze czasy,
Łąki, pola oraz lasy,
Nawet rzeczki, nawet zdroje,
Wszystko to jest właśnie moje!"
Wół pomyślał: "Znakomicie,
Też rozpocznę takie życie."
Wrócił do dom i wesoło
Zaczął brzęczeć pod stodołą
Po wolemu, tęgim basem.
A tu Maciek szedł tymczasem.
Jak nie wrzaśnie: "Cóż to znaczy?
Czemu to się wół prożniaczy?!"
"Jak to? Czyż ja nic nie robię?
Przecież właśnie brzęczę sobie!"
"Ja ci tu pobrzęczę, wole,
Dosyć tego! Jazda w pole!"
I dał taką mu robotę,
Że się wół oblewał potem.
Po robocie pobiegł w gąszcze.
"Już ja to na chrząszczu pomszczę!"
Lecz nie zastał chrząszcza w trzcinie,
Bo chrząszcz właśnie brzęczał w Pszczynie.
2007-07-30 23:09:04
Klej
Idzie klej i po kolei
Napotkane rzeczy klei:
Stołki, szklanki, filiżanki,
Salaterki, wazy, dzbanki,
Talerzyki, flaszki, miski,
Garnki, wiadra i półmiski,
Nawet ławki, nawet szafki,
Nawet książki i zabawki.
Już posklejał kuchnię całą,
A tu ciągle mu za mało,
Wysmarował w pół godziny
Wszystkie kołdry i pierzyny,
Cały dom się klei, lepi,
A on chciałby jeszcze lepiej.
Naraz wzięła go ochota,
Co się rzadko komu zdarza,
Że przykleił psa do kota,
Kota zaś do kominiarza,
Zlepił z sobą dwie kumoszki,
Które miały jakieś sprawki,
Szyld przykleił do dorożki,
A burmistrza do sikawki.
W mieście straszne widowisko.
Z każdą chwilą coraz gorzej,
Już się wszystkim lepi wszystko
I odlepić się nie może.
Już nie idzie nikt aleją,
Posklejane lampy gasną
I powieki tak się kleją,
Że za chwilę wszyscy zasną.
2007-07-30 23:08:12
Grzyby
Król Borowik Prawdziwy szedł
lasem
Postukując swym jedynym obcasem,
A ze złości brunatny był cały,
Bo go muchy okrutnie kąsały.
Tedy siadł uroczyście pod dębem
I rozkazał na alarm bić w bęben:
"Hej, grzyby, grzyby,
Przybywajcie do mojej siedziby,
Przybywajcie orężnymi pułkami.
Wyruszamy na wojnę z muchami!"
Odezwały się pierwsze opieńki:
"Opieniek jest maleńki,
A tam trzeba skakać na sążeń,
Gdzie nam, królu, do takich dążeń?!"
Załkały surojadki:
"My mamy maleńkie dziatki,
Wolimy życie spokojne,
Inne grzyby prowadź na wojnę."
Zaszemrały modraczki:
"Mamy całkiem zniszczone fraczki,
Mamy buty wśród grzybów najstarsze,
Nie dla nas wojenne marsze."
Zastękały czubajki:
"Wpierw musimy wypalić fajki,
Wypalimy je, królu, do zimy,
W zimie z tobą na wojnę ruszymy."
A król siedzi niezmiennie pod dębem,
Każe znowu na alarm bić w bęben:
"Przybywajcie, pieczarki, maślaki,
Trufle, gąski, purchawki, koźlaki,
Bedłki, rydze, bielaki i smardze,
Przybywajcie, bo tchórzami pogardzę!"
Ledwo rzekł to, wtem patrzy, a z boru
Maszeruje pułk muchomorów:
"Przychodzimy z muchami wojować,
Ty nas, królu, na wojnę prowadź!"
Wojowały grzybowe zuchy,
Pokonały aż cztery muchy.
Król Borowik winszował im szczerze
I dał wszystkim po grzybowym orderze.
2007-07-30 23:07:30
Dwa razy dwa
Niech mi powie, kto ma chęć
I kto chce być ze mną szczery,
Czy dwa razy dwa jest pięć,
Czy dwa razy dwa jest cztery.
Kot zamruczał: "Chyba kpisz,
Czy to dla mnie jest robota?
Mnie obchodzi jedna mysz,
A rachunki - nie dla kota."
Pies wykonał dziwny ruch:
"Ja nie jestem na usługi!
Umiem liczyć, lecz do dwóch."
Po czym warknął raz i drugi.
Koń powiedział jednym tchem:
"Łeb mam duży, lecz ubogi.
I to tylko dobrze wiem:
Każdy koń ma cztery nogi."
Wół najpewniej z nich się czuł,
Rzekł: "Sprawdziwszy cztery kąty,
Stwierdzam fakt, że jako wół
W mej oborze jestem piąty."
Kogut zapiał: "Ja mam raj -
Macham tylko pióropuszem,
Lecz nie znoszę przecież jaj,
A więc liczyć też nie muszę."
Rzekła kaczka: "Kwa-kwa-kwa,
Z dziećmi chadzam na spacery,
Mam ich tu dwa razy dwa,
Czyli mam kaczątka cztery."
2007-07-30 23:06:51
Dziurawe buty
Dwa dziurawe buty szły po podłodze,
W każdym bucie było po jednej nodze,
A na dwóch nogach ubranych w spodnie
Jan Marcin Szancer przechadzał się godnie.
To ten artysta, słynny ilustrator,
Znany od Amsterdamu aż po Ułan-Bator.
Jan Marcin Szancer psa rudego miał,
Pies ten był rasy, do zwie się czau-czau
I nie używa języka hau-hau,
Gdyż na przekór psim obyczajom
Psy czau-czau mruczą, ale nie szczekają.
Otóż pies ten codziennie od rana
Mruczał u nóg swego pana
I łasił się do niego dopóty,
Aż z miłości zaczynał obgryzać mu buty.
Taką sobie wymyślił zabawę!
Dlatego właśnie buty te były dziurawe.
2007-07-30 23:06:10
Czy to prawda
Źle się w oliwie poczuły szprotki.
Cukier się martwił, że jest za słodki,
Czapla wzdychała: "Mam grube nogi",
Mól na suficie szukał podłogi.
Kreda się gryzła, że taka biała,
Krowa nad własnym mlekiem biadała,
Sól uważała, że jest nie słona,
Wąż biegł i wołał: "Nie mam ogona!"
Atrament płakał, że jest w żałobie,
Zegar rzekł stojąc: "Pójdę już sobie",
Ślimak zapewniał, że nie jest brzydki,
Woda jęknęła: "Zmokłam do nitki".
Wierzba zdębiała. Dąb się zaperzył.
Jeż się okocił, a kot najeżył.
2007-07-30 23:05:38
Cap na grapie
Wlazł kotek
Na płotek,
Ujrzał capa na grapie.
- Zmykaj, capie,
Bo cię podrapię!
A cap nic - tylko sapie.
Na grapie zebrali się gapie,
Wszyscy patrzą na capa,
A kota aż świerzbi łapa.
- Zmykaj, capie,
Bo cię podrapię!
A cap nic - tylko sapie.
Patrzą na kota gapie.
- Daj mu, capie, po czapie!
A cap nic - tylko sapie.
I nie dziwota,
Bo cap nie złapie
Kota,
A kot podrapie
Capa,
Jako że cap jest gapa.
Kot mu wciąż grozi i grozi:
- Zmykaj, capie,
Bo cię podrapię!
Więc wziąwszy na rozum kozi,
Do domu umknął cap.
Teraz go, kocie, łap!
2007-07-30 23:04:58
Depesza
Miasto Klouszki
Ulica Kościuszki
Numer dwadzieścia,
U swego teścia
Mieszka
Leszek Kulesza.
Do Leszka
Przyszła depesza:
OB
KULESZA KOŚCIUSZKI KOLUSZKI
STOP
PRZYJEŻDŻAJ DO KIELC NA RACUSZKI
BOB
Listonosz depeszę bierze
I spieszy
I spieszy
I spieszy
Na rowerze
Na rowerze
Na rowerze
Z tą depeszą do Leszka Kuleszy.
"Czy tu mieszka pan Leszek Kulesza?
Jest do pana Kuleszy, depesza."
"Nie ma go, proszę pana.
Właśnie we wtorek z rana
Wyjechał do Warszawy
Załatwić ważne sprawy.
Zamieszkał pod piątym na Bema,
A tu go, niestety, nie ma."
Listonosz z rozpędu na rower - hops!
Przyjeżdża do urzędu zziajany jak mops,
Biegnie do naczelnika
I ze słów jego właśnie wynika,
Że nie doręczył depeszy,
Gdyż nie ma w Koluszkach Kuleszy.
Naczelnik telegrafu, człek obowiązkowy,
Rzekł, nie wdając się w zbędne rozmowy:
"Co? Kulesza wyjechał? Znajdziemy Kuleszę!
Do Warszawy w ślad za nim wyślemy depeszę."
Dwaj telegrafiści przy dwóch aparatach
Tę samą depeszę ślą do adresata:
Wystukują kolejne litery
Stuk-stuk-stuk
Jedna, dwie, trzy, cztery...
Litery
Biegną po drucie
Stuk-stuk-stuk
W Warszawie w tej samej minucie
Telegrafista odbiera:
Ka - litera, U - litera, eL - litera
Kul... Kule... Kulesza...
Układa się z liter depesza:
KULESZA BEMA WARSZAWA
JEST WAŻNA NIEZMIERNIE SPRAWA
STOP
PRZEKAZUJĄ DEPESZĘ KOLUSZKI
STOP
PRZYJEŻDŻAJ DO KIELC NA RACUSZKI
BOB
Listonosz depeszę bierze
I spieszy
I spieszy
I spieszy
Na rowerze
Na rowerze
Na rowerze
Z tą depeszą do Leszka Kuleszy.
"Czy tu mieszka pan Leszek Kulesza?
Jest do pana Kuleszy, depesza."
"Owszem, mieszkał na Bema,
Lecz go od wczoraj już nie ma.
