Wszystko o mnie

Strona użytkownika magdagb

Ilość wyświetleń strony: 74423


Imię: Magdalena
Data imienin: 22 lipca
Data urodzin: 25 lipca

Prosiłyscie o moje zdjecie :)) Więc to jest moje zdjęcie z przed 3 lat. Zrobie ładniejsze i nowsze to wstawie obiecuje :)








Lubie..... może lepiej powiem czego nie lubie :) A wiec nie lubie... kotów i muzyki techno.










ALLEGRO MOJE AUKCJE



Wpisy:

2016-05-25 08:56:12
Monte Balance
Przeszczesliwa dzisiaj jestem :)
Znow mamy okazje przetestowac nowy smakolyk, tym razem jest to przepyszny lekki mleczno orzechowy deser MONTE BALANCE.

Deserki sa pakowane po 6 pojemniczkow w blistrze, moj synek peka z radosci i juz zaprosil sobie na weekend gosci na degustacje :)





2015-09-24 08:25:41
monte snack
kochani moi biore udzial w projekcie MONTE SNACK pyszne mleczne kanapki (orzechowo-czekoladowe) przecudowne. Otrzymalam je w zeszlym tygodniu a w sobote bylo przyjecie u najlepszego przyjaciela mojego syna ale dzieciaki byly szczesliwe z tych kanapek. Zabralismy ze soba wszystkie i prawie cala rozmowa rodzicow w czasie imprezy toczyla sie na temat tych wlasnie mlecznych kanapek. Bylo cudownie. Chcialam wam dolaczyc zdjecie ale niestety pokazuje mi ze jest za duzy rozmiar.

2011-07-03 21:15:52





2011-07-03 21:06:13





2011-07-03 20:42:08





2009-09-14 13:26:50
zapraszam do grona moich znajomych na co kupić :)
https://cokupic.pl/zaproszenie/magdagb

2009-08-22 13:12:33





2009-08-22 13:12:17
moje kochane Dźwirzyno





2009-08-22 13:11:52
moje kochane Dźwirzyno





2009-08-22 13:11:12
Dźwirzyno
Dźwirzyno (do 1945 r. niem. Kolberger Deep) – wieś sołecka w północno-zachodniej Polsce, w województwie zachodniopomorskim, w powiecie kołobrzeskim, w gminie Kołobrzeg. Miejscowość położona jest nad Morzem Bałtyckim, na Pobrzeżu Szczecińskim oraz nad jeziorem Resko Przymorskie. Według danych z 30 czerwca 2009 wieś miała 699 stałych mieszkańców.

Dźwirzyno to miejscowość wypoczynkowa posiadająca rozbudowaną bazą wypoczynkowo-turystyczną. Dogodne położenie nad morzem i jeziorze Resko Przymorskie sprawia, że oprócz wypoczynku na plaży można tu także wędkować, obserwować przyrodę i uprawiać sporty wodne.

Dźwirzyno (przy współrzędnych 54°09'25″N 15°23'45″E / 54.15694, 15.39583) leży w środkowej części wybrzeża woj. zachodniopomorskiego, w północno-zachodniej części powiatu kołobrzeskiego. Miejscowość położona jest nad Morzem Bałtyckiem, na północno-wschodnim brzegu jeziora Resko Przymorskie. Dźwirzyno leży nad rzeką Starą Błotnicą. Dźwirzyno znajduje się na Wybrzeżu Trzebiatowskim – jednym z mezoregionów Pobrzeża Szczecińskiego. Wieś jest położona ok. 10 km na zachód od Kołobrzegu.





2009-08-22 13:05:34

Teraz okres Wakacji a ja zawsze w wakacje myślę o Dźwirzynie moje ukochane nadmorskie miasteczko. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś będę mogła tam pojechać





2009-06-18 13:37:46





2009-06-18 13:35:55





2009-06-18 13:34:23





2009-06-18 13:32:48

A to grill (SMEREK)





2009-06-18 13:30:50





2009-06-18 13:29:05
No i dalej





2009-06-18 13:26:13
A to inny wypad
Również Bieszczady





2009-06-18 13:20:58
A to nasze letnie wypady
Bieszczdy





2009-06-18 13:17:46





2009-06-18 13:14:28
zakończenie roku :)





2009-05-07 13:39:02
prosze o głosy :) ODCHUDZAM SIĘ
http://vitalia.pl/index.php/mid/67/fid/936/diety/odchudzanie/sid/3156

2009-02-19 19:39:36

grubas na co dzień



2008-11-25 12:53:15
Troche o tradycji św Bożego Narozdenia
Święto Bożego Narodzenia ma bardzo uroczysty charakter. Jest przeżywane, zwłaszcza w Narodzie Polskim, jako święto rodzinne. Zaznacza się to najbardziej w przeżywaniu Wieczoru Wigilijnego. Niemal w każdym domu ubiera się choinkę. Jest ona chrześcijańskim symbolem drzewa rajskiego. Przez swoją żywość i zieleń zachowywaną nawet w zimie staje się symbolem Chrystusa jako „drzewa życia’’, a przez przyozdabianie jej świecami lub lampkami elektrycznymi, symbolizuje Chrystusa „światłość świata". Pod choinką ustawia się często żłóbek, dla upamiętnienia narodzenia Pana Jezusa w Betlejem.

Najważniejszym wydarzeniem Wieczoru Wigilijnego, jest dzielenie się opłatkiem.Ten prosty zwyczaj wypełniony jest wieloma znaczeniami.Do jednego stołu zasiadają razem pogodzeni lub szukający zgody. Dzieląc się opłatkiem składamy sobie życzenia: dobra duchowego i materialnego. Dobro materialne symbolizuje materia opłatka - chleb. Oby go nam i naszym bliźnim nigdy nie zabrakło, obyśmy umieli dzielić go z potrzebującymi!.Opłatek Wigilijny jest dla chrześcijanina nawiązaniem do potrzeby spożywania Chleba biblijnego, z którym utożsamił się Chrystus.Fakt dzielenia się chlebem w postaci opłatka był znany od początków Kościoła. Nie miał on jednak żadnego związku z okresem Bożego Narodzenia.Najstarsze informacje mówiące o tym zwyczaju w polskich rodzinach pochodzą z końca XVIII wieku.W starożytności chrześcijańskiej, znano, bowiem zwyczaj błogosławienia chleba i spożywania go jako rodzaju komunii duchowej,wierni uczestniczący w Mszy Świętej składali na ofiarę chleb.Był on w części przeznaczony do konsekracji i rozdzielany jako Komunia święta. Drugą część błogosławiono przy Mszy świętej i rozdzielano wiernym do spożycia. Ten błogosławiony chleb, często zabierano do domów dla podzielenia się z tymi, którzy nie mogli uczestniczyć w Mszy św. Z upływem czasu zwyczaj ten uległ zapomnieniu, gdyż nie przynoszono już chleba na ofiarę w Mszy świętej.W średniowieczu pojawił się rodzaj pieczywa, którego forma przypomina dzisiejsze opłatki. W tej zmienionej postaci przetrwał na Ziemiach Polskich.Słowo Adwent oznacza po polsku:przychodzę, przybywam,ukazuję się.Od początku chrześcijaństwa odnoszono te znaczenia do Narodzenia Mesjasza, Chrystusa Jezusa.W okresie Adwentu, kapłani przekazywali wiernym specjalnie przygotowany i błogosławiony chleb–opłatek, którym dzielono się podczas Wieczerzy Wigilijnej.Gdy Polska utraciła byt państwowy po rozbiorach, ostoją dla życia narodowego, stało się życie religijne w Kościele katolickim.Częste w owym czasie rozdzielenie rodzin, spowodowane zesłaniami na Sybir, po powstaniach narodowych oraz wymuszoną emigracją sprawiło, że na święta Bożego Narodzenia wraz z innymi prezentami, przysyłano sobie opłatek. Stał się on w ten sposób symbolem Świąt,a dzielenie się nim było wyrazem uczuć,przyjaźni i życzliwości. Na uwagę zasługuje fakt, iż nazwa miejscowości Betlejem oznacza-„Dom chleba”. Stąd dodatkowy aspekt symboliczny opłatka, jako znaku Jezusa Chrystusa i Jego ziemskiego narodzenia.



2008-11-25 12:37:30
Mikołaj współcześnie
Według popularnej miejskiej legendy, obecny wizerunek – czerwony płaszcz i czapka – został opracowany w 1930 roku na zlecenie koncernu Coca-Cola przez amerykańskiego artystę, Freda Mizena, jednak pierwsze wizerunki Mikołaja w tym stroju pojawiły się już w latach 20., kilka lat zanim został użyty w reklamie napoju. Na pewno jednak reklama ta pomogła utrwalić w powszechnej świadomości ten kostium świętego. Rok później nowy wizerunek św. Mikołaja przygotował, także na zlecenie Coca-Coli, Huddon Sundblom.

Współcześnie, ze względów komercyjnych, wizerunek św. Mikołaja jest używany przez handlowców, a okres wręczania prezentów rozciągnął się od imienin Mikołaja do Nowego Roku. Jako postać reklamowa Mikołaj jest popularny w okresie świątecznym także w krajach Azji (mimo niewielkiej liczby mieszkających tam chrześcijan), dokąd trafił z USA. Towarzyszy kończącym rok handlowym promocjom nawet w Chinach, gdzie jest znany jako Staruszek Bożonarodzeniowy



2008-11-25 12:35:02
Co mówi o świętym Mikołaju Wikipedia
Święty Mikołaj (ang. Santa Claus, Father Christmas) – baśniowa postać starszego mężczyzny z brodą ubranego w czerwony strój, który wedle legendy w okresie świąt Bożego Narodzenia rozwozi dzieciom prezenty saniami ciągniętymi przez zaprzęg reniferów. Według różnych wersji zamieszkuje wraz z grupą elfów Laponię, i biegun północny.

Obecnie powszechna forma tej postaci wywodzi się z kultury brytyjskiej i amerykańskiej, gdzie jest jedną z atrakcji bożonarodzeniowych. W tradycji bizantyjskiej jego odpowiednikiem jest Święty Bazyli, który obdarowuje prezentami dzieci w dniu 1 stycznia. W Rosji i krajach ościennych popularny jest Dziadek Mróz (ros Дед Мороз) i Śnieżynka (ros. Снегурочка). Natomiast w Polsce, podobnie jak w większej części Europy dzień Świętego Mikołaja obchodzony jest tradycyjnie 6 grudnia jako wspomnienie świętego Mikołaja, biskupa Miry. Rankiem tego dnia dzieci, które przez cały mijający rok były grzeczne, znajdują drobne upominki, ukryte pod poduszką, w buciku lub w innym specjalnie przygotowanym w tym celu miejscu (np. w skarpecie).

Na skutek przenikania do europejskiej tradycji elementów kultury anglosaskiej (w szczególności amerykańskiej) także w Europie Święty Mikołaj utożsamiany jest coraz częściej z Bożym Narodzeniem i świątecznymi prezentami. Ze względu na sympatię, jaką jest darzony, postać Świętego Mikołaja stała się nieodłącznym elementem przedświątecznych promocji handlowych. Można go spotkać na ulicach miast, a także w każdym centrum handlowym, już od połowy listopada do końca grudnia. Dzięki sprawnej promocji praktycznie zastąpił on w świadomości wielu osób tradycyjny wizerunek świętego Mikołaja biskupa.

2008-11-25 12:28:31
Gdzie Jak
W Polsce
W wigilię dzieci wypatrują na niebie pierwszej gwiazdki. Kiedy ją zobaczą, cała rodzina zasiada do uroczystej wieczerzy. Na pamiatkę narodzenia Jezusa w stajence kładzie się pod obruz sianko. Na stole stawia się zawsze jedno nakrycie więcej dla niespodziewanego gościa. Przed kolacją wszyscy dzielą się opłatkiem i składają sobie życzenia, zapominając o wcześniejszych kłótniach i nieporozumieniach. Jest to bardzo wzruszająca chwila. W polskiej tradycji przygotowania Bożego Narodzenia rozpoczynają się adwentem. Okres świąt kończy się 6 stycznia, w dniu Trzech Króli. W czasie świąt dzieci przebrane za diabły, anioły, pasterzy obchodzą domy i śpiewają kolędy. Dostają za to drobne pieniądze i słodycze. Jeśli jest dużo śniegu, można urządzić wspaniały kulig z pieczeniem kiełbasek na ognisku i śpiewami.
Na Słowacji
Na Słowacji święty Mikołaj z przebierańcami w maskach przegania z domów śmierć. Ma on wygląd przerażającego upiora z kosą w ręku. W czasie adwentu najmilszym dniem dla dzieci jest 6 grudnia. Czyszczą one swoje buty i stawiają je na parapecie okna, aby otrzymać prezent od Świętego Mikołaja. W wielu rodzinach urządza sie dzieciom małe święto. Dorośli przychodzą przebrani za świętego Mikołaja, diabła i anioła i podczas gdy dzieci śpiewają, wręczają im prezenty. Między Bożym Narodzeniem a dniem Trzech Króli wypada "dwanaście świętych dni". W tym czasie ludzie przebierają się i tańczą przy muzyce, podtrzymując dawne ludowe zwyczaje związane z bliskim końcem zimy.
W Austrii
Święty Mikołaj przychodzi w towarzystwie diabłów, czyli Krampusów. Są to przebierańcy, którzy straszą nieposłuszne dzieci. Boże Narodzenie jest tu najważniejszym świętem w roku. Wszyscy starają się je spędzić z rodziną. Wieczorem 24 grudnia zamyka się restauracje, kina i teatry. Trwają ostatnie przygotowania do świąt. W adwencie zapala się świece. W pierwszą niedzielę jedną, w drugą dwie... Na placach wielu miast i wsi stoją ogromne choinki. 24 grudnia na ulicę wychodzą tłumy dzieci, często w towarzystwie babci czy dziadka. Rodzice zajmują sie wtedy przystrajaniem drzewka, które do tej pory czekało ukryte na strych lub w piwnicy. W stolicy Austrii Wiedniu, w parku niedaleko ratusza przez cały grudzień panuje nastrój święta i zabawy. Pośród bajkowych dekoracji stoją pięknie ozdobione drzewa.

2008-11-25 12:18:12

ŚWIĘTY MIKOŁAJ jest znany na całym świecie.
W Anglii jest nazywany Father Christmas, w USA Santa Claus, we Włoszech Babbo Natale,
w Niemczech - Heilige Nicolaus.
Z czasem święty Mikołaj zmienil swoj wygląd. Kiedy Holendrzy osiedlili się w USA
nazwa Siter Klaas zmienila sie na Santa Claus.W Ameryce Święty Mikołaj przybrał postać pyzatego dziadka o czerwonych policzkach i długiej białej brodzie podróżującego saniami w zaprzegu reniferow.
Mikołaj był szlachetnym biskupem. Legendy mówią, że potrafił czynić cuda.
Najsłynniejsza z nich opowiada o trójce dzieci, które zły drwal zabił i ukrył w beczce.
Mikołaj przywrócił dzieci do życia i obsypał je prezentami.



2008-11-25 12:16:51
Co my wiemy o świętym Mikołaju?
6 grudnia - jak dobrze wiecie,
Święty Mikołaj chodzi po świecie.
Dźwiga swój worek niezmordowanie
I każde dziecko prezent dostanie.

Dla Asi ma piłkę, dla Bartka - sanki
i figurówki dla Zuzanki.
Kasi ksiązeczke da z obrazkami
i lalke Barbie z ubrankami.
Dla Krzysia ma czapkę i rękawiczki,
Bliźniaczką z Kocka da dwa szaliczki.
Jasiowi puzzle, drewniane klocki,
Mateuszowi - wóz strazacki.
a dla Jędrusia z Zakopanego
Ma narty i piękne klocki lego.