Wyjechał do Krakowa,
Adres: ulica Basztowa,
Numer domu piętnaście,
Tam mu depeszę przekażcie."
Listonosz wraca, rzecz oczywista,
Znów wystukuje telegrafista
Szereg tych samych liter i znaków:
KULESZA BASZTOWA KRAKÓW...
Znów listonosz depeszy doręczyć nie może,
Bo Kulesza wyjechał nad morze.
I znów aparat stuka,
I znów listonosz szuka:
KULESZA SŁONECZNA SOPOT...
I znowu z Kuleszą kłopot,
Bo wyjechał do Łomży, do stryja.
Znów telegraf litery wybija,
Za Kuleszą depesza podąża:
KULESZA TRAUGUTTA ŁOMŻA...
Ale w Łomży ta sama nowina -
Wyjechał do Szczecina!
Depesza w ślad za nim leci:
KULESZA PORTOWA SZCZECIN...
A w Szczecinie ta sama nowina -
Wyjechał do Lublina.
Z Lublina do Olsztyna,
Z Olsztyna do Raszyna,
Z Raszyna do Cieszyna...
Taką miał z nim telegraf robotę!
Wreszcie wrócił do domu w sobotę.
Ledwo wrócił, przychodzi depesza:
OB
KULESZA KOŚCIUSZKI KOLUSZKI
WARSZAWA KRAKÓW SOPOT
ŁOMŻA SZCZECIN LUBLIN
OLSZTYN RASZYN CIESZYN KOLUSZKI
STOP
PRZYJEŻDŻAJ DO KIELC NA RACUSZKI
BOB
Ledwo przyszła depesza,
Skoczył Leszek Kulesza
I po chwili już był w autobusie,
Bo bardzo spieszyło mu się.
Przyjechał do Kielc w samą porę
Wieczorem,
Kiedy na stół wnoszono racuszki.
A racuszki - wprost lizać paluszki,
Takich nigdzie i nikt wam nie poda!
Nie proszono was?
A szkoda!
2007-07-30 23:03:58
Chory muł
Pewien muł
Niedobrze się czuł,
Więc poszedł do lekarza i rzekł:
- Niech pan doktor mi da jakiś lek.
Zapytał muła lekarz:
- A na co ty, mule, narzekasz?
Co ci dolega, mule?
Rzekł muł: - Mam łamania i bóle.
- A co boli cię? - lekarz znów pyta.
- Oj, bolą mnie, bolą kopyta,
A jeśli mam przy tym być szczery,
To nie jedno, nie dwa, ale cztery,
Wszystkie cztery, do samej kości,
Nawet ruszyć żadnym nie mogę...
I na dowód swojej słabości
Kopnął lekarza w nogę.
Stąd prawda wynika doniosła,
Że muł jednak ma w sobie coś z osła.
2007-07-30 23:03:22
Baśń o stalowym jeżu
Na ulicy Czterech Wiatrów
Niedaleko Bonifratrów
Do zachodnich ścian przytyka
Sklep Magika Mechanika.
Sklep ten zawsze jest zamknięty,
Lecz przez okno wystawowe
Widać różne dziwne sprzęty,
Różne części metalowe,
Tajemnicze instrumenty,
Automaty, lalki, skrzynki,
Nakręcane katarynki,
Śpiewające psy i świnki.
Z głębi sklepu znad stolika
Patrzą oczy Mechanika.
Widać jego twarz niemłodą,
Okoloną rudą brodą,
Duże uszy, nos spiczasty
I krzaczaste brwi jak chwasty
Całe noce Magik siedzi
Pośród zwojów drutu z miedzi,
Warzy zioła, praży kwasy
I uciera kuperwasy.
Kto zobaczy Mechanika,
Tego zaraz lęk przenika,
Ten ucieka od wystawy,
Choćby nawet był ciekawy.
Dnia pewnego w październiku
Napłynęło chmur bez liku,
Runął wicher porywiście,
Poleciały żółte liście,
Zaciemniły się błękity,
Zgęstniał mrok niesamowity.
Snadź żałosny śpiew jesieni
Albo napływ nocnych cieni,
Albo gwiazd zupełny zanik
Sprawił właśnie, że Mechanik
Usnął nagle przy stoliku
Dnia pewnego, w październiku.
Spał jak kamień. A tymczasem
Drzwi rozwarły się z hałasem
I ze sklepu na ulicę
W noc, w jesienną nawałnicę
Wybiegł z chrzęstem jeż stalowy
Miał przyłbicę zamiast głowy,
Od przyłbicy aż po pięty
W stal hartowną był zaklęty.
Miał też pancerz - z każdej strony
Mnóstwem igieł najeżony,
Nadto miecz ze stali twardej,
Tarczę tudzież halabardę.
Jeż przez chwilę nasłuchiwał,
Coś wspominał, coś przeżywał.
Spojrzał w noc październikową
I zacisnął pięść stalową.
W krąg ulica była pusta.
Mrok narastał, wiatr nie ustał,
Deszcz jesienny w szyby chlustał.
Co się stało, to się stało,
Widać tak się stać musiało,
Jeż więc naprzód ruszył śmiało,
Pędził w dal opustoszałą,
Pod murami się przemykał
I w zaułkach ciemnych znikał.
A gdy biła jedenasta,
Jeż opuścił mury miasta.
Minął sady i ogrody,
Przebiegł szybko gaik młody,
Aż wydarłszy się zawiei
Jeż stalowy dopadł kniei.
Tu odetchnął. Leśne zmory
W dziuplach jadły muchomory,
W opuszczonym jarze strzygi
Odprawiały na wyścigi
Swoje pląsy i podrygi,
Wiedźmy spały w gniazdach wronich,
Sowy piały, a koło nich,
Wyskoczywszy na wierzchołek,
Na piszczałce grał Dusiołek.
Jeż przez chwilę odpoczywał,
Coś wspominał, coś przeżywał,
Lecz niebawem ruszył dalej,
Budząc wiedźmy chrzęstem stali.
Brzask od wschodu jaśniał złudnie,
A Jeż zdążał na południe,
Stanął właśnie na polanie,
Gdy znienacka, niespodzianie
Ujrzał tam, gdzie rzednie knieja,
Czarodzieja Babuleja.
Miał Babulej łeb jak skała,
Z nozdrzy para mu buchała,
Wylatywał ogień z gęby,
Miał ramiona jak dwa dęby,
Każdą nogę miał jak wieża.
Gdy się ocknął, spostrzegł Jeża.
Był Babulej tak potężny,
Że Jeż mężny i orężny
Zbladł - o ile jeże bledną,
Ale to jest wszystko jedno.
Rzekł Babulej: "Hej, rycerzu,
Hej, stalowy dzielny Jeżu,
Jaka moc i jaka władza
Do tej kniei cię sprowadza?
Czy przybywasz do mnie w gości,
Czy chcesz zabrać moje włości,
Czy też cel masz niedościgły,
Aby we mnie wbić swe igły?"
Jeż zawołał: "Dobrodzieju,
Czarodzieju Babuleju,
Od przyłbicy aż po pięty
Jam stalowy Jeż - zaklęty
Przez Magika Mechanika -
I wprost żałość mnie przenika,
Kiedy patrzę na mą zbroję,
Na stalowe igły moje.
Twoja mądrość jest bez miary,
Powiedz, jak mam zrzucić czary?
Dokąd iść mam? Wskaż mi drogę,
Bo tak dłużej żyć nie mogę."
Zastanowił się Babulej
I do Jeża rzekł już czulej:
"Z tej krynicy wody ulej.
Kiedy nią przemyjesz oczy,
Wnet przed tobą się roztoczy
Gładka droga. Idź nią żwawo,
Byle w prawo, zawsze w prawo!
Gdy dotrzymasz tego święcie,
Spadnie z ciebie złe zaklęcie."
Jeż uściskał Babuleja.
"W tobie cała ma nadzieja"-
Rzekł z wdzięcznością. Bez przeszkody
Nalał w dłoń cudownej wody,
Wodą plusnął sobie w oczy,
Aż tu nagle się roztoczy
Droga gładka, lecz zawiła:
Cała we mgle się gubiła,
Porośnięta przy tym była
Migotliwą srebrną trawą.
Jeż tą drogą ruszył w prawo.
Szedł bez przerwy aż do zmroku,
Nie zwalniając nawet kroku,
Ani nie jadł, ani nie pił,
Tylko chłodem się pokrzepił.
Dziwne dziwy widział z lewa:
Migdałowe kwitły drzewa,
Kolorowych słońc ulewa
Oblewała piękne place,
Na nich domy i pałace,
A w pałacach rajskie ptaki,
A w ogrodach złote maki,
A wokoło mleczne rzeki
Zdążające w świat daleki.
Jeża złudy nie skusiły.
Wytężając wszystkie siły,
Ciągle w prawo szedł po drodze,
Pamiętając o przestrodze.
I po stronie właśnie prawej
Ujrzał Jeż rtęciowe stawy.
Falowała rtęć srebrzyście
I srebrzyła się faliście,
I jaśniała uroczyście,
Blask rzucając na wybrzeża,
Na dal mroczną i na Jeża.
Jeż przed siebie śmiało dążył,
W żywym srebrze się pogrążył
I przez rtęci śliskie fale
Płynął silnie i wytrwale.
Stoczył przy tym bój zajadły,
Bowiem zewsząd go opadły
Wygłodniałe, złe trytony,
Ale on, niezwyciężony,
Mieczem rąbał i wywijał,
Aż je wszystkie pozabijał.
Gdy Jeż stawy wreszcie przebrnął,
Połyskiwał zbroją srebrną.
Kroczył naprzód niestrudzony,
Rtęcią złudnie posrebrzony,
Miecz wyostrzył, jak należy,
A gdy mrok się rozlał szerzej,
Zszedł w Dolinę Nietoperzy.
Czuł, że bój nie będzie błahy:
Nietoperze z kutej blachy,
Z metalicznym skrzydeł chrzęstem,
Uderzyły rojem gęstym,
Ćmy blaszane o północy
Przyleciały do pomocy,
A ze szczelin pełzły strachy,
Nocne strachy z kutej blachy.