A kiedy rozda juz prezenty,
Wraca do nieba uśmiechniety.
Choć może czasem przykro świetemu,
Ze nikt prezentów nie daje jemu.
Halina Szal





2008-11-25 12:14:57
Juz tuż tuż zima, swięta, mróz
Poddaje już świąteczny nasrtój gdyż do świat już tylko miesiąc a do mikołajek 2 tygodnie :)

CZAS UCIEKA



2008-10-27 20:53:18
BARDZO PROSIMY O GŁOSY MOŻNA GŁOSOWAĆ RAZ DZIENNIE :*
http://www.bebiko.com.pl/#/galeria/893510fec7bd5bd799d0ee66bf551c8d

2008-07-09 22:36:24





2008-07-09 22:35:55





2008-07-09 22:35:22





2008-07-07 08:39:32
nowy wygląd mojego synka



2008-06-17 19:41:15

sprzedam jeszcze swoje butynie uzywane ani raz bo tesciowa kupila mi na obcasie a ja niestety przez ten moj kregosup nie moge chodzic w butach na obcasie wiec sprzedaje rozmiar 36. Kosztowały 75zł ale opuscic moge



2008-06-17 19:36:34

moze chcecie kupić sliczne japoneczki? u mnie znalazlam sklep do likwidacjii i facet ma super japoneczki w roznych kolorach i rozmiarach moze wam kupic i wyslac? naprawde okazja jedne za 32zł a te 2 za 38.
Oba fasony ma w kolorach
-złoty,
-srebrny
-czarny
-biały





2008-04-16 20:05:22

jedne





2008-03-27 21:01:47

2008-03-22 19:32:56





2008-01-27 13:26:40
grajcie i wygrywajcie :)

<a href="http://www.jungle.com.pl/login.php?cmd=register&ref=magdagb" target="_blank">Jungle.com.pl</a>

2007-12-03 07:27:04
ślub



to kilka zdjec z przed kilku lat z mojego ślubu





2007-11-23 21:07:46

2007-11-23 21:04:54

2007-11-23 20:56:28

2007-11-23 20:23:38



A to jest jedyny w swwoim rodzaju wampir :)



2007-11-23 20:22:32



Wąż


NETOPEREK :)))





2007-11-23 20:21:36




Kolejna porcja zwierzyńca





2007-11-23 20:20:00

KUCYK

MAłPECZKI





2007-11-23 20:19:40





2007-11-23 20:19:12

A teraz kilka zdjęc z zoo Krakowskiego


HIPCIE





2007-11-23 20:18:30



A tu Bartuś z wózkiem który dostaliśmy od Samaramao :)



2007-11-23 20:17:40





2007-11-23 20:17:00





2007-11-23 20:16:25





2007-11-23 20:15:31
Kraków Wakacje
Już dawno po wakacjach ale ja wkleje kilka zdjec z zimniejszego okresu wakackii:) Bartuś w krakowie





2007-11-17 19:39:37

Dziewczyny sprzedam 2 biustonosze nowe
ROZMIAR: 75 B

BIUSTONOSZE POSIADAJĄ -regulowane odpinane ramiączka ,trójstopniowa regulacja obwody oraz fiszbiny

CZARNY posiada złotobiałe aplikacje w obwodzie i prześliczne złotobrązowe wykończenia koronki.

ramiączka sa od wewnętrznej strony pokryte miekką aksamitną tkaniną podobnie jak wewnętrzne wykonczenie miseczek

BIAŁY poziada srebrnoszare aplikacje w obwodzie, wykonczony jest sliczną miękką koronką


Cene uzgodnimy





2007-09-20 11:37:18





2007-09-20 11:36:53





2007-09-20 11:36:34





2007-09-20 11:36:13





2007-09-20 11:25:43





2007-09-20 10:00:41
sierpień


Wypad do Leska na lody





2007-09-03 07:06:27
Tort rozbiony na roczek mojej bratanicy





2007-08-05 17:45:35
Różyczka


Niestety jest gorzej niż myślałam :( mój synek nie ma różyczki tylko...... No właśnie co on ma.....??? Nikt nie wie na pogotowiu powiedziała lekarka, że to różyczka a teraz w szpitalu pediatra powiedziała ze to na pewno choroba zakaźna ale nie jest to różyczka :(

2007-08-05 10:55:43
Różyczka

Mój synek ma rózyczke własnie wrócilismy z pogotowia





2007-07-31 23:15:54

Mrówka




Wół

Miał odwieźć do szkoły stół.



Powiada do osła: Na wieś

Stół ten do szkoły zawieź.



Osioł pomyślał: O, źle!

I rzecze do kozła: Koźle,



Odwieź ten stół, bardzo proszę,

Dostaniesz za to trzy grosze.



Zawołał kozioł barana:

Odwieź ten stół jutro z rana.



Baran był na podwórku,

Do psa więc powiada: Burku,



Odwieź, bo mnie nie ochota!

Pies wezwał do siebie kota



I warknął: Kocie-ladaco,

Ty zająć się masz tą pracą!



Kot stołu wieźć nie zamierza,

Przywołał w tym celu jeża.



Jeż myśli: Gdzie stół, gdzie szkoła?

Więc szczura do siebie woła



I mówi: Do pracy, szczurze,

Stół odwieź szybko, a nuże!



Szczur chciał się myszą wyręczyć,

Lecz mysz nie lubi się męczyć,



Więc rzecze do żaby: Żabo,

Stół odwieź, bo mnie jest słabo.



Żaba jaszczurkę zoczyła:

Jaszczurko, bądź taka miła,



Najmocniej proszę cię, zawieź

Stół ten do szkoły na wieś.



Jaszczurka w pobliskich gąszczach

Zdołała dostrzec chrabąszcza:



Stół odwieź, chrabąszczu drogi,

Bo bardzo bolą mnie nogi.



Lecz chrabąszcz to okaz lenia,

Powiada więc od niechcenia:



Wiesz, mucho, zamiast tak brzęczeć

Mogłabyś mnie wyręczyć.



Mucha do mrówki powiada:

Jest to okazja nie lada,



Stół trzeba odwieźć do szkoły.

Ty lubisz takie mozoły.



Mrówka,

Nie mówiąc nikomu ani słówka,

Chociaż nie była zbyt rosła,

Wzięła stół i do szkoły zaniosła

2007-07-31 23:13:14



Mleko




- Co się stało, co się stało?

- Gwałtu, mleko wyleciało!



Przeraziła się kucharka,

Wyleciało mleko z garnka



I jak białe prześcieradło

Na patelni wierzchem siadło.



Jęło fruwać pod sufitem,

Przyśpiewując sobie przy tym:



- Dobre mleczko, smaczne mleczko,

Nie dla ciebie, kochaneczko!



Rozgniewała się kucharka

I na mleko głośno sarka:



- Któż to słyszał, żeby mleko

Wyleciało tak daleko?



Zsiądź z patelni, zsiądź już prędzej,

Bo na zawsze cię przepędzę!



Na te słowa mleko zbladło,

Przestraszyło się i zsiadło.



Chodźcie do nas. Zjedzcie z nami

Zsiadłe mleko z ziemniakami.

2007-07-31 23:09:27

Rak




Na półmisku leży rak,

A półmisek mówi tak:



Cóż to właściwie znaczy,

Panie raku?

Pan wcale mówić nie raczy,

Panie raku,

Panjest cały czerwony jak rak,

Panie raku,

Jakżeż można zaperzać się tak,

Panie raku?

Pan jest okropnie zagniewany,

Panie raku,

Pan jest w gorącej wodzie kąpany,

Panie raku!

2007-07-31 23:08:38

Pan Szczuka




Żył pan Szczuka pod Olkuszem.

Łowił ryby kapeluszem,

Straszył jeże, muchy łapał,

Wreszcie popadł w taki zapał,

Że gdy zima w polu słabła,

Na przynętę schwytał diabła.

A rozpoznał go po pysku,

A przydybał na ściernisku.



Był ubrany diabeł modnie:

Tabaczkowe nosił spodnie,

Kusy fraczek granatowy,

Zapinany do połowy,

Kamizelkę, krawat nowy,

A na samym czubku głowy

Cylinderek ciemnoszary

I rogowe okulary.



Miał do tego bródkę krótką

I gdy mówił, trząsł tą bródką.

Był pan Szczuka bardzo srogi,

Więc do diabła rzekł: "Do nogi!"

Wyjął smycz ze skóry byczej.

I uwiązał go na smyczy.



Diabeł buczał, diabeł mruczał,

A pan Szczuka mu dokuczał:

To go w plecy trącił nogą,

To nadepnął mu na ogon,

To przez ramię go przewiesił,

Aż się bies ze złości biesił.



"Co pan robi panie Szczuka?

Czy pan zwady z piekłem szuka?"

Lecz pan Szczuka ani pisnął,

Tylko mocniej smycz zacisnął,

Aż burczała w diable dusza,

I tak szedł z nim do Olkusza.



Diabeł wścieka się i krztusi:

"Panie Szczuka, pan mnie dusi,

Niech pan w głowę się popuka,

Niech pan puści, panie Szczuka!"



Lecz pan Szczuka słuchać nie chce,

Diabła dręczy, drażni, łechce,

Wreszcie rzecze: "Zamilcz, biesie,

Bo wystraszysz pliszki w lesie!"



Zaczął diabeł z innej beczki:

Panie Szczuka, dość tej sprzeczki,

Ja do piekła wracać muszę,

Niech pan puści, bo się duszę,

Oddam panu moją duszę,

Tylko niech pan, u kaduka,

Już mnie puści, panie Szczuka!"



A pan Szczuka szydzi z czarta:

"Cóż jest twoja dusza warta?

Mniej niż zgniła ulęgałka,

Tyle ot, co gnoju gałka."



A czart skomle: "Panie Szczuka,

Niech pan prędko to odpuka,

Mam ja duszę wyborową,

Prawie nową, daję słowo,

Nie zniszczoną, w dobrym stanie,

Pan dziś takiej nie dostanie."



"Dawaj! - w końcu rzekł pan Szczuka. -

Jest w mym domu ruda suka,

Może taka dusza czarcia

Suce nada się do żarcia."



Z tymi słowy smycz rozluźnił,

Diabeł kwękał, szemrał, bluźnił

I namęczył się niemało,

Aż wykrztusił duszę całą,

Po czym zniknął w cieniu buka.

Tyle widział go pan Szczuka.



A na ziemi rozpostarta

Pozostała dusza czarta.

Jął pan Szczuka gnieść ją w rękach:

Była czarna, gładka, miękka

Jak najlepsze sukno bielskie

I nie poznać, że diabelskie.



Rzekł pan Szczuka: "Wiem, co zrobię!

Frak z niej każę uszyć sobie!"



Był w Olkuszu krawiec taki,

Który szył najlepiej fraki,

Więc pan Szczuka w karnawale

Był ubrany doskonale

I wyjeżdżał co niedziela

W nowym fraku na wesela.



Mądra sztuka był pan Szczuka,

A dla głupich stąd nauka.

2007-07-31 23:06:27

Psi pazur




Żył sobie raz pewien Mazur.

Miał Mazur oczy jak lazur,

A zwał się Mazur Psipazur.



Psipazur mierzył trzy cale,

Ale w nadmiernym zapale

Wciąż wykrzykiwał zuchwale:



"Hej, niedołęgi i tchórze,

Który chce dostać po skórze,

Niech zjawi się tu, a nuże!"



Wygrażał tak raz i drugi,

A miał na swoje usługi

Zapałkę zamiast maczugi.



Dziewczęta się oglądały,

Chłop każdy wytrzeszczał gały,

Że Mazur, a taki mały.



Dzieci wołały: "Sąsiedzie,

Uważaj, bo będziesz w biedzie,

Jeszcze cię kundel przejedzie!"



Psipazur groził zapałką:

"Oj, dam ja po skórze śmiałkom!

Utłukę wszystkich na miałko!"



Roześmiał się gruby piekarz:

"Chcesz bić się, to czemu zwlekasz?

Już dłużej czekać mi nie każ!"



Pispazur rzekł: "Daję skok, o!"

I podskoczywszy wysoko,

Zapałką dziabnął go w oko.



Ukrył się potem na sośnie,

A piekarz jęknął żałośnie

I uciekł tam, gdzie pieprz rośnie.



Mazur zaś dalej szedł drogą,

Spotkał żołnierza. Ten srogo

Zawołał: "Straszyć chcesz? Kogo?"



Psipazur udał, że słucha,

Podskoczył, i krzycząc "u-ha"

Wbił mu zapałkę do ucha.



Zwiał żołnierz w krzaki pobliskie

Wołając z płaczliwym piskiem:

"Ugodził mnie swym pociskiem!"



Tu wpadł na Mazura młynarz:

"Już trochę się zapominasz,

Źle sobie, bratku, poczynasz!



Lecz teraz ci się dostanie!

Za twoje złe zachowanie

Potężne spuszczę ci lanie!"



Psipazur spojrzał z ukosa,

Podskoczył i zły jak osa

Wbił mu zapałkę do nosa.



Młynarz zatoczył się, kichnął,

Aż sobie szczękę wywichnął

I z jękiem do młyna czmychnął.



Psipazur zaś po tej scenie

Wpakował ręce w kieszenie

I odszedł dumny szalenie.



Na Rynku wszedł do gospody,

Gdzie siedział Wyrwidąb młody

I jadł śmietankowe lody.



Psipazur rzekł: "Tu użyję!

Mam w garści kij, co sam bije,

Podstawiaj do bicia szyję!"



Wyrwidąb zaśmiał się z cicha:

"A cóż to za stwór, u licha,

Który do ucha mi prycha?!"



Wstał z ławy, niedbałym ruchem

Dwa palce uniósł nad zuchem

I schował go za pazuchę.



"Ja ci się zaraz przysłużę!

W kurniku cię, Psipazurze,

Dam na kolację pstrej kurze!"



Pobiegł poprzez ścierniska,

Bo droga była niebliska,

A jeńca ręką przyciskał.



Gdy biegł przez most na Zarzecze,

Zawołał nagle: "Człowiecze!

Ratunku! Pali mnie! Piecze!



Co robisz, ty pchło, ty mucho?!

Daj spokój, bo będzie krucho!

Wszak ogień mam za pazuchą!



Ach, nie wierz moim przechwałkom,

Już puszczę cię, bo zapałką

Na węgiel spalisz mi ciałko!"



To mówiąc Wyrwidąb młody

Rzucił się z mostu do wody,

By w rzece szukać ochłody.



A Mazur na brzeg wyskoczył,

Ledwie podeszwy zamoczył,

I mrużąc złośliwie oczy



Zawołał: "Zdechlaki! Tchórze!

Który chce dostać po skórze,

Niech zjawi się tu! A nuże!"

2007-07-31 23:02:56

Magik




Gdy na zachód z Sandomierza

Iść przez dwa i pół pacierza,

Widać drogę, która zmierza

Wprost do Dwikóz. Tam przed laty

Żył Fikusów ród bogaty,

Co wyrabiał dzwony z brzozy,

A z konopi plótł powrozy

I rozsławił tym Dwikozy.



Tam, na samym skraju Dwikóz,

Mieszkał ongi magik Fikus,

Zwany Łysoń, trojga imion:

Bonifacy - Filip - Tymon.



Magik Tymon Fikus z Dwikóz

Co dzień inny robił psikus.

Raz, gdy wracał z Sandomierza,

Przeistoczył w oset jeża,

A gdy szedł do Zawichostu,

Wziął i zrobił jeża z ostu.



Sypał w gąsior piasek miałki,

A wylewał - sztof gorzałki.



Innym razem wziął koguta,

Schował w kieszeń do surduta.

A po chwili - zręcznie nader -

Wody wylał z niej pięć wiader.



Raz, gdy ujrzał muzykusa,

Dał przez cały rynek susa

I do warg przytknąwszy dłonie

Grał jak gdyby na puzonie,

Na klarnecie grał po troszku

I na flecie, i na rożku,

I nie wiedział nikt już z Dwikóz,

Czy gra Fikus, czy muzykus.