Jeż odważnie się najeżył,
Halabardą się zamierzył,
Wpadł w sam środek nietoperzy
I na oślep ciął z rozmachem
Napastliwą groźną blachę.
Ciem padały całe stosy,
A on wciąż zadawał ciosy,
Nietoperzy chmary tępił,
Tarczę pogiął, miecz przytępił,
Deptał blachę pokonaną,
A gdy bój się skończył rano,
Stwierdził Jeż swój tryumf świeży,
Więc z Doliny Nietoperzy,
W której posiał śmierć i trwogę,
Wyszedł znów na gładką drogę.
Mgła, jak zwykle, drogi strzegła,
Droga prawą stroną biegła.
A gdy świt był niedaleko,
Stanął Jeż nad wielką rzeką.
Nurt burzliwy i spieniony
Tworzył wiry z prawej strony.
Jeż to zoczył, lecz nie zboczył,
Tylko w środek wirów skoczył.
Płynął śmiało jak na połów,
A gdy przemógł moc żywiołów,
Ujrzał Wyspę Trzech Bawołów.
Był na wyspie las potężny,
Nie drewniany, lecz mosiężny,
Z lasu, sadząc przez wądoły,
Wyskoczyły trzy bawoły
I ruszyły wprost na Jeża,
Który dotknął już wybrzeża.
Ziemia drżała, tratowana
Przez bawoły. Gęsta piana
Wystąpiła im na pyski,
W ślepiach drgały krwawe błyski,
A kopyta ich potężne,
Nie zwyczajne, lecz mosiężne,
I mosiężne wielkie rogi
W sposób groźny i złowrogi
Skierowały się na Jeża:
Tylko bawół tak uderza.
Jeż, do walki już gotowy,
Wyjął z pochwy miecz stalowy,
W bok uskoczył i zawzięcie
Rąbnął mieczem. Straszne cięcie
Zmiotło sześć bawolich rogów,
Które spadły wśród rozłogów.
Ich mosiężny dźwięk rozbrzmiewał,
O mosiężne tłukł się drzewa
I przez echo powtórzony,
Brzmiał i grzmiał na wszystkie strony.
A bawoły chyląc głowy
Legły rzędem. Jeż stalowy
Stał podparty halabardą
I przyglądał się z pogardą
Pokonanym swoim wrogom
I mosiężnym wielkim rogom,
Po czym w prawo ruszył drogą.
Dziwne dziwy widział z lewa:
Z białych skał sfrunęła mewa
Trzepotliwa, śnieżnobiała,
W dziobie złoty klucz trzymała,
Kluczem skały otwierała,
Otwierała złote bramy,
Skarbce, zamki i sezamy.
On szedł w prawo, ciągłe w prawo,
Gardził złotem, gardził strawą,
Szedł bez przerwy, aż do zmroku,
Nie zwalniając nawet kroku.
Ani nie jadł, ani nie pił,
Tylko chłodem się pokrzepił.
Kiedy tak przez piachy kroczył,
Z pochwy naraz miecz wyskoczył
I pofrunął w dal z łoskotem,
Tarcza za nim w ślad, a potem
Halabarda, mknąc przed siebie,
Znikła szybko w nocnym niebie.
Jeż oniemiał, Jeż się zdumiał,
Ale zanim coś zrozumiał,
Jakaś siła niebywała
Nagle z ziemi go porwała
I poniosła jak źdźbło słomy
W świat daleki, niewiadomy.
Jeż w niezwykłym swoim locie
Widział gwiazd jarzących krocie,
A pod sobą czarną chmurę,
A przed sobą wielką górę
Niebotyczną i wyniosłą -
Do niej właśnie Jeża niosło.
Jeż wytężył wyobraźnię,
Wzrok wytężył i wyraźnie
Widział teraz i miarkował,
Że to Góra Magnesowa
Z dali ciemnej się wyłania,
Że jej siła przyciągania,
Nieodparta i straszliwa,
Stal unosi i porywa.
Leciał Jeż jak srebrna kula,
Brzęczał tak jak pszczoła z ula,
Góra przed nim w oczach rosła
Niebotyczna i wyniosła,
Wreszcie gniewny i ponury
Przylgnął Jeż do zbocza góry.
Stał bezbronny, pełen trwogi,
Magnes więził jego nogi
I krępował wszystkie ruchy,
Tak jak muchę lep na muchy.
Chcąc się wydrzeć z tej niewoli,
Jął poruszać się powoli,
Jął powoli piąć się w górę,
Nie zważając na wichurę.
Szedł pięć godzin, aż o świcie
Wreszcie znalazł się na szczycie.
Był tam pałac z gwiazd wysnuty
I był człowiek w złocie kuty
I obuty w złote buty.
A dokoła w barwnej śniedzi
Stali ludzie z brązu, miedzi
I z mosiądzu, i z ołowiu -
Stali wszyscy w pogotowiu.
Władca Góry Magnesowej
Do zdobyczy swojej nowej
Krzyknął: "Jam jest w złocie kuty
I obuty w złote buty,
Bezprzykładna dzielność twoja
Ani pancerz, ani zbroja
Nie uchronią cię przede mną.
Ja mam taką moc tajemną,
Że się tylko stalą żywię
I na górze tej szczęśliwie
Miedzią, brązem i mosiądzem
Jak posłusznym ludem rządzę.
Broń się, Jeżu! Mam ochotę
Stal twą przebić ostrzem złotym!"
Jeż zawołał: "Niech się stanie!
Chodź, przyjmuję twe wyzwanie.
Nie mam miecza ani tarczy,
Ale igieł mi wystarczy!"
Po tych słowach pięść zacisnął,
Złoty rycerz tarczą błysnął,
Błysnął złotym swym pancerzem,
A gdy stanął tuż przed Jeżem,
Porwał szybko w dłoń waleczną
Złotą klingę obosieczną.
Zawrzał bój. I brzęk metali,
Naprzód złota, potem stali,
Dookoła się rozlegał
I wraz z echem w dal wybiegał.
Nagle dopadł Jeż rycerza
I straszliwa igła Jeża
W pancerz wbiła się ze zgrzytem.
Rycerz zachwiał się, a przy tym
Krwi czerwonej kropla spadła,
Krew trysnęła na wiązadła,
Na napierśnik, na przyłbicę,
Na stalowe rękawice.
Właśnie krwi tej kropla świeża
Złe zaklęcie zdjęła z Jeża.
Pękła stal, przyłbica spadła
I dziewczyny twarz pobladła
Wyłoniła się ze stali,
A tu stal pękała dalej,
Opadała jak łupina -
Wyszła z niej na świat dziewczyna
Jawiąc wdzięki swe dziewczęce
I dziewczęce białe ręce,
I kibici kształt powabny,
Obleczony w strój jedwabny.
Rycerz patrzał ze zdumieniem,
Podszedł, objął ją ramieniem
I na jego pierś złocistą
Łza jej spadła kroplą czystą.
I - o Boże! - łza ta świeża
Zdjęła czary złe z rycerza,
Złoto spadło zeń. Okowy
Władcy Góry Magnesowej
Nie zdołały już się ostać
I młodzieńca piękna postać
Przed dziewczyną kornie stała,
A dziewczyna promieniała,
Biale ręce wyciągała.
Świat spowiła mgła róźowa,
W mgle tej Góra Magnesowa
Rozpłynęła się, przepadła,
Tak jak nikną złe widziadła
I dokoła zaszła zmiana
Niewidziana, niespodziana:
Migdałowe kwitły drzewa,
Kolorowych słońc ulewa
Oblewała piękne place,
Na nich domy i pałace,
A w pałacach rajskie ptaki,
A w ogrodach złote maki,
A dokoła mleczne rzeki
Zdążające w świat daleki.
Cały bezmiar grał i śpiewał.
Z białych skał sfrunęła mewa,
Trzepotliwa, śnieżnobiała,
W dziobie złoty klucz trzymała,
Kluczem skały otwierała,
Otwierała złote bramy,
Skarbce, zamki i sezamy.
A młodzieniec rzekł najczulej:
"Zaczarował mnie Babulej,
Zakuł w złoto swym zaklęciem,
A ja jestem sławnym księciem,
Dzielnym księciem Złotowojem,
Właśnie jesteś w państwie moim."
"A ja - rzekła mu dziewczyna -
Jestem panna Klementyna,
Pasierbica Mechanika -
Śledziennika i magika.
Ach, to złośnik jest nieczuły,
Jego słowa mnie zakuły
W stal okrutną, w postać Jeża,
Który nie wie, dokąd zmierza."
"Porzuć troskę nadaremną -
Rzekł Złotowój. - Zostań ze mną.
Mowie serca chciej uwierzyć,
Pragnę z tobą życie przeżyć,
Będziesz dobrą moją żoną,
Szanowaną i wielbioną,
Mieszkać będziesz w tych ogrodach,
Wchodzić będziesz po tych schodach,
Siedzieć będziesz na tym tronie,
Jak przystało mojej żonie!"
Klementyna się zgodziła,
Była dobra, była miła,
Z mężem dużo lat przeżyła
W wielkim szczęściu i bez waśni -
I to właśnie koniec baśni.
Na ulicy Czterech Wiatrów
Niedaleko Bonifratrów
Do zachodnich ścian przytyka
Sklep Magika Mechanika.
Sklep, zamknięty na trzy spusty,
Jest od dawien dawna pusty,
Lecz przez szybę wystawową,
Gdy do szyby przylgnąć głową,
Widać wielką pajęczynę.
Pająk wątłą swą tkaninę
Utkał z nudów i z nawyku
Dnia pewnego, w październiku.
2007-07-30 23:02:05
Foka
Mole foce zjadły futro.
"W czym na spacer wyjdę jutro?"
Poszła foka do oposa:
"Jestem naga jestem bosa,
Co ja teraz, biedna, pocznę?
Daj choć futro zeszłoroczne".
Opos tylko drzwi zatrzasnął:
"Każdy nosi odzież własą!"
Poszła foka między bobry:
"Może będzie kto tak dobry
I ponosić futro da mi?
Futro przecież się nie splami"
Bobry rzekły na to: "Foko,
Bieda u nas jest w tym roku,
Może jednak ci niedzwiedzie
Dopomogą w twojej biedzie".
Ale niedzwiedz tylko mlasął:
"Każdy nosi odzież własą!"
Borsuk zmierzył ją z wysoka:
"Z pani jest po prostu - foka!"
Nie pomogły również lisy-
Lis przeważnie sam jest łysy.
Nie zastała gronostajów,
Szynszyl kazał przyjść jej w maju,
Jeszcze gorzej poszło z lutrą,
Skunks miał w pralni swoje futro.
Poszła foka w złym humorze:
"Nikt mi, widzę, nie pomoże".
Pozbierała na dnie szafki
Zniszczonego futra skrawki
I zaniosła do kuśnierza.
Kuśnierz mierzy i przymierza.
Poupinał skrawki modnie,
Potem szył przez dwa tygodnie,
Lecz by dziury zaszyć w futrze,
Musiał futro zrobić krótsze.
Jak tu foka w złość nie wpadnie!
"Ależ mnie pan ubrał ładnie!
Przód jest krótszy o trzy cale,
Moich rąk nie widać wcale,
Pan mi zeszył nogi obie,
Co ja teraz, biedna zrobię?"
Kuśnierz zmrużył jedno oko:
"Trudno. Będzie pani foką"
Odtąd foka nieszczęśliwa
Już nie chodzi, tylko pływa.
2007-07-30 23:01:26
Jeż, który zaspał
Na czubku sosny rozsiadł się szczygieł
I tak wydziwiał: - O, ile igieł!
Jak dużo igieł! Cóż to za wygląd?
Szkoda, że nie ma tu moich szczygląt,
Uśmiałyby się do łez na pewno
Widząc igłami pokryte drewno.
Odrzekła sosna: - Nie dotkniesz nas tym.
Sosna jest przecież drzewem iglastym;
Każde iglaste drzewo ma igły,
A to dla szczygłów twór niedościgły.
Część tej rozmowy podsłuchał jeż,
Pomyślał sobie: "Mam igły też,
Innymi słowy, jestem iglasty."
Podreptał szybko przez mchy i chwasty
Wołając: - Patrzcie, igły mi rosną,
Nie chcę być jeżem, stanę się sosną!
Już wiem, co zrobię: pobiegnę w puszczę
I tam korzenie w ziemię zapuszczę.
Niebawem w lesie zaczął ryć norę
W głąb gdzie sięgają korzenie spore,
Lecz gdy się zarył po czubek głowy,
Ziewnął i zapadł w swój sen zimowy.
Spał, aż się wreszcie zbudził na wiosnę.
Pomyślał: "Pewno wysoko rosnę..."
Wyszedł odetchnąć powietrzem świeżym.
A szczygieł szydzi: - Furt jesteś jeżem,
Jeżem - nie sosną! Zaspałeś trochę...
Jeśli chcesz piąć się, to nie bąd· śpiochem.
2007-07-30 23:00:31
Kijanki
Wystroiły się kijanki
W sukieneczki z wodnej pianki.
Podziwiały je szczupaki:
Proszę państwa, kto to taki?
Nie kijanki, lecz panienki,
Takie strojne ich sukienki!
Nie bywało takich jeszcze -
Zachwycone rzekły leszcze.
Moda piękna i na czasie -
Odezwały się karasie.
Tak pochlebne słysząc wzmianki
Napuszyły się kijanki.
Rzekła jedna: Szczupak zna się,
Również znają się karasie,
A na przykład głupie żaby
Za nic mają te powaby.
Druga rzekła: Moja miła,
Ja bym zaraz się zabiła,
Gdybym była taką żabą.
Nie mów! Robi mi się słabo,
Gdy pomyślę o tym tylko,
Już wolałabym być kilką,
Szprotką, flądrą w galarecie,
Ale żabą? Za nic w świecie.
Tak ze sobą rozmawiały,
A tu dzień upłynął cały
Chciały zacząć od początku,
Lecz coś było nie w porządku,
Bo spostrzegły nagle nocą,
Że nie mówią, lecz rechocą.
I ujrzały w brzasku ranka,
Że kijanka - nie kijanka,
Tylko żaba, co rada by
Iść czym prędzej między żaby.
Otóż macie prawdę mądrą:
Flądra zawsze będzie flądrą,
Szprotka szprotką, kilka kilką,
A kijanka - żabą tylko.
2007-07-30 22:59:55
Dwie krawcowe
Wędrowały dwie krawcowe,
Szyły piękne suknie nowe.
Szyły suknie w groszki, w kwiatki,
W paski, w kratki i w zakładki,
W krążki, w prążki oraz w cętki,
Aż cieszyły się klientki.
Kiedy przyszły do Skierniewic,
Zobaczyły osiem dziewic,
Osiem panien burmistrzanek
Różowiutkich jak poranek.
Wezwał burmistrz dwie krawcowe:
"Dla mych córek zróbcie nowe,
Piękne suknie w różny deseń,
Niech wystroją się na jesień!"
Rozłożyły dwie krawcowe
Materiały kolorowe.
Siedem panien skromny gust ma,
A kaprysi właśnie ósma:
Nie chce krążków, prążków, kratek
Ani groszków na dodatek,
Na desenie wciąż się dąsa,
Oczy we łzach, buzia w pąsach.
Burmistrz łamie sobie głowę,
Wreszcie woła dwie krawcowe:
"W magistracie, jak to bywa,
Dokumenty mam w archiwach,
Mogę dać wam z dokumentów
Pięćset kropek z atramentu,
Dość już mam tej całej szopki,
Niechaj będzie suknia w kropki!"
Burmistrzanka się uśmiecha:
"Z kropek może być pociecha!"
Bardzo długo trwało szycie,
Lecz wypadło znakomicie
I na balach tym ślicznościom
Przyglądano się z zazdrością.
Odtąd panny w Skierniewicach
Mają kropki na spódnicach.
2007-07-30 22:59:15
Chrzan
Płacze chrzan na salaterce,
Aż się wszystkim kraje serce.
"Panie chrzanie,
Niech pan przestanie!"
Chudy seler płacze także,
Mówiąc czule: "Panie szwagrze,
Panie chrzanie,
Niech pan przestanie!"
Rozpłakała się włoszczyzna:
"Jak to można? Pan mężczyzna,
Panie chrzanie,
Niech pan przestanie!"
Pochlipuje bochen chleba:
"No, już dosyć! No, nie trzeba!
Panie chrzanie,
Niech pan przestanie!"
Ścierka łka nad salaterką:
"Niechże pan nie będzie ścierką,
Panie chrzanie,
Niech pan przestanie!"
Wszystkich żal ogarnął wielki,
Płaczą rondle i rondelki:
"Panie chrzanie,
Niech pan przestanie!"
A chrzan na to: "Wolne żarty,
Płaczę tak, bo jestem tarty,
Lecz mi nie żal tego stanu,
A łzy wasze są do chrzanu!"
2007-07-30 22:58:41
Kaczki
Po podwórku chodzą kaczki,
Wszystkie bose nieboraczki,
A w dodatku nieodziane,
To są rzeczy niesłychane!
Choć serdaczek, choć kubraczek
Mógłby znale·ć się dla kaczek,
A na nogi - jakieś kapce,
A na głowy choć po czapce,
Bo to zima akurat,
Chwycił mróz i śnieg już spadł.
Poszły kaczki do krawcowej:
"Chcemy mieć kubraczki nowe,
Zimno wszystkim nam szalenie,
Pani przyjmie zamówienie.
Lecz uwzględnić pani raczy,
Że to ma być fason kaczy.
Tu zakładka, a tu szlaczek,
To jest coś w sam raz dla kaczek,
Krój warszawski, bąddź co bądź,
Zechce pani miarę zdjąć."
Potem kaczki na Królewskiej
Odszukały zakład szewski
I już pierwsza kaczka kwacze:
"Pan nam zrobi kapce kacze,
Takie małe, zgrabne kapce,
By na małej kaczej łapce
Należycie się trzymały
I na sprzączki zapinały."
Odrzekł szewc, bo nie był leń:
"Zrobię kapce w jeden dzień."
Już nazajutrz poszły kaczki
Do krawcowej po kubraczki
I po kapce na Królewską,
Ale wpadły w pasję szewską:
Szewc zażądał pięć tysięcy,
A krawcowa jeszcze więcej.
"Bez pieniędzy, drogie panie,
Dzisiaj nic się nie dostanie.
Zapytajcie zręsztą dam,
One to potwierdzą wam."
Kaczki kwaczą i tłumaczą:
"Pieniądz nie jest rzeczą kaczą,
Żadna z nas się nie bogaci,
Nam za jajka nikt nie płaci."
Ale na to szewc z krawcową
Powtórzyli słowo w słowo
To co przedtem: "Drogie panie,
Darmo nic się nie dostanie."
Z tej przyczyny kaczy ród
Jest ubrany tak jak wprzód,
A tu zima akurat,
Chwycił mróz i śnieg już spadł.
2007-07-30 22:57:58
Natka-Szczerbatka
Jest w naszym domu schodowa klatka,
A na tej klatce - lokali pięć.
W jednym z nich mieszka Natka-szczerbatka.
O niej napisać mam dzisiaj chęć.
Mam chęć napisać, bo to jest gratka,
Bo to okazja ogromnie rzadka.
Była więc sobie Natka-szczerbatka...
Czemu szczerbatka? Zaraz wyjaśnię.
Wiadomo: każdy człowiek, nim zaśnie,
Zęby szoruje, by zdrowym być,
Szczotką i pastą szoruje właśnie.
A Natka zębów nie chciała myć.
Mówiła: "Nie chcę,
Szczotka mnie łechce,
Niech inni myją zęby, gdy chcą,
A ja nie będę! I żadna siła
Już mnie nie zmusi, bym zęby myła!"
Co z taką robić? Powiedzcie, co?
Nie wiem, co robić. I wy nie wiecie.
Dużo jest takich Natek na świecie.