Już nie będę mówił o tem,

Jak udawał, że jest kotem,

I jak w psasię z,ienił potem;

Jak połykał kalosz stary,

A wypluwał okulary;

Jak ne lewej dłoni wsparty

Jedną z nóg tasował karty;

Jak wyjmował z ucha wróbla

I zamieniał wróbla w rubla;

Jak hodował ryby w szafie,

Bo ja sam to też potrafię!



Ale wreszcie przebrał miarę:

Spotkał dwie babiny stare

I przemienił je w dziewczęta;

Jedną wydał za rejenta,

Z drugą stanął w Zawichoście

I wyswatał ją staroście.



Gdy nadeszła więc niedziela,

Wyprawiono dwa wesela,

A że było to przedpoście -

Siedem dni weselni goście

Ucztowa w Zawichoście.

Lecz Juź rankiem przy niedzieli

Całą sztuczkę diabli wzięli:

Prysły młodych żon powaby,

A zostały stare baby,

Obie krzywe, obie siwe

I okropnie gadatliwe.



Wściekł się rejent, wściekł starosta,

Ale sprawa nie jest prosta,

Bo gdy ksiądz połączy ślubem

Luba musi zostać z lubym.



Poszły skargi na Fikusa,

Skrył się Fikus do lamusa,

Gdyż z powodu jego sztuczek

W Sandomierskiem powstał huczek

I już pleban oburzony

Chciał potępić go z ambony.



Uderzywszy więc w pokorę,

Fikus wybrał się wieczorem

Na plebanię i ze skruchą

Drapał się to w nos, to w ucho.

Ksiądz rzekł wreszcie: "Dobra nasza.

Moja kasza, twoja flasza,

Rozegramy to w mariasza?



Fikus szybko rozdał karfy,

A że bał się nie na żarty,

Przegrał tyle, ile trzeba,

Zeby dostać się do nieba.



Wziąwszy tedy rozbrat z grzechem,

Fikus rad pożegnał klechę,

Uśmiechnięty dosiadł konia,

Kłusem puścił się przez błonia

I wołając: "Znaj Łysonia!

Hokus-pokus, fikus pikus!" -

Pocwałował wprost do Dwikóz.

Wszedł do domu, staje, patrzy -

"Co to? Kto to?" - rzekł pobladłszy.

Podszedł bliżej - tak, to one,

Dwie staruchy nastroszone,

Starościna z rejentową

Zabawiają się rozmową.

Fikus groźnie spojrzał na nie:

"Cóż to znaczy, moje panie?"



"Co to znaczy? Nic nie znaczy,

Ot, nie mogło być inaczej.

Wypędzili nas mężowie,

No i dobrze, i na zdrowie!

Odstawili nas tu koczem,

Gadać teraz nie ma o czem."



Tymon Fikus zbladł ze złości:

"Ależ bies mi nasłał gości!

Po co? Na co? Jakim prawem?

Rozstaniemy się niebawem!"

I potrząsnął już rękawem,

Aby zakląć baby w żaby,

Ale rozmach wziął za słaby;

Chciał przemienić je w dwie miotły,

Lecz mu palce się zaplotły;

Zebrał w sobie cały zapał

I wysilał się, i sapał,

By je zmienić w łyżki stare,

W białe myszki, w kapców parę,

W dwie marchewki, w dwa rogale,

Lecz mu jakoś nie szło wcale.



Tupał, klaskał, bił się w łydki.

Klął pod nosem w sposób brzydki,

Wreszcie krzyczeć jął jak dzikus:

"Hokus-pokus, fikus-pikus!"



A staruchy zeń szydziły:

"Cóż to, kumie? Zbrakło siły?

Kum czarować już nie umie?

Z kumem już niedobrze, kumie!"



Poszły potem do spiżarki,

Wyciągnęły słoje, garnki,

Polędwice i półgęski.

Choć to przecie przysmak męski.

Jadły sobie do wieczora

Pociągając miód z gąsiora,

Obie krzywe, obie siwe

I okropnie gadatliwe.



Fikus patrzał z gniewu siny,

Wycierając pot z łysiny.

Stał na głowie pół godziny,

Do pomocy wziął koguta,

Sypał proso do surduta,

Szukał zaklęć w księdze grubej,

Coraz nowe robił próby,



Wreszcie zgrzytnął, gwizdnął, cmoknął

I wyskoczył w mrok przez okno.

Co z nim stało się - nikt nie wie.

Był podobno w Sochaczewie,

Ktoś go widział, jak w Piotrkowie

Na jarmarku stał na głowie,

Potem zjawił się w Prabutach

I udawał tam koguta.



Inni mówią, że w Jaworze

Zjadał szkło i łykał noże,

A znów inni, że w Będzinie

Popisywał się na linie.



Gdzie jest praiwda - nie wiem. Tu się

Kończą wieści o Fikusie.



Jeśli jeszcze coś usłyszę,

Zaraz dalszy ciąg dopiszę.

Może wierszem, może prozą,

I przekażę wnet Dwikozom.

Niech w archiwach to zachowa

Miejska Rada Narodowa.

2007-07-31 23:01:55

Łata i dziura




Miało palto dwa rękawy:

Łatany był rękaw prawy,

A lewy - dziurawy.



Rzecze lewy do prawego:

Fe, kolego,

Jak się zgodzić można na to,

Żeby świecić taką łatą?



Na to prawy odpowiada:

Łata, kolego, nie wada,

Dziura wiele nie wskóra,

Lepsza jest brzydka łata niźli ładna dziura.

2007-07-31 23:01:06

Lis i jaskółka

Namówił lis jaskółkę,
By z nim zawarła spółkę.

To - rzecze - proste całkiem:
Mam pola pręt z kawałkiem,

Coś na nim zasadzimy,
A przed nadejściem zimy

Zbierzemy plon pomału,
Pół na pół do podziału,

Pani się zna na roli,
Co z dwojga pani woli,

Wierzchołki czy korzonki?
Wyznaję bez obsłonki,

Że ja wierzchołki wolę.
Lis szybko pobiegł w pole

I zasiał pełno marchwi,
Więc się jaskółka martwi:

Plon każdy rolnik zbiera
I nawet lis przechera

Na marchwi się bogaci,
A ja mam kupę naci,

Po prostu kupę ziółek
Niezdatnych dla jaskółek.

Ha, wpadłam, trudna rada,
Lecz tylko raz się wpada!

A lis już krąży w kółko:
Cóż powiesz mi, jaskółko?

To powiem, że na zmianę
Tym razem ja dostanę

Korzonki. Co pan na to?
Ja na to jak na lato,

Wierzchołki nawet wolę.
To rzekłszy pobiegł w pole

I całą przestrzeń pustą
Obsadził w mig kapustą.

W ostatnim dniu kwartału,
Znów przyszło do podziału:

Lis wziął kapustę całą,
Jaskółce zaś zostało

Pięć wiązek i pół szóstej
Korzonków od kapusty.

Mówią odtąd jaskółki,
Że niedobre są spółki.

2007-07-31 22:59:30

Latający pogrzebacz




Niedaleko Sochaczewa

Stoi drzewo. Gdy od drzewa

Jechać cztery mile w lewo,

Widać miasto Błękitniewo.

I właściwie to nie miasto,

Lecz miasteczko - jedno na sto,

W którym zawsze błękit nieba

Jest bezchmurny, gdy potrzeba,

W którym wrzos, gdy zechce, kwitnie

Nie liliowo, lecz błękitnie,

Gdzie na moście każda deska,

Chce, czy nie chce, jest niebieska,

Gdzie na rynku każda ściana

Jest na błękit malowana,

I gdzie każdy dom za rynkiem

Jest pokryty modrym tynkiem.



W Polsce nikt zapewne nie wie,

Że w miasteczku Błękitniewie

Na ulicy Czereśniowej

Stoi jeden domek nowy

Nie błękitny, lecz różowy.

Domek ten jest wynajęty.

Mieszka w nim pan Prusz Wincenty,

Który, służąc Błękitniewu,

Uczy muzyki i śpiewu.

Nawet się nikomu nie śni,

Jakie piękne zna on pieśni,

Toteż zawsze śpiew rozbrzmiewa

Na ulicach Błękitniewa.

Nawet wójt i wszyscy radami,

I zwierzchnicy, i podwładni,

Cała młodzież Błękitniewa

Z Panem Pruszem lekcje miewa,

Więc kto spotka pana Prusza,

Ten uchyla kapelusza.

Pan Wincenty Prusz miał syna,

I tu... bajka się zaczyna:



Ojciec nazwał syna Protem.

Matka zmarła wkrótce potem,

I pozostał Prot sierota,

Lecz pan Prusz tak dbał o Prota,

Że mu ojcem był i matką

I strofował chłopca rzadko.



Prot miał siedem lat mniej więcej,

Siedem lat i pięć miesięcy,

A już chodził po sprawunki,

Umiał pisać, znał rachunki,

Lecz zrządzeniem dziwnym losu,

Nie miał słuchu ani głosu,

I był jednym w Błękitniewie,

Który nie znał się na śpiewie.



Ojciec tym ogromnie gryzł się,

Ale z palce nikt nie wyssie

Tego, co natura daje.

Prot miał inne obyczaje:

W swym pokoju na stoliku

Różnych kluczy miał bez liku,

Mnóstwo gwożdzi zardzewiałych,

Śrubek dużych, średnich, małych,

Drut, scyzoryk, stare dłutko,

Trochę blachy - mówiąc krótko,

Prota fach ślusarza nęcił,

Przy stoliku dłubał, kręcił,

Psuł, naprawiał, psuł na nowo,

A pan Prusz wciąż kiwał głową:

"To dopiero jest zgryzota!

Co wyrośnie z tego Prota?

Czego można się spodziewać

Po kimś, kto nie umie śpiewać?"



Był w miasteczku ślusarz młody,

Który co dzień dla wygody

Pań gospodyń, wczesnym rankiem

Zatrzymywał się przed gankiem

Nawołując: "Komu, komu

Trzeba coś naprawić w domu?"

Wybiegały gospodynie:

"Pan zlutuje mi naczynie!"

"Pan naprawi kran przy zlewie!"

"Co tam słychać w Błękitnieiwe?"

"Czy pan klucz dorobić może?"

"Proszę mi oaostrzyć noże!"

"Pan otworzy mi szufladę!"

"Niech pan wstąpi przed obiadem!"

Ślusarz robi wszystko świetnie,

Tu przybije, tam obetnie,

Tu pobieli, tam naprawi,

Rozweseli i zabawi.

Nic dziwnego, że ślusarza

Każdy lubi i poważa.

Każdy - oprócz pana Prusza.



Pana Prusza mało wzrusza

Ślusarz oraz jego praca:

"Chłopcu w głowie poprzewracał!

Zamiast uczyć się bemoli,

Prot rozkręcać zamki woli,

Woli dłubać w pęku kluczy,

Ale śpiewu się nie uczy!"

Nieraz mówił też do Protu:

"Śpiewać tobie nieochota,

Tobie ważny tylko ślusarz.

Popatrz, znów się umorusarz!

Widzisz? Dziura na rękawie,

Już ci więcej nic nie sprawię!"



W szkole inni chłopcy mali

Też Protowi dokuczali:

"Jak się dziś pan gwoździk miewa?"

"Dorób klucz do Błękitniewa!"

"Co ma łebek śrubki w środku?"

"Do widzenia Protku-Młotku!"

Prot zabawnie czoło marszczył:

"Zaczekajcie, będę starszy,

Wtedy wszystkim wam pokażę,

Co to znaczy być ślusarzem!"



Nikt z was jeszcze dotąd nie wie,

Że ów ślusarz w Błękitniewie,

Który wołał: "Komu, komu

Trzeba coś naprawić w domu",

Cały dzień poświęcał pracy,

A na imię miał - Pankracy.



Prot z Pankracym żył w przyjaźni,

Przy Pankracym czuł się raźniej,

Bo Pankracy lubił Prota,

I gdy przyszła mu ochota,

Uczył malca rzeczy prostszych;

A więc jak się noże ostrzy,

Jak się lutem spawa druty

Lub naprawia kran zepsuty.



Dnia pewnego przy sobocie

Rzekł Pankracy: "Słychaj, Procie,

Pójdziesz ze mną do fabryki,

Chociaż dotąd takie smyki

Do fabryki nie chodziły,

Ale z ciebie chłopiec miły

I masz zamiar być ślusarzem,

Więc fabrykę ci pokażę."



Choć pan Prusz się długo wzdragał,

Prot na koniec go przebłagał

I po chwili mu Pankracy

Pokazywał warsztat pracy.

Prot oglądał więc z zachwytem

Lśniące koła pod sufitem,

Wielkie świdry i strugarki,

Mechaniczne obrabiarki,

Ostre noże, ciężkie młoty

I narzędzia do roboty.



Prot przyglądał się tym dziwom

I tak jak istotę żywą

Głaskał dłonią stal narzędzi,

Z ciekawością zerkał wszędzie,

Dreptał przeszło dwie godziny

Od maszyny do maszyny,

I ze wzruszeń tych ogromu

Z wypiekami biegł do domu.



W domu zaś pan prusz tymczasem

Wyśpiewywał tęgim basem

Swoje "tirli" i "tralala",

Aż koguty piały z dala,

Aż się wróble zlatywały,

Świergotały i ćwierkały,

Nawet wilgi, nawet kosy

Zawodziły wniebogłosy,

A uczniowie w takt batuty

Powtarzali wszystkie nuty -

Jedni solo, inni chórem,

Potem wszyscy zgodnym wtorem

"Tirli-tirli" i "tralala..."

Urastała dźwięków skala.

A więc wójt z rozwianym włosem

Wyśpiewywał pełnym głosem,

Jeden z członków rady gminnej

Śpiewał w takt melodii innej,

Referenci z inspektorem

Wtórowali mu tenorem,

Zaś agronom z praktykantem

Powtarzali wtór dyszkantem.

Płynął śpiew jak wielka fala:

"Tirli-tirli" i "tralala"!



Tak każdego dnia wieczorem

Chór się zbiera i z uporem

Wyuczone pieśni ćwiczy.

Pan Prusz w pozie malowniczej

Stoi w środku na krzesełku,

Przewodniczy w śpiewnym zgiełku,

I chóralna pieśń rozbrzmiewa

Aż po krańce Błękitniewa.



Północ biła już na wierzy.

Prot od dawna w łóżku leży,

Lecz nie może spać zupełnie.

Księżyc toczy swoją pełnię,

Wpada w okno srebrną smugą,

A Prot nie śpi, nie śpi długo,

Wciąż wrażenia swe przeżywa,

Po nim srebrna smuga spływa...



Naraz gwizdnął ktoś i cmoknął.

Któż to? Wyjrzał Prot przez okno,

A za oknem, pod księżycem,

Szedł Pankracy przez ulicę,

W srebrnej smudze zamigotał,

Po czym zbliżył się do Prota

I powiada: "Słuchaj, Procie,

Dobrze siedzieć w samolocie,

Autem jechać doskonale,

Dobrze pruć okrętem fale,

Gorzej tłuc się autobusem,

Lepiej konno pędzić kłusem...

Ja dla ciebie, chłopcze drogi,

Nie mam nawet hulajnogi.

Nie mam nic dosłownie! Przebacz,

Ale daję ci pogrzebacz!

Jest on mego wynalazku,

Na nim siądź w księżyca blasku,

A pogrzebacz ten w podróży

Znakomicie ci posłuży."



Rzekł i zniknął, jak się zjawił,

Lecz pogrzebacz pozostawił

W rękach Prota. Prot zdziwiony

Bada go na wszystkie strony,

Nie wie, co ten dar oznacza...



Wreszcie - dosiadł pogrzebacza.

Nim pomyślał, pomknął w górę,

Nim się spostrzegł, minął chmurę.