Myjemy zęby szczotką i pastą,
Cóż więc obchodzi i was, i mnie,
Cóż w rzeczy samej obchodzi nas to,
Czy Natka myje zęby, czy nie?
Coż nas obchodzi jakaś tam Natka?
Niech się nią zajmie ojciec i matka -
My z niej przykładu nie chcemy brać,
Bo to, po prostu, głupia dzierlatka,
Która o zęby nie umnie dbać.
Natka nie dbała, myć ich nie chciała.
Oto, po prostu, historia cała.
Czy opowiadać mam do ostatka,
Czemu sąsiedzi od paru lat
Mówią o Natce: "Natka-szczerbatka"?
Myślę, że każdy dawno już zgadł,
Co znaczy taka przypięta łatka
I to przezwisko: "Natka-szczerbatka."
2007-07-30 22:57:14
Ciaptak
Siedzi Ciaptak na dachu
I wszystkim napędza strachu.
Ludzie patrzą, brednie plotą,
Bo żaden z nich nie wie. co to.
- Widzieliście Ciaptaka?
Czy to jest odmiana ptaka?
Czy może roślina taka?
Czy może garnek, czy bania?
Czy może głowa barania?
A może to rodzaj grzyba?
A może po prostu ryba?
A może zwyczajny płaz?
Ktoś go gdzieś widział już raz,
Ale też nie na pewno,
Bo wtedy wyglądał jak drewno
Pomalowane z dwóch stron,
Więc chyba to nie był on.
Sprowadzono z drabiną strażaka,
Żeby ściągnął z dachu Ciaptaka.
Rzekł strażak: - To rzecz nieklawa,
Nie mój dach i nie moja sprawa...
Wezwali wójta sąsiedzi,
A Ciaptak na dachu siedzi,
Syczy, burczy i prycha.
A cóż to za stwór, do licha?
Wójt do urzędu wszedł i
Zagłębił się w encyklopedii.
- Ce... Ciaptak... Nie ma Ciaptaka...
A może to rodzaj buraka,
Ogórka albo ziemniaka?
A ciaptak na dachu siedzi,
Natrząsa się z gawiedzi.
Tłum rośnie, gapią się gapie,
No, kto go za ogon złapie?
- Też mądry! Ciaptak nie wrona,
On wcale nie ma ogona!
- Co ty tam wiesz, patałachu?!
A Ciaptak siedzi na dachu,
Nabzdyczył się i nadął.
Aż nagle zleciał na dół.
Ludzie za nim pognali w te pędy,
A on kluczył tędy, owędy,
Przez pole, przez rzeczkę, przez las,
Tam szybko na drzewo wlazł
I wskoczył do dziupli w drzewie.
A co to jest Ciaptak - nikt nie wie.
2007-07-30 22:56:28
Księżyc
Plotkowały drzewa w borze:
Pan Księżyc jest nie w humorze.
Pan Księżyc miał jakieś przykrości.
Pan Księżyc jest blady ze złości.
Pan Księżyc ma twarz taką srogą.
Pan Księżyc dziś wstał lewą nogą.
Pan Księżyc jest trochę nie w sosie.
Pan Księżyc dziś muchy ma w nosie.
Jak tu Księżyc się nie zgniewa:
Cóż, myślicie, głupie drzewa,
Że ja mam przyjemne życie?
Wy słońce tylko cenicie,
Was tylko słońce zachwyca,
Wy kpicie sobie z Księżyca,
A ja wam na to odpowiem -
Uważam, że jest rzeczą po prostu bezwstydną
Porównywać słońce ze mną,
Bo słońce świeci we dnie, gdy i tak jest widno,
A ja w nocy, gdy jest ciemno.
2007-07-30 22:55:44
Jaś i Małgosia
Narrator:
Posłuchajcie, oto bajka,
Stara bajka-samograjka,
Ale dla was, daję słowo,
Wymyśliłem ją na nowo.
Jeśli nie znacie jej, to poznacie.
A było tak:
W małej chacie,
Od ludzkich osiedli z dala
Mieszkała rodzina drwala
Z czterech osób złożona.
Był więc drwal, jego żona
I - jak to się w bajkach kleci -
Było także dwoje dzieci,
W waszym wieku, mniej więcej.
Ja piosenkę im poświęcę,
Przysłuchajcie się piosence:
Jaś:
My mieszkamy w chatce drwala.
Razem:
Trala-lala, trala-la.
Małgosia:
Naszą chatkę las okala.
Trala-lala, trala-la.
Jaś:
A nazywamy się,
Jaś i Małgosia.
Małgosia:
Bardzo kochamy się,
Jaś i Małgosia.
Razem:
Razem trzymamy się,
Mamy słuchamy się,
Tralala-la!
Matka:
Dzieci kochane, śpiewacie cudnie,
Ale już minęło południe,
Ojciec czeka na obiad w lesie,
Dziś Małgosia kobiałkę zaniesie.
Małgosia:
Pójdziemy z Jasiem we dwoje,
Bo ja troszeczkę się boję.
Jaś:
Dlaczego puszczać ją samą?
Pójdę z Małgosią, mamo.
Matka:
A kto mi w domu pomoże?
A kto uprzątnie w oborze?
A kto zamiecie w komorze?
No, dobrze już. Tym razem
Pozwalam iść wam razem.
To zresztą niedaleko.
W kobiałce jest chleb, jest mleko,
A tu gorące pierogi.
Nie zbaczajcie więc z drogi,
Lećcie szybko jak dwa szczygły,
By pierogi nie wystygły.
Jaś:
Już biegniemy, mamo droga,
Pamiętamy o pierogach!
Każdy ptak nam w lesie śpiewa.
Trala-lala, trala-la.
Małgosia:
Znamy w lesie wszystkie drzewa.
Razem:
Trala-lala, trala-la.
Jaś:
A nazywamy się
Jaś i Małgosia.
Małgosia:
Razem trzymamy się,
Jaś i Małgosia.
Razem:
Borem skradamy się.
Wilkom nie damy się,
Tralala-la!
Jaś:
Spójrz, Małgosiu, jakieś zwierzę!
Małgosia:
Ojej, Jasiu, strach mnie bierze,
Wszak to wilk. Jest pewno zły,
Bo okropnie szczerzy kły.
Uciekajmy.
Jaś:
Wilk jest prędszy,
On po śladach nas wywęszy.
Wilk:
Wilk jest panem w lesie,
A gdy jeść my chce się,
Idzie sobie w lasu głąb,
Żeby znaleźć coś na ząb.
Trzeba szybko jeść -
I cześć!
Oto widzę jadło,
Co mi z nieba spadło.
Idzie jakiś smaczny kęs,
Idzie para świeżych mięs,
Trzeba szybko jeść -
I cześć!
Ruszam prosto na nie,
Będę miał śniadanie,
Chyba to są owce dwie,
Do nich język aż się rwie,
Trzeba szybko jeść -
I cześć!
Nie, to dzieci! Mam więc pecha!
Cóż mi z dzieci za pociecha?
Małgosia:
Patrz, on prosto ku nam zmierza...
Tak się boję tego zwierza,
Uciekajmy!
Wilk:
Ja nie radzę,
Bo choć tu sprawuję władzę,
Choć mi w brzuchu burczy z głodu,
Ale wilki z mego rodu
Tym się szczycą od stuleci,
Że nie krzywdzą małych dzieci.
Jaś i Małgosia:
Dziękujemy ci, wilku, za to.
Wilk:
Jadła wyrzekam się z własną stratą.
Teraz zmiatajcie stąd. Do widzenia!
Już nie drażnijcie mi podniebienia.
Idźcie prosto przez polanę,
A ja o suchym pysku zostanę.
Małgosia:
Lećmy, Jasiu, tędy przez knieję!
Jaś:
Wilk na szczęście pierogów nie je,
A tato lubi je i czeka,
Słyszę już jego głos z daleka.
Drwal:
Zetnę sosnę, sosnę zetnę,
Będą z sosny deski świetne,
Piło, rżnij, siekiero, wal,
Róbcie to, co każe drwal.
Lubię chodzić na wyręby,
Ścinać graby, ścinać dęby,
Piło, rżnij, siekiero, wal,
Róbcie to, co każe drwal!
Gdy spiłuję dąb wiekowy,
Dąb się nada do budowy,
Piło, rżnij, siekiero, wal,
Róbcie to, co każe drwal.
Gdy zawiozę grab do szkoły,
Będą z niego piękne stoły,
Piło, rżnij, siekiero, wal,
Róbcie to, co każe drwal!
Jaś:
Przynieśliśmy, tato, kobiałkę,
Lecz pierogi wystygły już całkiem.
Małgosia:
Pierogi są smaczne, z grzybami,
A te grzyby zbieraliśmy sami.
Drwal:
Co? Pierogi? A to ci dopiero!
Zamachnąłem się właśnie siekierą,
Zostawcie kobiałkę, zjem potem,
Zmykajcie, dzieci, z powrotem,
Bo tu wkoło drzazgi lecą,
A ja popracuję nieco,
Nie mam czasu do stracenia.
Jaś:
Żegnaj, tato!
Małgosia:
Do widzenia!
Drwal:
Wracajcie tą dróżką na wprost.
Małgosia:
Słyszysz, Jasiu? Śpiewa drozd.
Jaś:
Małgosiu, nie drozd, lecz pliszka.
Małgosia:
Popatrz, jaka dziwna szyszka.
Jaś:
Na szyszkę trochę za gładka,
Spójrz, to przecież czekoladka!
Małgosia:
Tu jest irys, tu cukierek!
Jaś:
Ktoś je poukładał w szereg,
Jak w sklepie - taki równiutki.
Małgosia:
Tu znowu leżą ciągutki...
Jaś:
Wyborne...
Małgosia:
I słodkie szalenie.
Jaś:
Trzeba napełnić kieszenie.
Małgosia:
Najeść się też nie zawadzi.
A dokąd ta droga prowadzi?
Bo tam dalej na odmianę,
Widzę krówki rozsypane.
Jaś:
A tu znów inne słodycze!
Jak dużo! Wprost ich nie zliczę!