Jeszcze widział w dole drzewa,



Widział światła Błękitniewa,

Jeszcze słyszał brzmiące z dala

"Tirli-tirli" i "tralala",

A gdy zrównał się z księzycem,

Księżyc zmarszczył srebrne lice

I po polsku rzekł do Prota:



"To dopiero jest dziwota!

Osiągnąłem wiek sędziwy

I widziałem różne dziwy,

Różne rzeczy się zdarzały,

Ale żeby chłopiec mały

Sam szybował w świat najszerszy,

To się zdarza po raz pierwszy!"



A Prot z woli pogrzebacza

Dalsze kręgi wciąż zatacza,

Mleczną Drogą się zachwyca,

Nage patrzy - jest tablica,

Na tablicy takie słowa:

WJAZD DO MIASTA PRZEMYSŁOWA



Siedząc miękko jak w fotelu

Prot przybliżał się do celu.

Nim pomyślał - rzekł: "Nareszcie!"

Nim się spostrzegł - był już w mieście.

Ze zdumieniem przetarł oczy,

Z pogrzebacza zsiadł i kroczy

Przez ulice Przemysłowa.

Czystość wszędzie jest wzorowa,

Na chodnikach nie ma śmieci,

Każda ławka aż się świeci,

A na ławkach siedzą dzieci

Wykąpane, uczesane...

Domy świeżo malowane,

Czystość sklepów oko nęci,

Ludzie chodzą uśmiechnięci,

Schludni, mili i weseli,

Tak jak u nas przy niedzieli.



Prot rozgląda się wokoło,

Jemu także jest wesoło.

Gdy na jezdni Prot przystaje,

Zatrzymują się tramwaje,

Auta mu zjeżdżają z drogi,

W bok skręcają hulajnogi,

A cykliści w półobrocie

Wykrzykują: "Witaj, Procie!"



A Prot idzie przez ulice,

Gdzie się wznoszą kamienice

Niby pałac przy pałacu.

Wreszcie znalazł sięna placu:

Naokoło dlaparady

Rosną drzewa z czekolady,

A na drzewach są słodycze

I wyroby cukiernicze.



Czekoladzie zawsze rade,

Smakowitą czekladę

Obłupują dzieci z miasta,

A co zjedzą - to odrasta.

Idąc w tamtych dzieci ślady

Prot zjadł kilo czekolady,

Potem poszedł ku fontannie,

Gdzie tryskała nieustannie

Słupem zimnym i różowym

Woda z sokiem malinowym.



Gdy Prot najadł się i napił,

Jeszcze trochę się pogapił,

Wreszcie spytał z grzecznym gestem:

"Proszę pana, gdzie ja jestem?"

A przechodzień mu odpowie:

"Jesteś, chłopcze, w Przemysłowie.

Tu najlepsi rzemieślnicy

Jadą, jak do swej stolicy,

Swe narzędzia doskonalić,

Wynikami się pochwalić...

Różne rzeczy się zdarzały,

Ale żeby chłopiec mały

Trafił tu, do Przemysłowa,

To historia całkiem nowa!"



Prot podciągnął tylko spodnie

I powiedział bardzo godnie:

"Mały... mały! I cóż z tego?

Jestem uczniem Pankracego

I potrafię bardzo wiele:

Noże ostrzę, rondle bielę,

Umiem lutem spawać druty

I naprawiać kran zepsuty...

Niech tu przyjdą ci ślusarze,

To im wszystko to pokażę!"



Pan pokręcił tylko głową:

"Niebywałe, daję słowo!

Różne rzeczy się zdarzały,

Ale żeby chłopiec mały

Opanował fach ślusarza,

To się po raz pierwszy zdarza!

A więc dobrze! Mam tu władzę,

Wnet ślusarzy przyprowadzę."



Prot na ławce siadł i czeka.

Tłum się snuje, a z daleka

Płynie znancyh dźwięków fala:

"Tirli-tirli" i "tralala."

Gdzie śpiewają - Prot już nie wie.

W Przemysłowie? W Błękitniewie?



Prot zamyślił się. Tymczasem

Z krzykiem, zgiełkiem i hałasem

Nadszedł wielki tłum w pochodzie.

"Oto oni! - rzekł przechodzień -

Oto nasi są ślusarze!

Co kto umie, niech pokaże!"



Pośród gwaru, śmiechów, krzyków,

Prot powitał rzemieślników,

Oni zaś krzyknęli chórem:

Prot niech żyje! Prota w gorę!"

Podrzucali go, a potem

Wdali się w rozmowę z Protem.



Rzekł najstarszy: "Drogi Procie,

Poznać trzeba nas w robocie!

Popatrz, wszyscyśmy ślusarze,

Zapamiętaj nasze twarze:

Pierwszy z prawa, tamten tęgi,

Skonstruował nowe cęgi,

Co z szybkością ośmiokrotną

Drut najtwardszy nawet potną.

Tamten młot udoskonalił,

Tamten znów piłkę do metali.

Kto używa tych narzędzi,

Dużo czasu zaoszczędzi!



Ten wynalazł imadełko,

Imadełko - arcydziełko!

Łatwiej można je obsłużyć

I połowę czasu zużyć.



Ten wymyślił znów przebijak,

Który się nie tępi nijak,

Czy to będzie blaszka błaha,

Czy najgrubsza nawet blacha.



Ten, co fajkę tam zapalił,

Pilnik tak udoskonalił,

Że dziś jeden mniej się trudzi,

Niż poprzednio pięciu ludzi.



Ten przysłużył się fabryce,

Bo wynalazł gwintownicę,

Co nacina śruby prędzej,

A kosztuje mniej pieniędzy.

U nas ślowa nic nie znaczą -

Trzeba się wykazać pracą.

Teraz twoja kolej, Procie!

Chcemy poznać cię w robocie!

Pomysłowość - to się ceni!

Tu Prot sięgnął do kieszeni,

Wyjął małe pudełeczko,

W pudełeczku podniósł wieczko

I powiedział jakby z łaski:

"Oto moje wynalazki!"



I wyjmować jął z pudełka

Kowadełka, imadełka,

Cyrkiel prosty i wygięty,

Stemple, klucze, śrubokręty,

Młotki, noże i pilniki,

Kątomierze, kątowniki,

Piły, cęgi i wiertarki,

Obrabiarki różnej marki

I szlifierki, i strugarki,

Mnóstwo nożyc znakomitych

I toczydła, i uchwyty,

I skrobarki do obróbki,

Druty, gwoździe, śruby, śrubki,

Przecinaki, wycinaki...

Wreszcie stos się zrobił taki,

Że ślusarze oniemieli.

Prot zaś do nich rzekł: "Jeżeli

Chcecie mieć wyniki dalsze

Lepsze, trwalsze, doskonalsze,

Chętnie wam to oddać mogę

Biorąc w zamian hulajnogę.

Chcę pojechać do Warszawy,

Gdzie dla dzieci do zabawy,

A dla starszych dla wygody

Czynne są ruchome schody."



Ucieszyli się ślusarze:

"Więc to wszystko dla nas w darze?

Taka hojność niebywała

Chyba w bajkach się zdarzała!"

I krzyknęli zgodnym chórem:

"W górę Prota! W górę! W górę!"

Pochwycili go na ręce.

Rąk tych było coraz więcej,

Podrzucili go do góry,

Podrzucili raz i wtóry,

Aż Prot wzbił się ponad chmury.

Leciał, leciał nieprzerwania

I zrozumieć nie był w stanie,

Czemu leci tak a leci,

Czemu księżyc już nie świeci,

Czemu świat się wokół mroczy?

Nic nie widział. Zamknął oczy,

Czuł, że płynie na obłokach

I że leci w dół z wysoka...



Wreszcie na coś opadł miękko.

Popróbował naprzód ręką,

Cóż to? Kołdra? I poduszka!

Prot wyskoczył szybko z łóżka,

Spojrzał w okno - słońce cudnie

Promienieje jak w południe.

Przez ulicę już Pankracy

Idzie z nocnej swojej pracy,

Ma pogrzebacz na ramieniu

I jak zwykle staje w cieniu

Nawołując: "Komu, komu

Trzeba coś naprawić w domu?"

Równocześnie tuż za ścianą

Śpiewa chór melodię znaną,

I urasta dźwięków fala

"Tirli-tirli" i "tralala."

2007-07-31 22:57:00

Kto z kim przestaje




Kto z kim przestaje, takim się staje -

Na pewno znacie te obyczaje?



Bocian po deszczu człapał piechotą,

Bo lubi nogi zanurzać w błoto.



Świnia podobne miewa słabostki

I chętnie w błoto włazi po kostki.



Bocian odwiedzał świnię z ochotą.

Plaskał i mlaskał: - Błoto jak złoto!



Ona do niego szła przy sobocie,

Żeby jej pomógł nurzać się w błocie.



Kwiczał: - Dzięki, dzięki stokrotne,

Bardzo mi służą kąpiele błotne!



Tak spotkali się wciąż na zmianę

Bocian ze świnią, świnia z bocianem.



Lecz minął okres pierwszych uniesień,

Powiało chłodem, nastała jesień



I bocian starym swoim zwyczajem

Właśnie zamierzał rozstać się z krajem.



Wtem wpadła świnia zirytowana.

- To w błocie byłam dobra dla pana?



W błocie, w kałuży i nawet w bagnie,

A teraz pan mnie porzucić pragnie?



Niech pan pomyśli, co pan wyczynia?

Odrzecze bocian: - Wiem, jestem świnia!



"Kto z kim przestaje, takim się staje."

Rzekł. I odleciał w dalekie kraje.

2007-07-31 22:56:08




Ryby




Leszcz za wąsy suma szarpie.

A to śmiałość! - rzekły karpie.



Karpie dobre są, lecz w sosie -

Odezwały się łososie.



Głupie żarty - rzekła flądra.

Patrzcie, flądra jaka mądra,

Skąd u flądry rozum taki? -

Obruszyły się szczupaki.



Cóż za dziwne obyczaje,

Że okoniem szczupak staje? -

Mruknął sandacz. Więc sandacza

Zbeształ okoń: Pan uwłacza

Mnie i całej mej rodzinie,

Niech pan od nas precz odpłynie!



Rzekły śledzie: Ryby rzeczne

Są zazwyczaj niedorzeczne.



Każda woda im za słodka -

Przygadała śledziom płotka.



Karaś milczał. Tylko kilka

Jeszcze słów rzuciła kilka,

A sardynki z tej rozmowy

Potraciły całkiem głowy.

2007-07-31 22:54:55

Ptasie plotki




Usiadła zięba na dębie:

"Na pewno dziś się przeziębie!



Dostanę chrypki, być może,

Głos jeszcze stracę, broń Boże,



A koncert mam zamówiony

W najbliższą środę u wrony".



Jęknęły smutnie żołędzie:

"Co będzie ziębo, co będzie?



Leć do dzięcioła, do buka,

Niech dzięcioł ciebie opuka!"



Gil z tym poleciał do szpaka:

"Jest sprawa taka a taka,



Mówiła właśnie sikora,

Że zięba jest ciężko chora".



Poleciał szpak do słowika:

"Ze słów sikory wynika,



Że zięba już od miesiąca

Po prostu jest konająca".



Słowik wróblowi polecił,

By trumnę dla zięby sklecił.



Rzekł wróbel do drozda: "Drozdzie,

Do trumny przynieś mi gwozdzie".



Stąd dowiedziała się wrona,

Że zięba na pewno kona.



A zięba nic nie wiedziała,

Na dębie sobie siedziala,



Aż jej doniosły żołędzie,

Że koncert się nie odbędzie,



Gdyż zięba właśnie umarła

Na ciężką chorobę gardła.

2007-07-31 22:52:45

Pchła Szachrajka




Chcecie bajki? Oto bajka:

Była sobie Pchła Szachrajka.

Niesłychana rzecz po prostu,

By ktoś tak marnego wzrostu

I nędznego pchlego rodu

Mógł wyczyniać bez powodu

Takie psoty i gałgaństwa,

Jak pchła owa, proszę państwa.



Miała domek na przedmieściu

Po ojczymie czy po teściu,

Dom złożony z trzech pięterek

I pokojów cały szereg.

Więc salonik i sypialnię,

I jadalnię, naturalnie,

Gabinecik i korytarz,

O cokolwiek się zapytasz,

Wszystko miała, aż jej gości

Zalewała żółć z zazdrości.



Miała bryczkę, dwa kucyki,

Dojną krowę z Ameryki,

Psa kudłacza, owcę, kurę

Oraz koty szarobure,

Dwa uczone karaluchy

W kuchni pasły sobie brzuchy,

Konik polny Pchle Szachrajce

Co dzień grał na bałałajce,

Jednym słowem miała życie

Ułożone znakomicie.



Pchła Szachrajka rzekła: "Lubię

Czasen w pchełki zagrać w klubie!"

Więc ubrana jak z igiełki

Pojechała zagrać w pchełki.

Jedzie sobie Pchła Szachrajka

Kolorowa jak mozaika,

Jedzie pełna animuszu,

W żakieciku z lila pluszu,

Z żółtym piórkiem w kapeluszu,

W modrych butach atłasowych,

W rękawiczkach purpurowych.



W klubie bywa tyle osób,

Że przecisnąć się nie sposób.

Pchła krzyknęła: "Dajcie drogę!

Jestem mała, przejść nie mogę!"

Tłum rozstąpił się, a ona

Przeszła środkiem niewzruszona.

Już do stołu mknie czym prędzej

I wyjmuje stos pieniędzy.

"Postawiłabym trzy grosze

Na zielone..."

"Bardzo proszę."

Pchełki skaczą jak szalone,

Tu niebieskie, tam czerwone,

Tu wygrana, tam przegrana...

"Na zielone, proszę pana!"



Pchła Szachrajka była mała,

Między pchełki się wmieszała

I po stole sama skacze.

"Co to znaczy? - myślą gracze -

W którąkolwiek spojrzeć stronę

Wygrywają wciąż zielone."

Nim się gracze połapali,

Pchła Szachrajka wyszła z sali

I z wygraną swą do domu

Pojechała po kryjomu.



Pomyślała: "Po tej próbie

Nie pokażę się już w klubie."

Taki dała więc telegram:

W PCHEŁKI Z WAMI

WIĘCEJ NIE GRAM



Pchle zachciało się brewerii,

Poszła więc do menażerii.

Właśnie słoń po drodze dreptał,

Pchły o mało nie rozdeptał.

Patrzy: Cóż to za Ądziebełko?

"Co tu robisz, pani Pchełko?"



Pchła stuknęła parasolką:

"Jestem pchłą, lecz przy tym Polką!

Żądam większej galanterii,

Panie słoniu z menażerii!"



Słoń pokręcił grzecznie trąbą

I powiada: "Jestem Jombo,

Przyjechałem tu z Colombo."



Rzecze na to Pchła do słonia:

"A ja jestem rodem z Błonia,

Tam plantację mam wzorową,

Sadzę na niej kość słoniową.

Obok domu dla kaprysu

Trzymam stale sto tygrysów,

Sto kangurów, sto lampartów,

Ze mną, panie, nie ma żartów!"



Słoń pokręcił trąbą grzecznie:

"Rzeczywiście niebezpiecznie."

Potem upadł na kolana

I powiedział: "Ukochana,

Takiej właśnie pragnie żony

Jombo, sługa uniżony."



Pchła usiadła mu na karku,

Przejechała się po parku,

Wreszcie rzekła: "Drogi Jombo,

Imponujesz mi swą trąbą,

Ale tylko trąbą. Zaczem

Możesz zostać mym trębaczem."



Pchła Szachrajka po obiedzie

Do cukierni bryczką jedzie.

Już z daleka widać z bryczki

Purpurowe rękawiczki.

Pchły ciastkami zwykle gardzą,

Nasza zaś lubiła bardzo

Tartoletki, papatacze,

Ptysie, bezy i sękacze,

Rurki z kremem, tort z wiśniami

I babeczki z malinami.