Marmoladki, czekoladki
Rosną wprost jak leśne kwiatki.
Małgosia:
To ci dopiero przygoda!
Nie zjemy wszystkich, a szkoda!
Jaś:
Stój! Popatrz! Domek z piernika!
Czy to sen? Nie! Domek nie znika.
Gdzie popatrzeć - wszędzie piernik,
Zbudował go chyba cukiernik.
Małgosia:
Zaraz kawałek ułamię...
Pyszny! Trzeba zanieść mamie.
Jaś:
Spójrz, Małgosiu, na tę ścianę...
To pierniki lukrowane,
Małgosia:
A z tej strony nadziewane.
Skosztuj, czy czujesz smak róży?
Jaś:
Ułamiemy kawał duży!
Kiedy mama go dostanie,
Będzie miała używanie.
Narrator:
Dość długo dzieci drwala zbierały łakocie
Ani myśląc o powrocie,
A domkiem z pierników tak były zajęte,
Że dały się wziąć na przynętę.
To właśnie czarownica zła i gniewna srodze
Rozsypała słodycze na drodze.
I w ten sposób zwabiła Jasia i Małgosię.
Czarownicę poznacie po głosie!
Czarownica:
Hola! Cóż to za przybłędy
Mają śmiałość chodzić tędy?
Kto mi domek z pierników objada?
O, to zuchwalstwo nie lada!
Małgosia:
Jasiu, słyszysz? Ładne rzeczy!
Ktoś nam okropnie złorzeczy.
Czarownica:
Jestem groźna czarownica,
Cha-cha!
Zna mnie cała okolica,
Cha-cha!
Kiedy dnieje, kogut pieje,
Ja się śmieję
Ucha-cha!
Mam ja wilka na posługi,
Cha-cha!
Czy to słoty, czy szarugi,
Cha-cha!
Wicher wieje, z nieba leje,
Ja się śmieję
Ucha-cha!
Piernikami dzieci nęcę,
Cha-cha!
Kto tu wszedł, nie wyjdzie więcej.
Cha-cha!
Piec się grzeje, żarem zieje.
Ja się śmieję
Ucha-cha!
Małgosia:
Słyszysz, co ona śpiewa?
Jasiu, Jasiu, będzie krewa!
Czarownica:
Dawno miałam na was chrapkę,
Wpadliście w moją pułapkę!
Droga do mnie wydawała się słodka,
A czy wiece, co teraz was spotka?
Jaś:
Myśleliśmy, że pierniki są dla nas...
Czarownica:
Dobry z ciebie ananas!
Małgosia:
Niepotrzebnie pani się złości,
Myśmy przyszli do pani w gości,
A przecież ludzie w Polsce słyną z gościnności.
Jaś:
Niech nas pani wypuści!
Czarownica:
Wypuścić was? A juści!
Zaraz w szpony was pochwycę
I - poznacie czarownicę!
Małgosia:
Pani tylko tak straszy...
Jaś:
Nauczyciel w szkole naszej
Od dawna uczy nas przecie,
Że czarownic nie ma na świecie.
Czarownica:
Co? Tego uczą was w szkole?
Ja drwić z siebie nie pozwolę!
To zuchwalstwo, daję słowo!
Kim więc jestem? Owcą? Krową?
Czy może po prostu sową?
W mojej szkole jest inaczej,
Kto nie wierzy, ten zobaczy.
Będę trzymać was pod kluczem
I upasę, i utuczę,
Bo nie lubię chuderlaków -
Mięso chude jest bez smaku,
A w dodatku łykowate.
Potem wrzucę na łopatę
I pod blachą wczesnym rankiem
Upiekę was z majerankiem.
Jaś:
Proszę pani, ja nie wierzę!
Nawet wilk, żarłoczne zwierzę,
Choć był głodny, nas oszczędził.
Czarownica:
Wilk ma w lesie dość żołędzi.
To punkt pierwszy. A punkt drugi -
Wilk jest u mnie na posługi.
Kiedy sidła me zastawię,
On już wie, co piszczy w trawie.
Może nawet szpetnie szczeknie,
Lecz mojego łupu nie tknie.
A teraz już skończmy gadanie,
Jako rzekłam, tak się stanie.
Małgosia:
My jesteśmy dziećmi drwala,
Tato jeść nas nie pozwala!
Jaś:
On siekierę ma ze stali
I siekierą mocno wali.
Małgosia:
Ma on także ostrą piłę.
Jeśli pani życie miłe...
Czarownica:
Dość już! Więcej ani słowa!
Klatka dla was jest gotowa.
Wilku, hej! Mój wilku bury,
Do mnie! Wysuń swe pazury,
Pokaż kły zuchwałej parce
I niech skończą się te harce.
Wilk:
Nim zawołasz po raz drugi,
Jestem już na twe usługi.
Jaś:
Ojej, wilk! Był grzeczny, gładki,
Teraz wpycha nas do klatki.
Małgosia:
Wilku, nie drap tak, powoli...
Jaś:
Delikatniej, bo ją boli!
Czy to jest obyczaj wilczy?
Wilk:
Niech kawaler lepiej milczy,
Przykro słuchać tych złorzeczeń.
Ma być pieczeń - będzie pieczeń!
Czarownica:
Ja zabieram klucz od klatki,
A wam daję czekoladki,
Marmoladki i karmelki,
Strucle, ciastka, piernik wielki,
Wór irysów i ciągutek -
Jedzcie! By przyspieszyć skutek,
Sprawiam ucztę. Na tej uczcie
Należycie się utuczcie,
Bo gdy wam przybędzie ciała,
To ja będę ucztowała.
Małgosia:
Pani jest bez serca.
Jaś:
Pani jest ludożerca!
Wilk:
Przykro słuchać tych złorzeczeń.
Ma być pieczeń - będzie pieczeń!
Czarownica:
Ich mowa już mi obrzydła,
Chodźmy, wilku, zastawić sidła,
Pójdziemy przez bór, przez knieję,
Zobaczymy, co tam się dzieje.
Wy zaś, dziatki, jedzcie dużo
I niech wam łakocie służą.
Smażę, warzę smołę w kotle
Cha-cha!
A jak jeżdżę, to na miotle,
Cha-cha!
Trzeszcą knieje, źle się dzieje,
Ja się śmieję
Ucha-cha!
Jaś:
Poszła sobie lasem-borem,
Pewno wróci przed wieczorem,
Słodyczami nas upasie,
No i zje po pewnym czasie.
Małgosia:
Niby ładna, niby młoda,
A taka niedobra. Szkoda!
Jaś:
Trzeba pójść po rozum do głowy,
Posłuchaj, mam plan gotowy:
Zawsze noszę drut przy sobie,
Z drutu różne rzeczy robię,
A tym razem w sposób chytry
Mój drut przerobię na wytrych.
Pomóż mi, bo drut jest grudy,
Przystąpię zaraz do próby.
Krata jest trochę za ścisła...
Małgosia:
Czyżby więc nadzieja prysła?
Jaś:
Rozsuniemy trochę kratę,
Ty ciśnij na tę, ja na tę,
Mocniej, mocniej! Jeszcze ździebko!
Małgosia:
Ty, Jasiu, rękę masz krzepką,
A ja...
Jaś:
Pchaj łokciem, kolanem!
Już teraz się tam dostanę,
Jestem w zamku. Drutem kręcę...
Mam trochę za krótkie ręce...
Małgosia:
Musisz się przecisnąć więcej!
Jaś:
Opór w zamku nieco słabnie...
Małgosia:
Ach, jak ty to robisz zgrabnie,
Majster z ciebie i mądrala,
Znać, że jesteś synem drwala!
Jaś:
Zamek zgrzytnął! Do roboty,
Jeszcze tylko dwa obroty,
Lecz ręka mi już omdlała...
Małgosia:
Będę ją podtrzymywała,
Jasiu, jeszcze chwilka mała!
Jaś:
Wytrych znowu się obraca,
Drut ostatni zatrzask maca,
Wnet skończona będzie praca.
Małgosia:
Z czoła pot ci spływa strugą,
Trzeba wytrwać!
Jaś:
Już niedługo.
Co to? Czy się zamek zatkał?
Nie! To już! Otwarta klatka!
Małgosia:
Znów jesteśmy wolni! Brawo!
Uciekajmy teraz żwawo.
Jaś:
Uciekajmy! Mrok zapada.
Małgosia:
Ciszej! Ktoś ku nam się skrada.
To na pewno czarownica...
Skryjmy się, bo sierp księżyca
Na nas rzuca swoje światło.
Jaś:
Teraz uciec już niełatwo.
Czarownica:
Co to? Klatka jest otwarta?
Gdzie więźniowe? Cóż, do czarta?!
Pewno w kąt się gdzieś zaszyli...
Odezwijcie się w tej chwili!
Prędzej! Nie ma żartów ze mną,
Wnet was znajdę, choć jest ciemno,
Zrewiduję całą klatkę!
Jaś:
Patrz, Małgosiu... Mamy gratkę!
Podkradnijmy się czym prędzej
I zamknijmy w klatce jędzę.
Małgosia:
Ciszej... Skryjmy się za drzewa.
Ty idź z prawa, a ja z lewa,
Cichuteńko, bez szelestu,
Gdzie się podział drut mój?
Małgosia:
Jest tu!
Jaś:
No, to bierzmy się do dzieła,
By nam jędza nie umknęła.
Jeden ruch drucianym prętem...
Hops! I drzwiczki już zamknięte.
Czarownica:
W klatce nie ma ich. A co to?
O, smarkaczu! O, niecnoto!
Mnie uwięzić tak szkaradnie?
Ciężka na was kara spadnie!
Wilku, hej! Mój wilku bury,
Do mnie! Wysuń swe pazury,
Ostre kły i zęby ukaż,
Wilczą paszczą dzieci ukarz!
Wilk:
Jestem, pani czarownico,
Ale tym się właśnie szczycą
Wszystkie wilki z mego rodu,
Że choć kiszki burczą z głodu,
Żaden z nich nie skrzywdzi dzieci -
I tak jest już od stuleci.
Żegnaj! Niech się co chce dzieje,
A ja precz odchodzę, w knieję.