Wchodzi śmiało do cukierni,

W pas kłaniają się odĄwierni,

Już kelnerzy przyskakują,

Grzecznie w rączkę ją całują.

"Dzisiaj rurki z kremem zjem,

Bo ogromnie lubię krem.

Proszę podać ze trzydzieści,

Stolik więcej nie pomieści."

Przy stoliku pchła zasiadła,

Jedną rurkę z kremem zjadła,

Zostawiła pełną tacę.

"Za tę jedną rurkę płacę!"

Wstała, wyszła, od niechcenia

Powiedziła "do widzenia"

I mignęły tylko z bryczki

Purpurowe rękawiczki.

Bardzo dziwią się kelnerzy:

"Jak rozumieć to należy!

O trzydzieści rurek prosić,

A po jednej mieć już dosyć?"

Nagle patrzą: Co to? Czemu

W rurkach wcale nie ma kremu?

Wszystkie puste? Co za kwestia?

Zjadła cały krem ta bestia!

Tak się przejął tym cukiernik,

Że przypalił cały piernik

I zawołał: "Proszę mi tu

Kupić jutro flaszkę flitu.

Gdy znów przyjdzie Pchła przeklęta,

Rurki z kremem popamięta!"



Raz, któregoś dnia, przy święcie

Urządziła Pchła przyjęcie.

Gości przyszło co niemiara:

Chrabąszcz, komar, mucha stara,

Przydreptały dwa pająki,

Ćmy, szerszenie i biedronki,

Jedna osa, cztery pszczoły,

Motyl, trzmiel i bąk wesoły,

Mole, mrówki oraz ważki,

I zaczęły się igraszki.

Dwa uczone karaluchy

Roznosiły placek kruchy,

Pestek, maku, cukru garstki,

A w szklaneczkach jak naparstki

Sok z czereśni, oranżadę

I mrożoną czekoladę.

W pewnej chwili Pchła powiada:

"Jestem gościom bardzo rada

I z największą przyjemnością

Coś zaśpiewam miłym gościom.

Dajmy na to... arię z "Toski",

Lecz po włosku, bo znam włoski."

Zawołali goście: "Brawo!

Niech zaśpiewa, bo ma prawo!"



Wszyscy zatem jeść przestali,

Pchła stanęła w końcu sali

I z usteczek jej maleńkich

Popłynęły cudne dĄwięki.

Pchła śpiewała niemal bosko,

Komar bzyknął czule: "Tosko!"

"Toska" drobne swoje rączki

Zacisnęła jak dwa pączki,

W rączki smutnie twarz wtuliła

I tak śpiew swój zakończyła.

"Co za głos! - krzyknęli goście -

Niech zaśpiewa jeszcze, proście!"

Pchła zgodziła się z łatwością

Z zaśpiewać miała gościom

Arię "Halki", a tymczasem

Zaśpiewała takim basem,

Że aż goście, co siedzieli

Spadli z krzeseł i z foteli.

Żuk podskoczył, zatkał uszy...

"Przecież ona nas ogłuszy!

Bujda!" - krzyknął prosto z mostu.

Rzecz wydała się. Po prostu

Nie śpiewała Pchła Szachrajka,

Tylko skrzynka-samograjka,

A karaluch w niej ukryty

Jak na złość pomylił płyty.



Żuk powiedział tylko: "Żuka

Pchła Szachrajka nie oszuka."

I zapalił dumnie fajkę

Opuszczając Pchłę Szachrajkę.



Pchle samotność nie służyła,

Lecz że była bardzo miła,

Miała siedem koleżanek,

Czarujących warszawianek,

Młodych, ślicznych jak poranek.

Wszystkie pełne elegancji,

W sukieneczkach prosto z Francji,

Uczesane w modne loczki

I w pończoszkach jak obłoczki.

Pchła wraz z nimi w karnawale

Objeżdżała wszystkie bale,

Plotkowała z nimi stale,

Co dzień każdą koleżankę

Odwiedzała, filiżankę

Czarnej kawy wypijała

I na inne plotkowała.

A że miała powodzenie,

Powodzenia jej szalenie

Zazdrościły koleżanki,

Więc się wciąż słyszało wzmianki:

"Pchła to dziwna jest osoba!

Cóż się w takiej Pchle podoba?

Czy ta wiecznie skromna minka,

Czy błękitna pelerynka,

Purpurowe rękawiczki,

Czy te nóżki jak patyczki?

Albo może uśmiech słodki,

Albo psoty, albo plotki?..."

Tak mówiły koleżanki,

Eleganckie warszawianki.

Pchła w okropną wściekłość wpadła,

Czerwieniła się i bladła,

I tupała nóżką małą,

Że aż w domu wszystko drżało.

"Niegodziwe zazdrośnice!

Niech no tylko je przychwycę,

A już będą trzy kwartały

Pchłę Szachrajkę pamiętały!"



Rozmyślała cały ranek

I do siedmiu koleżanek

Rozesłała siedem kartek

Pisząc krótko: "Proszę w czwartek

Do mnie, droga koleżanko,

Przyjść na kawę ze śmietanką."



Rozesłała siedem kartek

I na gości czeka w czwartek.

Patrzy, jadą przez ulice

Koleżanki - zazdrośnice.

Jadą, jadą koleżanki,

Elegantki z morskiej pianki.



Pchła wybiegła aż na ganek

Na spotkanie koleżanek.

"Witam, cieszę się ogromnie,

Żeście dzisiaj przyszły do mnie!"

I wprowadza je po schodkach,

I zaprasza je do środka.

Elegantki wchodzą godnie,

Każda jest ubrana modnie,

Każda w nowym, pięknym stroju

Najlepszego w mieście kroju.

"Gdzie jest lustro?"

"W przedpokoju."

Biegnie pierwsza do zwierciadła,

Popatrzyła i pobladła.

"Co to znaczy? Oczy krowie,

Krowie rogi mam na głowie,

I w dodatku krowią postać!

Apopleksji można dostać!"

Biegnie druga do zwierciadła

I jak stała, tak usiadła.

"Ja tak samo, daję słowo,

Jestem krową, zwykłą krową!"

Inne, widząc swe odbicie,

Wpadły w rozpacz: "Czy widzicie?"

I wołały zapłakane:

"To są rzeczy niesłychane!

Elegantkę zmienić w krowę!

To jest Pchły gałgaństwo nowe!

Niech się na nas nie porywa

Pchła Szachrajka niegodziwa,

Znać nie chcemy koleżanki,

Co obraża warszawianki!"



I bez słowa pożegnania

Wyszły wszystkie z jej mieszkania.



Żadna dobrze nie wiedziała

Jak przemiana ta powstała.

Ale my te sprawki znamy:

Pchła wyjęła lustro z ramy,

A wstawiła arkusz miki,

Dojną krowę z Ameryki

Postawiła z drugiej strony.

Każdy był więc przeświaczony

Patrząc w mikę należycie,

Że to jego jest odbicie.



Przez ulicę jedzie bryczka,

Pchła w niej siedzi jak księżniczka.

Na ramionach pelerynka,

Spod kapturka słodka minka,

Parasolka mała w dłoni

Przed słonecznym skwarem chroni.

Pchła do sklepu wchodzi godnie.

"Chciałabym się ubrać modnie.

Czy dostanę na sukienki

Jakiś jedwab bardzo cienki?"

Skoczył kupiec i na ladzie

Najpiękniejsze wzory kładzie.

"Wybór nader mam bogaty,

Oto modny jedwab w kwiaty

Żółte, białe, morelowe,

Modre, lila, purpurowe,

Rezedowe i zielone,

Srebrne, złote i czerwone."

Pchła Szachrajka przez dzień cały

Oglądała materiały,

Oglądała, wybierała...

Wybór duży, a pchła mała!

Rzekła wrezcie: "Wielka szkoda,

Nie dogadza mi ta moda,

Może z czasem, do jesieni

Wśród deseni coś się zmieni."

Choć nic w sklepie nie kupiła,

Ale była bardzo miła,

Więc ją kupiec wyprowadził

I do bryczki grzecznie wsadził.

Gdy uprzątał materiały,

Nagle ręce mu zadrżały,

Patrzy - znikły wszystkie kwiatki,

A pozostał jedwab gładki.

"Ta szachrajka, ta pchła mała,

Wszystkie kwiatki mi zabrała,

Taką w smole warto upiec!" -

Zrozpaczony jęknął kupiec.

A ulicą jedzie bryczka,

Pchła w niej siedzi jak księżniczka.

Staje wreszcie koło domu

I nie mówiąc nic nikomu

W ulubionym swym ogródku

Sadzi kwiatki po cichutku:

Żółte, białe, morelowe,

Modre, lila, purpurowe,

Rezedowe i zielone,

Srebrne, złote i czerwone.

Pomalutku sadzi kwiatki

Cyklameny, róże, bratki,

Malwy, niezapominajki...

Ślicznie jest u Pchły Szachrajki!



Pchła, podobnie jak kobiety,

Rzadko zajrzy do gazety,

Ale czasem od niechcenia

Czyta drobne ogłoszenia.



Raz więc, nudząc się szalenie,

Przeczytała ogłoszenie,

Że niejaka panna Kika

Na ulicy Kopernika

Pragnie uczyć się języka

Angielskiego.

Pchła szczęśliwa

Już coś knuje, już się zrywa

I po chwili w kapeluszu,

W żakieciku z lila pluszu,

W modrych butach atłasowych,

W rękawiczkach purpurowych

Jedzie wprost na Kopernika,

Tam, gdzie mieszka panna Kika.

"Cóż, angielski rzecz niewielka!

A wyglądam jak Angielka,

Jest mi nudno! Mam ochotę

Pannie Kice zrobić psotę!



Przyjechała, do drzwi dzwoni,

Ogłoszenie trzyma w dłoni.

"Panna Kika? Właśnie do niej...

Z ogłoszenia... Chęć mam wielką

Zostać jej nauczycielką."

Panna Kika była miła,

Szybko sprawę załatwiła

Mówiąc: "Cieszę się ogromnie,

Że dziś pani przyszła do mnie.

W Ameryce mam krewnego

I dlatego angielskiego

Chcę się uczyć na wypadek,

Gdy dostanę po nim spadek.

Mam tu zeszyt i ołówek

Do pisania obcych słówek.

Dziś jest piątek... Od soboty

Mogę wziąć się do roboty."



Pchła słuchając, kilka razy

Powtarzała dwa wyrazy

Po angielksu. Jeden znała

Z lat, gdy była jeszcze mała

I lubiła zbierać znaczki,

Drugi zaś - z unrowskiej paczki.



Tak zaczęła się nauka.

Panna Kika słówka duka,

Pchle z wysiłku puchnie główka,

Wciąż dyktuje nowe słówka:

"Tirli - wojsko, pirli - woda

Tirlipirli - wojewoda.

Fiki - pole, miki - taczka,

Fikimiki - polewaczka.

Limpa - noga, pimpa - droga,

Pimpalimpa - hulajnoga..."

Pisze słówka w swym zeszycie,

Wciąż je sobie przepowiada.

Pchła nie szczędzi pochwał, rada,

Że postępy są w nauce.

"Chyba kurs dla pani skrócę,

Pani pilność jest wzorowa,

A ten akcent, ta wymowa,

Niech się król angielski schowa!



Jeszcze tydzień lekcje trwały,

Dały wynik doskonały.

Panna Kika, wniebowzięta,

Wszystkie słówka już pamięta

I z zeszytu płynnie czyta,

Jak Angielka rodowita.

Pchła, żegnając uczennicę,

Powiedziała pannie Kice:

"Jestem dumna z panny Kiki,

Pimpalimpa, fikimiki!"



Panna Kika do kawiarni,

Gdzie najludniej i najgwarniej,

Wchodzi, niby dla ochłody

Każe podać sobie lody.

Przyjaciółki siedzą w kółko,

A już Kika przyjaciółkom

Swą wyższością dogryĄć rada,

Po angielsku odpowiada

Słówka, które jej do głowy

Pchła wbijała nieustannie,

By dogodzić próżnej pannie.



Naraz dziwna rzecz się stała,

Rzecz po prostu niebywała.

Oto wszystkie pchły w lokalu,

Skacząc zwinnie cal po calu,

Przeskakując przez stoliki,

Właśnie stolik panny Kiki

Otoczyły i obległy.



Przyjaciółki się rozbiegły,

A pchły grzecznie wkoło siadły

I ze smakiem lody zjadły.

Przerażona panna Kika

Od stolika szybko zmyka,

Już-już dopaść ma dorożki,

A pchły skaczą na pończoszki,

Na spódniczkę, na trzewiki

I w rękawy panny Kiki.

Tu się cała rzecz wydała:

Pchła Szachrajka nie umiała

Po angielsku, bo i skądże?

Chcąc postąpić jednak mądrze,

Nauczyła pannę Kikę

Władać świetnie pchlim językiem

I dlatego pchły na pewno

Wzięły ją za swoją krewną.



Pchła Szachrajka po tej psocie

Zamieszkała na Ochocie

I przez dwa miesiące prawie

Nie zjawiła się w Warszawie.



Był karnawał. W karnawale

Wszyscy bardzo lubią bale.

Pchła więc myśli: "Doskonale!

Bal wyprawię, lecz nie u mnie.

Trzeba przecież żyć rozumnie."

Rozpisała zaproszenia,

Że bal będzie u Szerszenia

I że właśnie on zaprasza

Na sobotę. Dobra nasza!

Szerszeń, nic nie wiedząc o tym,

Kładł się właśnie spać w sobotę,

A tu nagle mu przed ganek

Wjeżdża szereg aut i sanek.

Szerszeń pełen jest zdziwienia,

Patrzy: Co to? Zaproszenia?

"Podpis mój jest sfałszowany,

Ktoś zupełnie mi nie znany

Sobie bal wyprawił u mnie!"

A tu goście jadą tłumnie,

Panie w pięknych toaletach,

W autach, sankach i karetach.

Jak karnawał, to karnawał!

"Ktoś mi zrobił brzydki kawał!" -

Myśli Szerszeń, ale gości

Wita grzecznie - z konieczności.

Pchła, wytworna w każdym calu,

Chętnie wodzi rej na balu.

Ma na sobie suknię nową,

Plisowaną, kolorową,

Ma jedwabne pantofelki,

W lewej ręce wachlarz wielki,

I unosząc się na palcach

Wiedeńskiego tańczy walca.



Każdy pan jej czar ocenia,

Każdy pyta się Szerszenia:

"Kto ta dama, ta nieznana,

Kto ta piękność, proszę pana?"

Szerszeń mówić nie chce wcale,

Odpowiada coś niedbale,

Zielenieje wprost ze złości:

Nie ma czym nakarmić gości.

"Nic już dzisiaj nie dostanę.

Dam im placki kartoflane!"

Pchła tymczasem od kwadransa

Tańczy z wdziękiem kontredansa,

Główkę schyla i co chwila

Do tancerza się przymila,

I taneczne stawia kroczki

Leciusieńkie jak obłoczki.

Muzykańci grać przestali,

Szerszeń kręci się po sali,

Chciałby wykryć winowajcę

I ukradkiem Pchle Szachrajce

Jednym okiem się przygląda.

Towarzystko walca żąda!

Pchła już tańczyć nie ma chęci

I odmownie główką kręci.

"Lepiej będzie zejść mu z oczu!"

Chwilę stała na uboczu

I jak stała, tak wypadła,

Do swej bryczki szybko wsiadła,

A nim jeszcze kwadrans minął,

Już leżała pod pierzyną.



Pchle zachciało się podróży,

Bo domowe życie nuży.

Wymuskana, piękna, hoża,

Stoi Pchła na brzegu morza,

Aż tu okręt się nadarzy.

Pchła więc prosi marynarzy:

"Może z sobą mnie weĄmiecie,

Podróżować chcę po świecie."

Przybił okręt do przystani.

"Z wielką chęcią, proszę pani!"