Czarownica:
No to koniec już zabawy!
Chodźcie do mnie bez obawy,
Powiem wam, jak stoją sprawy.
Bardzo lubię zażartować -
I was chciałam wypróbować.
Bajka nasza się nie liczy:
Tu jest fabryka słodyczy,
Za drzewami, z tamtej strony,
Widać szklane pawilony.
A te wszystkie czekoladki,
Marmoladki, raczki, krówki
Spadły dzisiaj z ciężarówki.
Ja pracuję w magazynie,
Odpowiadam, gdy coś zgnie.
Towar ten to rzecz nietania,
A wy właśnie bez pytania
Pozrywaliście pierniki.
Chciałam was ukarać, smyki,
Bo cudzego się nie zjada!
Małgosia:
Więc to była maskarada?
Jaś:
Więc te dziwy się nie dzieją?
Małgosia:
Czarownice nie istnieją?
Czarownica:
O tym wiecie już ze szkoły.
To był tylko żart wesoły.
Na nim bajka jest oparta,
Chyba znacie się na żartach?
Jaś:
No, a chatka piernikowa?
Czarownica:
To produkcja eksportowa
Dla nabywaców z zagranicy,
Zwie się Chatką Czarownicy.
Pakujemy chatki w klatki,
Ładujemy je na statki
I tak właśnie w świat przez Gdynię
Towar nasz na zachód płynie.
Małgosia:
No a wilk, co tu, wśród sosen,
Mówił do nas ludzkim głosem?
Czarownica:
To nie wilk, to pies po prostu,
Lecz większego nieco wzrostu,
Wilczur - mądry, tresowany,
Czy nie znacie tej odmiany?
Jaś:
Lecz on gadał najwyraźniej.
Czarownica:
Chyba w waszej wyobraźni.
Pies nie gada, tylko szczeka,
A on szcekał już z daleka.
Jaś:
Wilk się nam przywidział? Szkoda!
Małgosia:
Piękna była to przygoda...
Jaś:
No to bardzo przepraszamy
Małgosia:
I wracamy już do mamy!
Jaś:
Tato nas na pewno zgani.
Tak nam przykro, proszę pani!
Czarownica:
Powiem wam na pożegnanie,
Żeście dzielni niesłychanie.
Za to każde z was dostanie
Po pudełku czekoladek,
A dla mamy, na wypadek,
Gdyby bardzo się gniewała,
Będzie ciastek torba cała.
Może Jaś by sam je dobrał...
Małgosia:
Pani dla nas taka dobra!
Czarownica:
Moja dobroć was zachwyca?
Przecież jestem czarownica.
Ale o tym - sza - nikomu!
Teraz lećcie już do domu.
Jaś:
Do widzenie!
Czarownica:
Bądzcie zdrowi.
Tędy, prostu ku domowi!
Jaś i Małgosia:
Tak się kończy nasza bajka.
Trala-lala!
Trala-la!
Stara bajka-samograjka.
Trala-lala!
Trala-la!
Bajka nazywa się
Jaś i Małgosia.
Tu już urywa się
Jaś i Małgosia.
Co z bajką łaczy się,
To dobrze kończy się.
Trala-lala,
Trala-lala,
Trala-lala,
Trala-la!
2007-07-30 22:54:20
Jajko
Było sobie raz jajko mądrzejsze od kury.
Kura wyłazi ze skóry,
Prosi, błada, namawia: "BądĄ głupsze!"
Lecz co można poradzić, kiedy ktoś się uprze?
Kura martwi się bardzo i nad jajkiem gdacze,
A ono powiada, że jest kacze.
Kura prosi serdecznie i szczerze:
"Nie trzęś się, bo będziesz nieświeże."
A ono właśnie się trzęsie
I mówi, że jest gęsie.
Kura do niego zwraca się z nauką,
Że jajka łatwo się tłuką,
A ono powiada, że to bajka,
Bo w wapnie trzyma się jajka.
Kura czule namawia: "ChodĄ, to cię wysiedzę."
A ono ucieka za miedzę,
Kładzie się na grządkę pustą
I oświadcza, że będzie kapustą.
Kura powiada: "Nie chodĄ na ulicę,
Bo zrobią z ciebie jajecznicę."
A jajko na to najbezczelniej:
"Na ulicy nie ma patelni."
Kura mówi: "Ostrożnie! To gorąca woda!"
A jajko na to: "Zimna woda! Szkoda!"
Wskoczyłu do ukropu z miną bardzo hardą
I ugotowało się na twardo.
2007-07-30 22:53:11
Kapce
Babka ma dziurawe buty,
A tu idzie mroźny luty -
Trzeba kupić babce
Kapce.
Zgromadziła się rodzina,
Córka, syn i córka syna:
Gdzie tu kupić babce.
Kapce?
Rozważali, rozmyślali,
Nie wie nikt, co robić dalej.
Za co kupić babce
Kapce?
Napisali do kuzyna,
Żeby kuzyn ze Szczecina
Szybko przysłał babce
Kapce.
Kuzyn skąpy był z zasady,
Nie odpisał. Nie ma rady,
Trzeba kupić babce
Kapce.
To dopiero są kłopoty!
Uzbierali dziesięć złotych -
Jak tu kupić babce
Kapce?
Rozmyślali, a czas płynął,
Minął luty, marzec minął,
Czas już kupić babce
Kapce.
Już pieniądze mieli na to,
A tymczasem przyszło lato,
Na co w lecie babce,
Kapce.
Niepotrzebne kapce w lecie.
Za to teraz wszyscy wiece,
Jak kupwać babce
2007-07-30 22:52:18
Kłamczucha
- Proszę pana, proszę pana,
Zaszła u nas wielka zmiana:
Moja starsza siostra Bronka
Zamieniła się w skowronka,
Siedzi cały dzień na buku
I powtwrza "Kuku, kuku!"
- Pomyśl tylko, co ty pleciesz!
To zwyczajne kłamstwo przecież.
- Proszę pana, proszę pana,
Rzecz się stała niesłychana:
Zamiast deszczu, u sąsiada
Dziś padała oranżada,
I w dodatku całkiem sucha.
- Fe, nieładnie! Fe, kłamczucha!
- To nie wszystko, proszę pana!
U stryjenki wczoraj z rana
Abecadło z pieca spadło,
Całą pieczeń z rondla zjadło,
A tymczasem na obiedzie
Miał być lew i dwa niedzwiedzie.
- To dopiero jest kłamczucha!
Proszę pana niech pan słucha!
Po południu na zabawie
Utonęła kaczka w stawie.
Pan nie wierzy? Daję słowo!
Sprowadzono straż ogniową,
Przecedzono wodę sitem,
A co ryb złowiono przy tym!
- Fe, nieładnie! Któż tak kłamie?
Zaraz się poskarżę mamie!
2007-07-30 22:51:30
Dwie gaduły
Ponoć dotąd ziemski padół
Nie znał jeszcze takich gaduł,
Jak dwie panie: Madalińska
Z Gadalińską z miasta Młyńska.
W domu, w sklepie czy na rynku
Językami, tak jak w młynku,
Mielą wciąż bez odpoczynku;
Każda gada - byle długo,
Jedna z drugą i przez drugą,
A gdy zasną, nawet we śnie
Rozmawiają jednocześnie:
O tym, co się z wiatrem dzieje,
Wtedy, kiedy wiatr nie wieje,
Że na poczcie wybuchł pożar,
Że się mydlarz z praczką pożarł,
Że aptekarz dostał pryszczy,
Że sędzinie nos się błyszczy,
Że kokoszka od sąsiadki
Zniosła cztery jajka w kratki,
Że cioteczna spod Piaseczna
Okazała się stryjeczna,
Bo kuzynka z Ciechocinka
Zamiast córki miała synka,
Po czym właśnie znikła z Młyńska
Ciechocińska Madalińska.
Madalińska rada gada,
Gadalińskiej opowiada:
Kto, dlaczego, jak i kogo.
A sąsiedzi spać nie mogą.
Krzyczy piekarz: "Moje panie,
Czas już skończyć to gadanie!"
Doktor także lubi ciszę,
Do milicji skargę pisze.
Przyszła władza, jak to władza,
Upomina i doradza:
"Dość już, pani Madalińska,
Dość już, pani Gadalińska,
Bo wyjadą panie z Młyńska!"
Lecz to dla nich rzecz nienowa,
Niechaj wobec nich się schowa
Cała Rada Narodowa.
Gadalińska rada gada,
Madalińskiej opowiada:
"Mówią w maglu, moja pani,
Że na wiosnę będzie taniej,
A po drugie, że już w lecie
Będzie wojna, a po trzecie,
Że się wszystko jeszcze zmieni,
Jak śnieg spadnie na jesieni."
Tak już siedem lat bez przerwy
Wszystkim w mieście szarpią nerwy
Dwie plotkarki: Gadalińska
Z Madalińską z miasta Młyńska.
2007-07-30 22:50:31
Pomidor
Pan pomidor wlazł na tyczkę
I przedrzeznia ogrodniczkę.
"Jak pan może,
Panie pomidorze?!"
Oburzyło to fasolę:
"A ja panu nie pozwolę!
Jak pan może,
Panie pomidorze?!"
Groch zzieleniał aż ze złości:
"Że też nie wstyd jest waszmości,
Jak pan może,
Panie pomidorze?!"
Rzepa także go zagadnie:
"Fe! Niedobrze! Fe! Nieładnie!
Jak pan może,
Panie pomidorze?!"
Rozgniewały się warzywa:
"Pan już trochę nadużywa.
Jak pan może,
Panie pomidorze?!"
Pan pomidor zawstydzony,
Cały zrobił się czerwony
I spadł wprost ze swojej tyczki
Do koszyczka ogrodniczki.
2007-07-30 22:47:21
Grzebień i szczotka
Jurek bardzo był niedbały,
Aż się ciotki zamartwiały,
Aż ze złości ciotki chudły:
"Masz nie włosy, tylko kudły,
Potargane, rozczochrane,
To są rzeczy niesłychane!