Siedzi Pchła już na pokładzie,

To pasjansa sobie kładzie,

To na słońcu się opala,

To przygląda się, jak fala

Obok fali się przewala.

Upłunęły dwa tygodnie -

Tak przyjemnie i pogodnie!

Piętnastego dnia śród fali

Ląd ukazał się w oddali.



Pchła powiada: "Kapitanie,

Niechaj okręt tutaj stanie,

Zatęskniłam już za lądem,

Więc na lądzie tym wysiądę."

ŁódĄ kapitan spuścić każe,

Pchłę żegnają marynarze,

ŁódĄ do brzegu zwinnie dąży,

Biała mewa nad nią krąży.



Przed oczami Pchły Szachrajki

Staje nagle zamek z bajki,

Dookoła groĄne wieże,

Każda wieża zamku strzeże,

W wieżach straże i rycerze.

Zobaczyli Pchłę z daleka...

Kto to taki? Straż nie zwleka,

Szybko wsiada na rumaki,

Żeby sprawdzić, kto to taki.

Już do zamku Pchłę prowadzą,

Niech tłumaczy się przed władzą.

Wchodzi Pchła do wielkiej sali,

Gdzie rycerze się zebrali.

Serce omal jej nie pęknie.

Patrzy wokół: "Jak tu pięknie!"

Schody z saskiej porcelany,

Barwne ściany i dywany,

Pod sufitem słońce płonie,

A w koronie na swym tronie,

W długim płaszczu z gronostajów

Siedzi młody król Bajbaju,

Dumny władca tego kraju.



Pchła więc dworski ukłon składa

I do króla tak powiada:

"Jam księżniczka Białoliczka

W purpurowych rękawiczkach.

Jestem córką króla z bajki,

Władcy wyspy Patatajki,

Pałac mam z czytego złota,

W porcie stoi moja flota,

Sto okrętów na kotwicy

Strzeże portu i stolicy.

Z puchowego wstałam łoża

I tak płynąc poprzez morza

Szukam męża w obcym kraju."



Rzecze na to król Bajbaju:

"Co dziś mamy? Kwiecień?

W maju

Pojmę damę tę za żonę."

Król powiedział - załatwione!

I do Pchły podchodzi dwornie,

Przed nią skłania się pokornie.

Już rycerze dla parady

Wyciągnęli swoje szpady,

Już podbiegły dworskie służki

Ucałować jej paluszki

I w niespełna pół godziny

Obwieszczono zaręczyny.

Naraz wbiega Kanclerz Państwa.

"Proszę państwa, proszę państwa!

Najjaśniejszy Panie! Pono

Pchła ma zostać twoją żoną?

Wszak to wcale nie księżniczka,

Lecz od głowy do trzewiczka

Pchła zwyczajna, Mości Królu!"

Zaroiło się jak w ulu,

Biegną panie i dworzanie

Poruszeni niesłychanie,

Straż zamkowa i rycerze,

Kasztelanki, masztalerze...

Ministrowie patrzą z trwogą

I zrozumieć nic nie mogą.

Król wziął szkło powiększające:

"Pchła! To jasne jest jak słońce!

Proszę podać mi nahajkę,

Bym ukarał Pchłę Szachrajkę!"



Pchła, rzecz prosta, nie czekała,

Parasolkę swą złapała,

Zbiegła na dół jednym susem

I uciekła szybkim kłusem.



Król był bardzo rozgniewany,

Zbiegł po schodach z porcelany,

"Łapcie! - wołał - Łapcie, gapie!"

Ale takiej nikt nie złapie!



Po miesiącu Pchła z wyprawy

Powróciła do Warszawy.



Na Wielkanoc Pchła Szachrajka

Malowała sama jajka,

Ubijała białą pianę

Na mazurki lukrowane,

Nakładała słodką masę

I orzeszki na okrasę.

Ucierała przez dzień cały

Mak, wanilię i migdały,

Wreszcie rzekła: "Czas już, aby

Służba piec zaczęła baby!"

Przyskoczyły dwie kucharki

Wzięły mąki cztery miarki,

Sypią cukier tarty miałko,

Kręcą żółtka, biją białko...

"Gdzie podziały się rodzynki?

Nie ma nawet odrobinki!"



Przeszukały dwie kucharki

Wszystkie w domu zakamarki.

Nie ma nigdzie. Pchła w rozpaczy!

"Gdzie rodzynki? Co to znaczy?"

Poleciała na kominki

Do sąsiadek po rodzynki.



U sąsiadek nie dostała,

Małe rączki załamała.

"Bez rodzynków nie ma ciasta!

Trudno, muszę iść do miasta."

Pył strzepnęła z pelerynki

I pobiegła po rodzynki.



Nie dostała ich w kawiarni,

Nie dostała w owocarni

Ani w sklepach kolonialnych.

"To dopiero pech fatalny,

Przecież baby muszę upiec!"

"Cóż poradzę? - odrzekł kupiec -

Nie dostałem dziś rodzynków,

Bo rodzynków brak na rynku."



Każda inna kazałaby

Bez rodzynków upiec baby,

Ale Pchła - to rzecz nienowa -

Była bardzo pomysłowa.

Patrzy, widzi sklep z nutami.

Weszła. "Pan łaskawie da mi

Utwór łatwy i zabawny,

I możliwie lekkostrawny.

W święta gości się spodziewam,

Więc im zagram i zaśpiewam."



Rzekł sprzedawca: "Piękna pani,

Coś ładnego znajdę dla niej.

Może walca? Marsza może?

Marsze w dużym mam wyborze,

Dajmy na to, z bardziej znanych

Marsz żołnierzy ołowianych."

Pchła odrzekła: "Lubię marsze,

Byle tylko nie najstarsze,

Niech pan przegra na pianinie...

Owszem... Pan mi to zawinie..."



I po chwili była w domu.

W domu z marsza po kryjomu

Scyzorykiem w trzy minuty

Wydłubała wszystkie nuty,

Bo, jak wiecie, każda nutka

Jest czarniutka, okrąglutka,

Kropka w kropkę jak jagódka.



Do miseczki je wsypała

I do kuchni poleciała.

Tam figlarne strojąc minki

Rzekła: "Oto są rodzynki!

Będą baby bardzo smaczne,

Zaraz sama piec je zacznę."



I do nocy, tak jak rzekła,

Wielkanocne baby piekła,

A kucharki w czoła pocie

Przyglądały się robocie.



W pierwsze święto przyszli goście.

"Przyszli goście? Proście, proście!"

Wszyscy Pchłę powitać radzi,

Pchła do stołu ich prowadzi,

Do kieliszków wino leje.

"Winko smaczne, mam nadzieję,

Ale ciasto, powiem śmiało,

Wyjątkowo się udałe.

Zwłaszcza baby z rodzynkami.

Baby, mówiąc między nami,

Są po prostu znakomite!

Jedzcie, proszę, z apetytem."



No i cóż? Po długim poście

Wszystkie baby zjedli goście

Do ostatniej okruszynki.

A że zjedli też "rodzynki",

Więc im potem tydzień cały

Kiszki głośno marsza grały.

To był właśnie dobrze znany

Marsz żołnierzy ołowianych.



Pchła Szachrajka myśli sobie:

"Tu nic więcej nie przeskrobię,

Tutaj każdy mnie obmawia,

Trudno. Jadę do Wrocławia."



Pomyślała i po cichu

Zdjęła kufry swe ze strychu,

Spakowała wszystkie stroje,

Ulubione szmatki swoje,

Rękawiczki purpurowe

I trzewiczki atłasowe.



A nazajutrz bardzo wcześnie,

Gdy dom tonął jeszcze we śnie,

Po cichutku się ubrała

I na dworzec pojechała.



W poczekalni pierwszej klasy

Pchła wyjęła swe zapasy,

Zjadła bułki ze dwa deka

I popiła szklanką mleka,

W kąt wtuliła się i czeka.

Poczekała do obiadu,

A pociągu ani śladu.



Tłum tymczasem ciągle wzrasta,

Nowi ludzie ciągną z miasta

Z walizkami, z tobołkami,

Z dziećmi, z psami, z kanarkami...

Och, jak tłoczno! Uf, jak ciasno!

Trudno znaleĄć nogę własną,

A tu nowa fala pcha się

W poczekalni i przy kasie,

I w koleji się ustawia -

Wszyscy jadą do Wrocławia!



Nawet Pchła, choć taka mała

Tak niewiele miejsca miała,

Że na jednej nóżce stała.



Gdy już czas był na kolację,

Pociąg wtoczył się na stację.

Tłum się rzucił jak szalony,

Biegli ludzie przez perony

Z walizkami, z tobołkami,

Z dziećmi, z psami, z kanarkami...



Do wagonów się tłoczyli

Krzycząc, sapiąc i po chwili

Pełny był już każdy przedział,

Jeden człek na drugim siedział.

Kto chciał jechać, choć był w strachu,

Stał na stopniu lub na dachu,

Albo pchając się niezgorzej

Szukał miejsca na buforze.



Pchła Szachrajka była mała,

Między ludzi się wmieszała,

Przepychała się wytrwale,

Aż znalazła się w przedziale,

Na kuferku w kącie siadła

I kanapkę z serem zjadła.



Popychano ją bez przerwy,

A że Pchła ma słabe nerwy,

Więc zgnieciona i ściśnięta

Ocierała z łez oczęta.



Wreszcie przyszedł maszynista,

Puścił parę i zaświstał,

Z kolegami porozmawiał,

Po czym ruszył do Wrocławia.



Jedzie pociąg, jedzie, jedzie,

Ludzie tłoczą się jak śledzie,

Z parowozu para bucha,

A dokoła ciemność głucha.



Choć jest duszno i gorąco,

Śpią podróżni na stojąco,

Chrapią, sapią jak najęci,

Tylko Pchłę ta jazda smęci,

Tylko Pchła jest nie w humorze,

Bo bez jaśka spać nie może.



Pociąg stanął. Co to? Kalisz!

A Pchła myśli już: "Azaliż

Mam się gnieść wśród tylu osób?

Wiem, co zrobię! Mam już sposób!"

I choć duża nie urosła,

Naraz wielki krzyk podniosła

Naśladując konduktora:

"Wro-cław! Wro-cław! Komu pora,

Proszę państwa, kto wysiada,

Niech wysiada i nie gada!

Mamy postój bardzo krótki,

Postój krótki - trzy minutki!"



Ludzie ze snu przebudzeni

Wyskakują jak szaleni,

Skaczą drzwiami i oknami

Z dziećmi, z psami, z kanarkami...

A po chwili pociąg ruszył.



Pchła się cieszy z całej duszy.

Sama jedna pozostała.

Przedział duży, a Pchła mała,

Więc wygodnie się rozsiadła

I babeczkę z kremem zjadła.

Wkrótce z dumną miną pawia

Zajechała do Wrocławia.



Długi czas się udawało

Pchle z jej psot wychodzić cało,

Aż tu przyszła klapa wreszcie -

Przyłapano Pchłę na mieście

I zamknięto ją w areszcie.



Popłynęły do więzienia

Doniesienia, zażalenia,

Pozwy, skargi, dokumenty...

Sędzia bardzo był przejęty,

Wkrótce jednak stracił zapał

I za głowę aż się złapał.

"Samych pozwów tutaj mamy

Trzy lub cztery kilogramy!

Ładną wziąłem sobie pracę!

Na niej całe zdrowie stracę,

Osiwieję, wyłysieję,

Niech się lepiej, co chce dzieje!"



Poszedł sędzia do aresztu

I dozorcy pyta: "Gdzież tu

Pchła Szachrajka?" "Otóż ona."

Pchła wychodzi wystraszona

I uśmiecha się nieśmiało,

I wyciąga rączkę małą.



Sędzia chrząknął i powiada:

"Żal mi pani... Trudna rada...

Jeśli pani da mi słowo,

Że uczciwie i wzorowo

Odtąd żyć jest pani zdolna,

Wtenczas będzie pani wolna."



Pchła odrzekła zawstydzona:

"O, pan sędzia się przekona!

Poprzysięgłam właśnie sobie,

Że nic złego już nie zrobię

I że odtąd będę życie

Pędzić bardzo przyzwoicie."



Wypełniając przyrzeczenie

Pchła zmieniła się szalenie.

Była odtąd tak uczciwa,

Jak to tylko w bajkach bywa,

Aż ją każdy chwalił wszędzie:

"Z takiej Pchły pociecha będzie!"



Ślub jej odbył się w adwencie

I zapewnić mogę święcie,

Że na jej weselu byłem

I szklankami wino piłem.



Miała dzieci pięć tysięcy

Albo może jeszcze więcej.



Mało dziś jest takich domków,

Gdzie nie byłoby potomków

Owej słynnej Pchły Szachrajki,

Ale... to już koniec bajki.

2007-07-31 22:48:17

Kuma




Przy gumnie siedzi kuma

I duma.

Kum przyszedł: "Nie siedĄ przy gumnie,

Przybliż się, kumo, ku mnie!

A kuma.

Duma.



O zmierzchu przyszli sąsiedzi:

"A po co kuma tam siedzi?

To wcale nie jest w porządku

Tak dumać, i to przy piątku."

A kuma.

Duma.



Zebrali się ludzie tłumnie,

Stanęli wszyscy przy gumnie,

Milicjant przyjechał z miasta,

Już wieczór, już jedenasta,

A kuma.

Duma.



Kum jest po prostu w rozpaczy:

"Wytłumacz mi, co to znaczy?"

Już noc minęła, już dnieje,

A kume nie pije, nie je,

A kuma.

Duma.



Już minął tydzień i drugi,

Już miesiąc upłynął długi,

Pół roku, rok minął cały

I znowu żniwa nastały,

A kuma.

Duma.



Kum umarł trzeciego lata,

Brat kuma i żona brata,

Pomarli wszyscy sąsiedzi,

A kuma przy gumnie siedzi,

A kuma.

Duma.



Sto lat już duma bez mała,

Gdzie klucz od gumna podziała,

A niepotrzebnie się biedzi,

Bo właśnie na kluczu siedzi.

2007-07-31 22:47:26

Żuk




Do biedronki przyszedł żuk,

W okieneczko puk - puk - puk.



Panieneczka widzi żuka:

" Czego pan tu umnie szuka?"



Skoczył żuk jak polny konik,

Z galanterią zdjął melonik.



I powiada: "Wstań, biedronko.

Wyjdz, biedronko, przyjdz na słonko.



Wezmę ciebie aż na łączkę

I poproszę o twą rączkę."



Oburzyła się biedronka :

" Niech pan tutaj się nie błąka,

Niech pan zmiata i nie lata,

I zostawi lepiej mnie,

Bo ja jestem piegowata,

A pan - nie!"



Powiedziała, co wiedziała,

I czym prędzej odleciała,



Poleciała, a wieczorem

Ślub już brała - z muchomorem.



Bo od środka aż po brzegi

Miał wspaniałe, wielkie piegi.



Stąd nauka

Jest dla żuka:

Żuk na żonę żuka szuka.

2007-07-31 22:46:14

Pan Soczewka na dnie oceanu




Pana Soczewkę, jak pewno wiecie,

Znają filmowcy na całym świecie.

Teraz go znowu tutaj pochwalmy,

Bo właśnie zdobył dwie Złote Palmy

Na festiwalu w Karlowych Warach

Za film o muchach i o komarach,

Ponadto jeszcze cztery nagrody

Za film pod nazwą: Świat w kropli wody,

Potem ogromne tryumfy święcił

Za zdjęcia, które w puszczy nakręcił,

A film z Księżyca, powszechnie znany,

Obiegł dosłownie wszystkie ekrany.



Rzekł pan Soczewka: Nie dbam o sławę,

Wiem tylko jedno: muszę niebawem

Znów stworzyć takie filmowe dzieło,

Które by całym światem wstrząsnęło!

Księżyc to fraszka. Teraz dopiero

Cudów dokażę mnoją kamerą.

Zgłębię ocean, zgłębię go do dna,

Nęci mnie taka podróż podwodna!

Nikt jeszeze nie wie, co się tam dzieje,

Dowiem się pierwszy i mam nadzieję,

Że rząd mi na to przyzna fundusze.

Teraz do pracy zabrać się muszę!



Przygotowania dość długo trwały,

Lecz pan Soczewka był tak wytrwały,

Że przed upływem ośmiu miesięcy

Miał już gotowe wszystko, mniej więcej.

Myśl powziął w lutym, a w październiku

Przemierzał obszar wód Atlantyku

Specjalnym statkiem K.I. Gałczyński

Wybudowanym w stoczni szczecińskiej.

Statek był wielce skomplikowany.

Sam pan Soczewka sporządził plany,

A trzej wybitni inżynierowie

Musieli stawać niemal na głowie,

By tej niezwykłej sprostać budowie.

Statek był w kształcie półkuli dużej,

Mógł więc wirować podczas podróży.

Z masy plastycznej miał spód kadłuba,

Ściany, tworzyła szkła warstwa gruba

Obita szczelnie miką falistą,

Panoramiczną i przezroczystą.



Gdy pan Soczewka wyruszył w drogę,

Trzyosobową zabrał załogę.

Był więc kapitan, rzecz oczywista,

Prócz tego radiotelegrafista

Oraz mechanik. Zdziwi to kogo,

Że z tak nieliczną płynął załogą.

Rzecz polegała zaś właśnie na tym,

Że nie załoga, lecz automaty

W ruch mechanizmny wszystkie wprawiały

I niosły statek z szybkością strzały.



Na statku również mknął przez Atlantyk

Oprócz załogi - pies Kalasanty,

Który tak mądrą przeszedł tresurę,

Że wykonywał prace niektóre:

Na noc opuszczał flagę na maszcie,

A gdy mówiono: Kawę zaparzcie,

Naciskał guzik i już niebawem

Załoga mogła pić czarną kawę.



Tutaj nadmienić sobie pozwolę,

Że wewnątrz statku, na samym dole,

Mieścił się pocisk, co od tej strony

Miał być w głębiny wód wystrzelony.

Pocisk ten zwał się atomosonda.

Zaraz wam powiem, jak on wyglądał.

Mierzył sześć metrów. Górna połowa,

Czyli rakieta pięciostopniowa,

Nieść miała pocisk w morską głębinę

Z szybkością trzystu mil na godzinę.

W dolnej połowie atomosondy

Była kabina, a w niej przyrządy

I urządzenia elektronowe,

Aparatury kompletnie nowe:

Więc mechaniczny wzrok, a co więcej

Trzy wysuwane dowolnie ręce,

W nich zaś kamery trzy samodzielne,

Automatyczne i wodoszczelne.

Kabina miała zrobione ściany

Z masy przejrzystej, dotąd nieznanej.

Wewnątrz kabiny, prócz otomany,

Stał stół, był prysznic, leżanka miękka

Dla psa, apteczka oraz kuchenka.

W razie potrzeby pocisk z podłogi

Wypuszczał sztuczne stalowe nogi,

By na podwodne kroczyć połowy.

Napęd, rzecz prosta, miał atomowy,

Gdyż pan Soczewka tego zażądał.

Tak wyglądała atomosonda.



W chwili gdy statek opuszczał Szczecin,

Wiwatowały tysiące dzieci,

W porcie zagrała orkiestra dęta

I z dział strzelano jak podczas święta.

Sam pan Soczewka guzik nacisnął,

Statek się zerwał, świsnął i prysnął,

Śmignął jak strzała przez obszar siny,

Przeskoczył Bałtyk, minął cieśniny,

Pędził, wirował niepowstrzymanie,

Aż się zatrzymał na oceanie.



Tu zarzucono wreszcie kotwicę,

Tu pan Soczewka zjadł jajecznicę,

Inni dostali mięsną potrawę,

A Kalasanty zaparzył kawę.

Gdy automaty zmyły naczynia,

Gdy komunikat podała Gdynia,

Rzekł pan Soczewka: Czas już zejść na dno.

Zapowiedziano pogodę ładną,

Więc, jak przypuszczam, podwodne prądy

Nie zniosą zbytnio atomosondy.



Następnie dodał, prężąc się butnie:

Proszę za kwadrans włączyć wyrzutnię!

I psa trzymając krótko przy pysku,

Przez wąski otwór wszedł do pocisku.



Wnet ze straszliwą siłą wypchnięty

Pocisk jak piorun runął w odmęty,

Po czym rakiety kolejne człony

Niosły go w głębin żywioł skłębiony,

W mrok niezmierzony, w otchłań topieli,

Gdzie fosforyczne światło się bieli,

Gdzie po raz pierwszy śmiałek szczęśliwy

Dojrzy nieznane dotychczas dziwy.



Panu Soczewce wzrok mechaniczny

Przekazał obraz panoramiczny.

I oto świat ten oceaniczny,

Świat niezbadany ujrzał jak w lustrze:

W krąg koralowe pięły się puszcze,

W gęstwie korali ślepia łypały,

Łby wyrastały wielkie jak skały,

Sączył się z pysków odwar spieniony,

Próchnem odwiecznym lśniły ogony,

Wiły się cielska w łusce kosmatej,

Pluły fosforem perłowe kwiaty,

A ryby-miecze i ryby-piły

Zaciętą walkę z sobą toczyły.

Pies Kalasanty spoglądał z trwogą

I cicho skomląc, podwinął ogon.

Rzekł pan Soczewka: Co za skowyty?

Ja tu nakręcam film znakomity,

Nieustraszenie zgłębiam Atlantyk,

A ty mi skomlesz?... Wstyd, Kalasanty!

Pies nie śmie bać się, bo to nieładnie.

Proszę hamulce włączyć przykładnie!...

Ulwaga!... Zaraz będziemy na dnie.



Rozległ się łoskot i zgrzyt złowrogi,

Pocisk wypuścił stalowe nogi,

Zatrząsł się, chwiał się przez moment spory,

Lecz samoczynne regulatory

Atomosondę wyprostowały

I alarmowe zgasły sygnały.



Tu pan Sorzewka do działań skory

Włączył od razu trzy reflektory

I atomowe spięcie uranu

Zalało światłem dno oceanu.



Stało tam miasto nieogarnione

Przed tysiącami lat zatopione.

Rzekł pan Soczewka: O zakład idę,

Żeśmy trafili na Atlantydę!

Jakiż w tych czasach bywał budulec,

Że mógł działaniu wieków nie ulec!



Pocisk powoli przed siebie ruszył.

Pies Kalasanty nastawił uszy,

A pan Soczewka w bezmiar czeluści

Trzy mechaniczne ręce wypuścił

I uruchomił trzy obiektywy,

Żeby sfilmować te wszystkie dziwy,

Ten świat niezwykły, ale prawdziwy.



Po bokach ulic gmachy wysokie,

Całe z metalu, stały bez okien.

Miały kształt stożków, jak piramidy.

Taki był widać styl Atlantydy.

Gmach każdy tego dziwnego miasta

Zwierzokrzewami gęsto porastał:

Jedne z nich miały gąbczaste pyski,

A w każdym pysku tkwił jęzor śliski.

Inne trzygłowe, pokryte grzywą,

Wielkie, pękate hydrę straszliwą

Przypominały swoim wyglądem.

Te chciały przyssać atomosondę,

Lecz je odepchnął prąd elektryczny.

Inne znów miały wygląd kosmiczny,

Bo liść zwijały w dziobek niewielki

I wypuszczały z niego bąbelki

W różnych kolorach, jak baloniki.

Inne wzrok miały mętny i dziki

O takiej sile, że po godzinie

Jeszcze migotał i drgał w kabinie.



Wąskie ulice stały nietknięte,

Oblane wodą, jak atramentem,

I reflektorów potężne błyski

Z trudem drążyły ten mrok pobliski.

W mieście podwodnym, po tylu wiekach,

Nie było widać śladu człowieka,

Ni czaszek ludzkich, ni ludzkich kości.

Wszystko zapadło w otchłań nicości.



Sto metrów dalej na placu miasta

Pięła się w górę wieża spiczasta,

A przed nią posąg na piedestale

Stał zachowany tak doskonale,

Że można było prócz głowy łysej

Rozpoznać także twarz i jej rysy.

Korona tkwiła na czubku głowy,

A z twarzy sterczał nos półmetrowy.

Warga zwisała aż do podbródka,

Na którym rosła bródka króciutka.

Król ten - bo był to król niezawodnie -

Miał podwinięte do kolan spodnie,

A w nich, jak balon, brzuch okazały,

Z łydek zaś skrzydła mu wyrastały.



Pod spodem była ogromna płyta

I pan Soczewka napis odczytał:

Karabalobum Atlantalobum

Parabalibum sobum e wobum.

Rzekł pan Soczewka: Spójrz, Kalasanty

Oto jest pomnik króla Atlanty,

Więc go na filmie szybko utrwalmy,

By znowu zdobyć trzy Złote Palmy

A teraz, piesku, ruszamy dalej.

I kazał kroczyć nogom ze stali

Poprzez spętane gąszcze korali.



Ryby nie żyją na tej głębinie,

Mogą tu istnieć płazy jedynie,

Ale te płazy są to okazy

Twardsze od naszych tysiące razy,

Opancerzone tak, że bez szkody

Znoszą straszliwe ciśnienie wody.

Atlantozaury zwartą ławicą

Krągłe, bezgłowe, tuż nad ulicą

Zawirowały swoim zwyczajem

I gniotąc sobie boki nawzajem,

Ssały żarłocznie morskie liszaje.

Dwie salamandry opancerzone

Niepostrzeżenie pełzły w ich stronę,

Pożarły wszystkie jeden po drugim,

Pozostawiając złociste smugi.



Zza węgła wyszedł jaszczur kolczasty

I koralowe mijając chwasty,

Na salamandrę napadł znienacka,

Zgniótł łeb jej twardy w kolczastych mackach,

Lecz zanim jeszcze żer swój przetrawił,

Smok siedmiogłowy nagle się zjawił.

Pełzał dokoła ze dwie minuty,

Podniósł swój ogon w łuskę zakuty

I tym ogonem niby maczugą

Jaszczura po łbie walił tak długo,

Aż go ogłuszył, kolce obkruszył,

Pożarł i dalej przed siebie ruszył.

Wtem ujrzał pocisk pana Soczewki.

Rzekł pan Soczewka: To nie przelewki,

Smok mnie przeraża swoim wyglądem,

Potwór ten zniszczy atomosondę!

Musimy zmykać i zejść mu z drogi.



Pocisk wyciągał stalowe nogi,

Biegł ulicami pustego miasta,

Lecz smok co chwila przed nim wyrastał.

Porisk wyciągał ręce stalowe

I zdołał urwać mu jedną głowę,

Potem dwie jeszcze. Zostały cztery.

Rzekł pan Soczewka: Moje kamery

Pracują sprawnie. Życie poświęcę,

Ale z tej walki film dziś nakręcę.



Potwór krwią broczyt. Już się zdawało,

Że pocisk wyjdzie z opresji cało,

Gdy nagle ruchem niepostrzeżonym

Smok z całej siły machnął ogonem

I podciął nogi atomosondzie.

Rzekł pan Soczewka: Mucha nie siądzie...

Ale, niestety, w tej samej chwili

Pocisk się zachwiał, na bok przechylił

I upadł ciężko na smoczy ogon.



Pies Kalasanty przejęty trwogą

Zawył żałośnie, a pan Soczewka

Rzekł niewesoło: Skończona śpiewka,

Naszej ofiary nikt nie oceni.

Klapa! Jesteśmy, piesku, zgubieni.

Pogasły lampy i reflektory,

Przestały działać regulatory

I automaty, a w chwilę potem

Stacja nadawcza pękła z łoskotem.

W mrok pan Soczewka spojrzał i zoczył,

Że inny potwór z głębin wytoczył

Cielsko olbrzymie jak kamienica.

Był to straszliwy płaz: ośmiornica -

Oceaniczna, ośmioramienna,

Cała kamienna. I rzecz znamienna:

Smok w koralowe schronił się krzaki

Schyliwszy łby swe dla niepoznaki.

A ośmiornica ośmiorgiem ramion,

Które bez trudu górę przełamią,

Atomosondę trącać zaczęła,

Po czym się wolno wzięła do dzieła.



Ramieniem pocisk więc podważyła -

Taka potężna była w niej siła.

Drugim ramieniem go opasała,

Z piachu dźwignęła, wyprostowała,

Trzecim ramieniem pchnęła od dołu,

Po czym pięciorgiem ramion pospołu

Wiosłując wolno, w górę ruszyła -

Taka potężna była w niej siła.

Gdy pocisk znowu stanął pionowo,

Pies o kuchenkę uderzył głową,

A pan Soczewka fiknął koziołka

Z łóżka na stołek, potem ze stołka

Wleciał na biurko, następnie z biurka

Spadł i pod łóżko dał jeszcze nurka.

Tu się dopiero zerwał gwałtownie.

- Muszę naprawić wpierw elektrownię -

Rzekł pan Soczewka do działań skory -

Gdy tylko wprawię w ruch reaktory,

Zapalę światła i reflektory,

Morskie potwory porażę prądem

I uruchomię atomosondę.



Włożył w to wszystko trudu niemało,

Lecz jak powiedział, tak się też stało.

Bo pan Soczewka miał umysł ścisły,

A oprócz wiedzy - mądre pomysły.

Wnet reflektory tedy zabłysły

I ośmiornicy cielsko potężne,

Każde jej ramię grube i prężne,

Można zobaczyć było przez szyby,

Lecz widać było także i ryby.



Rzekł pan Soczewka: Płyniemy w górę,

Wskazują na to ryby niektóre,

A jakbym sądzić mógł z manometrów,

Od dna nas dzieli pięć kilometrów.

Już poza nami jest Atlantyda.

Tak! Ośmiornica czasem się przyda!



Wypowiedziawszy swoje poglądy,

Prąd elektryczny z atomosondy

Skierował prosto na ośmiornicę.

Iskry błysnęły jak błyskawice,

Rażąc potwora w głowę i w oczy.

Cios go na chwilę, widać, zamroczył,

Gdyż jedno ramię z wolna opadło,

A pan Soczewka walkę zajadłą

Prowadził dalej, zwiększył napięcie,

I atakował bestię zawzięcie.



- Spójrz, Kalasanty! Chyba nie kłamię,

Potwór rozluźnił już drugie ramię.

O, teraz trzecie. A teraz czwarte.

Już piąte ramię też jest rozwarte!

Ugodzę jeszcze po raz ostatni!

Ha! Uwolnieni jesteśmy z matni!

Skończyłem wreszcie z podwodnym zbójem.

Mam go w całości? Mam go! Filmuję!



Z wolna szło na dno cielsko potwora,

Obok płynęła trytonów sfora,

A ryby-miecze i ryby-piły

Za tym niezwykłym żerem goniły.

Rzekł pan Soczewka: Wszystko to pierzchnie,

Bo wypływamy już na powierzchnię.

Pociągnął dźwignię, sprawdził przyrządy,

Nastawił stery atomosondy,

Pies Kalasanty zaparzył kawę,

I tak kończyli swoją wyprawę.



W panoramicznych szybach niebawem

Ujrzeli statek, który w oddali

Po niespokojnej żeglował fali.

Na maszcie flaga zatrzepotała.

A na pokładzie załoga cała

Panu Soczewce salutowała.

Jak z pokładowej księgi wynika,

Kapitan kazał upiec indyka,

A gdy na deser podano ciasto,

Końca nie było różnym toastom.



Nazajutrz statek K.I. Gałczyński

Zjawił się znowu w porcie szczecińskim.

Orkiestra grała, strzelały działa,

Ludność Szczecina wiwatowała,

Fotografowie i reporterzy

Pstrykali zdjęcia tak, jak należy,

A pan Soczewka w tym samym czasie

Udzielał mnóstwa wywiadów prasie;

Mówił o wszystkim, o tym, o tamtym,

Zapomniał tytko o Kalasantym.