Raz się uczesz, raz przynajmniej,
Dużo czasu to nie zajmie,
Masz tu szczotkę, masz tu grzebień,
Musisz zacząć dbać o siebie."
Grzebień zęby szczerzy,
A szczotka się jeży:
"Czesz się, Jerzy, jak należy,
Czesz się, Jerzy, jak należy!"
Poszedł Jurek raz przy święcie
Do kolegów na przyjęcie,
Oczywiście - nieczesany,
Potargany, rozczochrany,
Dzwoni - chciałby wejść do środka -
Patrzy: grzebień, patrzy: szczotka!
Grzebień zęby szczerzy,
A szczotka się jeży:
"Czesz się, Jerzy, jak należy,
Czesz się, Jerzy, jak należy!"
2007-07-30 22:46:46
Entliczek-pentliczek
Entliczek-pentliczek, czerwony stoliczek,
A na tym stoliczku pleciony koszyczek,
W koszyczku jabłuszko, w jabłuszku robaczek,
A na tym robaczku zielony kubraczek.
Powiada robaczek: "I dziadek, i babka,
I ojciec, i matka jadali wciąż jabłka,
A ja już nie mogę! Już dosyć! Już basta!
Mam chęć na befsztyczek!" I poszedł do miasta.
Szedł tydzień, a jednak nie zmienił zamiaru,
Gdy znalazł się w mieście, poleciał do baru.
Są w barach - wiadomo - zwyczaje utarte:
Podchodzi doń kelner, podaje mu kartę,
A w karcie - okropność! - przyznacie to sami:
Jest zupa jabłkowa i knedle z jabłkami,
Duszone są jabłka, pieczone są jabłka
I z jabłek szarlotka, i kompot, i babka!
No, widzisz, robaczku! I gdzie twój befsztyczek?
Entliczek-pentliczek, czerwony stoliczek.
2007-07-30 22:45:41
Żaba
Pewna żaba
Była słaba
Więc przychodzi do doktora
I powiada, że jest chora.
Doktor włożył okulary,
Bo już był cokolwiek stary,
Potem ją dokładnie zbadał,
No, i wreszcie tak powiada:
Pani zanadto się poci,
Niech pani unika wilgoci,
Niech pani się czasem nie kąpie,
Niech pani nie siada przy pompie,
Niech pani deszczu unika,
Niech pani nie pływa w strumykach,
Niech pani wody nie pija,
Niech pani kałuże omija,
Niech pani nie myje sie z rana,
Niech pani, pani kochana,
Na siebie chucha i dmucha,
Bo pani musi być sucha!
Wraca żaba od doktora,
Myśli sobie: Jestem chora,
A doktora chora słucha,
Mam być sucha - będę sucha!
Leczyła się żaba, leczyła,
Suszyła się długo, suszyła,
Aż wyschła tak, że po troszku
Została z niej garstka proszku.
A doktor drapie się w ucho:
Nie uszło jej to na sucho!
2007-07-30 22:44:26
Dwa koguty
W Lututowie pod Sieradzem
(Zresztą wieść tę sprawdzić radzę)
Żyły niegdyś dwa koguty,
Dwa koguty-kałakuty.
Każdy pięknie był obuty
I na obie nogi kuty,
Każdy miał ostrogę złotą,
Miał ostrogę właśnie po to,
By ją mieć, gdy szedł piechotą.
Cóż to były za koguty!
Każdy z nich miał grzebień suty,
Każdy piał co do minuty,
Trząsł grzebieniem. Gdy zaś ucichł,
Wracał do swych spraw kogucich.
Lecz rozumu dwa koguty
Miały mało - ze dwa łuty,
Zresztą, miały czy nie miały,
Nadzwyczajnie pięknie piały,
Aż się panny zachwycały,
Gdy na różne piały nuty
Dwa koguty-bałamuty.
Szły koguty ulicami
Pobrzękując ostrogami,
Bardzo godnie, bardzo zgodnie,
W pas kłaniali się przechodnie,
Każdy ich się bał, rzecz prosta,
Nawet burmistrz i starosta,
Nawet wszelka inna władza
Ze Złoczewa i z Sieradza.
A już jeśli o tym mowa,
Straż ogniowa z Lututowa,
Chociaż była pełna buty,
Drżała widząc dwa koguty,
Dwa koguty-kałakuty.
Miała straż orkiestrę dętą,
Która grała w każde święto
Niezależnie od pogody,
Lecz kapelmistsz, choć niemłody,
Nie śmiał podnieść swej batuty,
Kiedy piały dwa koguty.
Miały taki plan uknuty
Dwa koguty-kałakuty,
Że na wiosnę oraz w lecie
Sprawowały straż w powiecie.
Więc na targach i jarmarkach
Próbowały mleko w garnkach,
Skoro świt budziły ludzi,
A kto w porę się nie zbudził,
Ten miał cały dzień zatruty,
Tak mu piały dwa koguty.
Już o siódmej głośne pianie
Zwoływało na śniadanie,
Ściśle kwadrans przed dwunastą
Jadło obiad całe miasto,
Potem znów koguty piały
Dając pianiem tym sygnały,
By się sklepy zamykały.
A wieczorem o dziewiątej
Rozbrzmiewały wszystkie kąty
Powtarzanym wprost bez liku:
Kukuryku! Kukuryku!
I natychmiast cała dziatwa
Spać się kładła gasząc światła.
Dużo lat koguty piały,
Piejąc władzę sprawowały.
Aż któregoś piątku z rana
Zaszła rzecz niespodziewana:
Jeden z miejskich szałaputów
Był niegrzeczny dla kogutów.
"Cóż to - wołał - za zwyczaje,
Że mi drób na drodze staje?
Ja kogutów nie uznaję,
Ja mam każdy dzień zatruty
Przez koguty-kałakuty!"
Rozgniewały się koguty,
Podciągnęły tylko buty,
Jeden śmiałka kopnął w nogę,
Drugi w łydkę wbił ostrogę,
I walczyły z nim dopóty
Dwa koguty-kałakuty,
Aż pobity i pokłuty
Uciekł w pole klnąc koguty.
Ale im poprzysięgł zemstę,
Więc się zaszył w krzaki gęste,
A że był to sam Boruta,
Znał się dobrze na kogutach.
W czas jesiennych, złych niepogód
Szedł na spacer jeden kogut,
A gdy miał już dość szarugi,
Szedł na spacer kogut drugi.
Więc Boruta raz wieczoram
Za drzewami stanął z worem,
A gdy kogut szedł, Boruta
Wór narzucił na koguta
I przydeptał jeszcze butem,
Po czym wór zawiązał drutem.
Gdy się drugi kogut zjawił,
Z nim tak samo się rozprawił,
I ten drugi wór w kogutem
Też zakręcił mocno drutem.
Mruknął: "To mi się podoba!"
Wziął na plecy worki oba
I do Łodzi, na Bałuty
Zaniósł w workach dwa koguty,
Dwa koguty-kałakuty.
Tam na targu się wychytrzył
I jak drób najpospolitszy
Sprzedał je handlarzom z Łaska,
Którzy dali, ile łaska.
Ot, i koniec. A Lututów
Wnet podupadł bez kogutów.
Odtąd nikt nie wstawał w porę,
Obiad jadło się wieczorem,
Straż o cały dzień bez mała
Do pożaru się spóźniała,
Nawet mleko na odmianę
Było stale fałszowane.
Odtąd z rzadka w Lututowie
O kogutach ktoś opowie:
"Były sobie dwa koguty,
Dwa koguty-kałakuty..."
2007-07-30 22:42:49
Globus
W szkole
Na stole
Stał globus -
Wielkości arbuza.
Aż tu naraz jakiś łobuz
Nabił mu guza.
Z tego wynikła
Historia całkiem niezwykła:
Siedlce wpadły do Krakowa,
Kraków zmienił się w jezioro,
Nowy Targ za San się schował,
A San urósł w górę sporą.
Tatry, nagle wywrócone,
Okazały się w dolinie,
Wieprz popłynął w inną stronę
I zawadził aż o Gdynię.
Tam gdzie wpierw płynęła Wisła,
Wyskoczyła wielka góra,
Rzeka Bzura całkiem prysła,
A powstała góra Bzura.
Stary Giewont zląkł się wielce
I przykucnął pod parkanem,
Każdy myślał, że to Kielce,
A to było Zakopane.
Łódź pobiegła pod Opole
W jakichś bardzo ważnych sprawach -
Tylko nikt nie wiedział w szkole,
Gdzie podziała się Warszawa.
Nie było jej na Śląsku ani w Poznańskim,
Ani na Pomorzu, ani pod Gdańskiem,
Ani na Ziemiach Zachodnich,
Ani na północ od nich,
Ani blisko, ani daleko,
Ani nad żadną rzeką,
Ani nad żadnym z mórz.
Po prostu przepadła - i już!
Trzeba prędko oddać globus do naprawy,
Bo nie może Polska istnieć bez Warszawy!
2007-07-30 22:42:01
Indyk
Szedł indyk ulicą Wolską.
"Czy umie pan mówić po polsku?"
"Nie umiem." "A po jakiemu?"
"Po indyczemu,
A jeszcze po gęsiemu, po kaczemu i po kurzemu."
"A czemu pan jest taki srogi?"
"Bo chodzę po ulicy i mokną mi nogi."
"A ile pan ma nóg?"
"Miałbym cztery, gdybym mógł,
Ale że czterech nie mam,
Więc zadowalam się dwiema."
"A gdzie pan ma swoje kalosze?"
"Ja kaloszy w ogóle nie noszę."
"A może mieszkania pan nie ma?"
"Owszem, mam. Na ulicy Bema."
"A wysoko mieszka pan indyk?"
"Na piątym piętrze, bez windy."
"Tak wysoko? Mój Boże,
Toteż pewno pan zdążyć na obiad nie może?"
"No właśnie! A w domu zamieszanie,
Wszyscy zaczynają narzekać,
Towarzystwo do stołu zasiadło..."
"A czy muszą na pana czekać?"
"Cóż za pytanie:
Przecież nie ja będę jadł, tylko się mnie będzie jadło."