Więc Kalasanty, nie bez urazy,

Do mikrofonu szczeknął trzy razy.

2007-07-31 22:36:50

Leń




Na tapczanie siedzi leń,

Nic nie robi cały dzień.



- O wypraszam to sobie!

- Jak to? Ja nic nie robię?

- A kto siedzina tapczanie?

- A kto zjadł pierwsze sniadanie?

- A kto dzisiaj pluł i łapał?

- A kto się w głowę podrapał?

- A kto dziś zgubił kalosze?

- O - o! Proszę!



Na tapczanie siedzi leń,

Nic nie robi cały dzień.



- Przepraszam! A tranu nie piłem?

- A uszu dzisiaj nie myłem?

- A nie urwałem guzika?

- A nie pokazałem języka?

- A nie chodziłem się strzyc?

- To wszystko nazywa się nic?



Na tapczanie siedzi leń,

Nic nie robi cały dzień.



Nie poszedł do szkoły, bo mu się nie chciało,

Nie odrobił lekcji, bo czasu miał za mało.

Nie zasznurował trzewików, bo nie miał ochoty,

Nie powiedział "dzień dobry", bo z tym za dużo roboty,

Nie napoił Azorka, bo za daleko jest woda,

Nie nakarmił kanarka, bo czasu mu było szkoda;

Miał zjeść kolację - tylko ustami mlasnął,

Miał położyć się spać - nie zdążył - zasnął.

Śniło mu się, że nad czymś ogromnie się trudził;

Tak zmęczył się tym snem, że się obudził.

2007-07-31 22:36:01

Z motyką na słońce




Roch węgla od dawna pod piecem nie widział,

Już skończył się zapas, wyczerpał się przydział.



Więc Roch wpadł na pomysł: "Tak zimno w chałupie,

A słońce jest wielkie. Gdy okruch odłupię



I wrzucę do pieca, wystarczy mi ciepła,

By barszcz nie zamarzał i kasza nie krzepła."



Pomyślał i ruszył z motyką na słońce,

A słońce - wiadomo - jak ogień gorące.



Motyka już topić się z wolna zaczęła,

Lecz Roch nie ustawał, Roch wołał: - Do dzieła!



Do dzieła! Choć sobie czuprynę osmalę,

Wciąż będę motyką uderzał wytrwale



I choćby mnie słońce spaliło na popiół,

Nikt we wsi nie powie, żem swego nie dopiął!



To rzekłszy przygarnął dwie chmury deszczowe,

Z nich jedną położył, jak kompres na głowę,



A drugą wyżymał zwilżając ostrożnie

Motykę, jak zwilża się kurę na rożnie.



Bił w tarczę słoneczną, choć dręczył go upał,

Aż w końcu motyką okruszek odłupał.



Zawinął go w chmurę, jak w szmatkę wilgotną,

I podał czym prędzej Rochowej przez okno.



Rochowa okruszek do pieca wrzuciła,

Obrała ziemniaki i barszcz nastawiła.



Buzuje się okruch słoneczny na ruszcie,

A wy, jeśli chcecie, czyn Rocha powtórzcie.



Nauka zaś taka z wierszyka wynika,

Że może każdemu się przydać motyka.

2007-07-31 22:35:21

Opowiedział dzięcioł sowie




Opowieści różne znacie:

Więc opowieść o piracie,

O magiku-mechaniku,

O zaklętym koguciku,

O północnym, groĄnym wietrze

I o chorym termometrze.

O uczonym kocie w butach

I o wyspach Bergamutach,

O diabełku na kominie,

O sierotce Klementynie,

O entliczku, o pentliczku

I o Janku Wędrowniczku,

O Paproszku - mądrym skrzacie -

Wszystkie te historie znacie.

Ale dziś mam - daję słowo -

Bajkę dla was całkiem nową.



Posłuchajcie: pod Dąbrową

Jest dąbrowa. W tej dąbrowie

Opowiedział dzięcioł sowie

O tym, czego się dowiedział,

Kiedy w leśnej dziupli siedział.

Ja to wszystko podsłuchałem

I czym prędzej zapisałem.



I



Było tak: w sędziwym lesie,

Który widać na bezkresie,

Mieszkał bury wilk Barnaba,

Zamożniejszy od nababa.

Miał on skarbów pełne wory

I wciąż znosił do komory

Smakołyki i frykasy,

Z których słyną polskie lasy.



Miał Barnaba spryt handlowy,

Więc założył wśród dąbrowy

Sklep dla zwierząt. Na polanie

Wybudował rusztowanie,

Poukładał mech u góry,

Pozatykał gliną dziury,

Gałęziami ściany pokrył

I, z wysiłku cały mokry,

Siadł za ladą. Na tej ladzie

Smakowite kęski kładzie.

Każdy łatwo coś wyszuka:

Jest tu przysmak dla borsuka,

Jest pachnący ser dla lisa,

Dla niedĄwiedzia pełna misa,

Coś dla kuny do zjedzenia,

Świeża marchew dla jelenia,

Dla jaszczurek smaczny żurek

I orzechy dla wiewiórek.



Siedzi wilk Barnaba w sklepie

I zmrużywszy jedno ślepie,

Wszystkich woła i zaprasza:

- Komu jaja, komu kasza,

Komu mleko na śniadanie?

U mnie w sklepie jest najtaniej!



Wielka była to przynęta,

A więc zbiegły się zwierzęta.

Wszystkie tłoczą się u lady:

- Proszę kilo marmolady...

- A ja garść orzechów proszę...

- Dla mnie sadła za trzy grosze...

- Dla mnie miodu dziesięć deka...

- A ja proszę kwartę mleka...



Wilk się krząta i na ladzie

Co najgorszy towar kładzie,

Nie doważa, nie domierza,

Marmolada jest nieświeża,

Sadło zgniłe i tłuste,

Gorzki ser, orzechy puste,

Zamiast mleka - sama woda.

Wprost każdego grosza szkoda!



- Jak tu drogo! - jęknął zając.

Na to rzekł Barnaba wstając:

- Kto powiedział, że jest drogo?

Nie prosiłem z was nikogo,

By odwiedzał moją knieję.

Komu drogo - niechaj nie je!

A jak chodzi o zające,

Radzę zmykać, bo przetrącę!



Czmychnął zając nie czekając -

Nie przekona wilka zając.

Sarna wstała pełna trwogi,

Tchórz wiewiórce szpenął: - W nogi!

I nie wziąwszy nawet reszty,

Zmykał szybko, gubiąc meszty.



II



Nieco dalej, stąd pół mili,

Mieszkał siwy ryś Bazyli.

Był wąsaty, zły i srogi;

Każdy rad był zejść mu z drogi,

A on prychał, a on mruczał,

Wszystkim bruĄdził i dokuczał.

Nawet rudy lis Mikita

Bardzo grzecznie rysia witał

I udając, że jest chory,

Szybko biegł do swojej nory.



Ryś miał także sklep swój w lesie;

Znał się ryś na interesie,

Toteż jego sklep był pełny

Ciepłych futer, pierza, wełny,

Ptasich czubków, barwnych piórek

I kapturków dla wiewiórek.



Siedział ryś Bazyli w sklepie

I zmrużywszy jedno ślepie,

Wołał ciągle: - Idzie zima,

Kto na zimę futra nie ma,

Kto linieje lub łysieje,

Niech tu biegnie poprzez knieję,

Bowiem każde leśne zwierzę

U mnie ciepło się ubierze,

Ptak - odnowi swoje pierze,

Wszystko można dostać u mnie!

Więc zwierzęta biegły tłumnie.

Ten coś kupił, ów coś kupił,

A Bazyli skórę łupił,

Zamiast futer wtykał szmaty,

Zamiast skórek - stare łaty,

Zamiast wełny - pęk badyli.

Taki to był ryś Bazyli!



Niedaleko sklepu rysia

Była w jarze jama lisia,

Dobrze pośród drzew ukryta.

Mieszkał w jamie lis Mikita.



Po wsiach znał kurniki liczne

I zagrody okoliczne,

Umiał świtenie w każdym czasie

Wykryć nowe gniazda ptasie,

Umiał gąskę podejść z bliska,

Wiedział, gdzie są kretowiska,

Po karasie biegł do rzeki

I wybierał miód z pasieki.



Zdobycz swoją co dni kilka

Lis Mikita niósł do wilka.



Wilk unosił się na ławce:

- Czekam, czekam na dostawcę.

Pokaż towar. Cóż to? Kaczka?

Ależ chuda nieboraczka!

Gęś? Nie będzie z niej pociechy;

Jajka małe jak orzechy.

Nie, Mikito, miód niesłodki,

A karasie są jak płotki.

Nędzna zdobycz, drogi lisie,

I na moje widzimisię

Warta cztery skórki krecie.

Ale więcej? Nigdy w świecie!

Lis miał mores przed Barnabą -

Potargował się dość słabo,

Schował skórki, a po chwili

Już go witał ryś Bazyli:

- Cóż przynosisz dziś, Mikito?

Cztery skórki? Dobre i to.

Mogę wziąść je, chętnie służę,

Dam ci za nie jajko kurze.

Lis podskoczył: - Nie kpij ze mnie!

Słuchać nawet nieprzyjemni.

Za te skórki, wyznać przykro,

Dałem trzy karasie z ikrą,

Dziesięć jajek, kaczkę młodą,

Gęś i duży plaster miodu.

Ryś uderzył groĄnie w ladę:

- Skórki biorę, jajko kładę

I nie radzę wszczynać kłótni,

Bo się skończy jeszcze smutniej.



Lis do kłótni nie był skory -

Poszedł z jajkiem do swej nory

I pomyślał, płaczu bliski:

"To są właśnie moje zyski."



III



Wilk bogacił się na sklepie,

Ryś stał także coraz lepiej.

Jeśli chodzi o Mikitę,

Ten się trzymał własnym sprytem.



Lecz zwierzęta - że wymienię

Tchórze, jeże i jelenie,

Nawet kuny i niedĄwiedzie -

Wszystkie były w wielkiej biedzie.



A tymczasem przyszła jesień,

Coraz głodniej było w lesie,

Coraz głodniej, coraz chłodniej,

Upływały dni, tygodnie,

W lesie było brak żywności,

Poszły wszystkie oszczędności,

A u rysia i u wilka

Ceny rosły co dni kilka.



Wilk Barnaba siedział w sklepie

I zmrużywszy jedno ślepie,

Wykrzykiwał: - Głodomory,

Opuszczajcie wasze nory,

Przybywajcie do mnie tłumnie!

Tylko u mnie, tylko u mnie

Są kiełbaski i serdelki,

I przysmaków wybór wielki!



Równocześnie z innej strony

Ryś Bazyli niestrudzony

Wołał: - Do mnie, chuderlaki!

Mam serdaki, mam kubraki,

Skórki ciepłe jak pierzyny

I zimowe peleryny.

Lecz zachęta nie pomoże,

Kiedy nędza jest w komorze,

Bo kupują ci, co płacą,

A kupować nie ma za co.



Tak cierpiała knieja cała,

Wreszcie miarka się przebrała.



Mieszkał w lesie niedĄwiedĄ Błażej.

Choć wyglądał nie najstarzej,

Szanowały go zwierzęta,

Tak jak ludzie - prezydenta.

Przyszły tedy do BłaĄeja:

- W tobie cała jest nadzieja!

W lesie chłodno, w domu głucho,

Daj nam radę niezawodną,

Bo Barnaba i Bazyli

Już doszczętnie nas złupili.



NiedĄwiedĄ w ucho się podrapał,

Długo myślał, długo sapał,

Wreszcie rzekł: - Mam pomysł taki:

Niech kukułka wszystkie ptaki

I zwierzęta z całej kniei

Zawiadomi po kolei,

Że w świetlicy "Pod Żołędziem"

Jutro się nasz sejm odbędzie.

- Świetnie! Świetnie! - krzyknął zając. -

Sejm zwołamy nie zwlekając!



- Racja - rzekły dwie kukułki,

Nierozłączne przyjaciółki. -

Obwieścimy wnet orędzie,

Że się jutro sejm odbędzie.



Zaraz wzięły się do dzieła,

Jedna w prawo pofrunęła,

Druga w lewo - i kukały

Dwie kukułki przez dzień cały.



IV



Wielkie tłumy sejm zgromadził.

NiedĄwiedĄ z braćmi się naradził,

Po czym wszedł na podwyższenie

I pozdrowił zgromadzenie:

- Witam sarny i jelenie,

Witam kuny, tchórze, jeże,

Nawet lisy witam szczerze

I borsuki, i zające,

Całe ptactwo śpiewające,

Nawet srokę, nawet sowę,

Witam wszystkich, jednym słowem.

Moi drodzy, znamy dzisiaj

Sprawki wilka, sprawki rysia.

Czas już skończyć z ich wyzyskiem,

Więc niech nad tym przede wszystkim

Sejm nasz dziś się zastanowi.

Głos oddaję borsukowi.



Borsuk wstał, poprawił przedział,

Chrząknął, po czym tak powiedział:

- Mogę wyznać nie bez dumy,

Żem tu wszystkie zjadł rozumy,

Żem obmyślił wszystko ściśle

I wam powiem to, co myślę.

Czas już wreszcie wyjść z potrzasku,

Przestać jadać babki z piasku,

Chleb ze śniegu, figi z makiem.

Otóż ja mam plany takie:

Każdy ptak i każde zwierzę

W swej komorze coś wybierze

I natychmiast tu przyniesie

Jako udział w interesie.

Gdy zbierzemy już udziały,

Otworzymy sklep wspaniały,

Gdzie się będą sprzedawały

Tanie, świeże wiktuały.

Wspólnym trudem i staraniem

Zdobędziemy futra tanie,

Tanie sadło, tanią kaszę.

Zjednoczymy siły nasze.

Wszyscy razem, nie oddzielnie,

Ale dzielnie tę spółdzielnię

Przed nadejściem jeszcze zimy

Wspólną pracą utworzymy.

Jeleń krzyknął: - Dobrze gada!

To przynajmniej mądra rada!

Tchórz zawołał: - Brawo, brawo,

Trzeba zająć się tą sprawą,

Bo gdzie jest wysiłek zgodny,

Tam dobrobyt niezawodny!

Tu przemówił lis Mikita:

- Myśl naprawdę znakomita,

Ruch spółdzielczy bardzo cenię,

Chętnie swą naturę zmienię

I zapewniam zgromadzenie,

Że od dzisiaj najrzetelniej

Chcę pracować dla spółdzieli.



- Świetnie! - rzekły dwie kukułki,

Nierozłączne przyjaciółki,

I uparcie coś kukały

W sposób dość niezrozumiały.

NiedĄwiedĄ przerwał to kukanie:

- Dosyć, dosyć, moje panie.

Sprawa jasna, szkoda czasu!

Budujemy sklep wśród lasu.

Wszystkich czeka ciężka praca -

Praca zawsze się opłaca.

Przekonajmy więc borsuka,

Że nie poszła w las nauka,

Że już wilk nas nie oszuka,

Że już ryś nas nie oszwabi -

Żeśmy silni, a nie słabi.



- Brawo!, brawo! - krzyknął zając. -

Sklep budujmy nie zwlekając,

Lecz uczcijmy wpierw Błażeja,

Kniei naszej dobrodzieja!



- Oczywiście! W górę! W górę! -

Zawołali wszyscy chórem

I wesoło, choć z wysiłkiem,

Podrzucali go jak piłkę,

A kukułka z przyjaciółką

Szybowały nad nim w kółko.



V



Wszyscy zgodnie pracowali:

Więc niedĄwiedzie - wzorem drwali -

Dostarczały pni i pali.

Sarny z wszystkich stron się zbiegły

I lepiły z gliny cegły.

Z wodnej tafli jeleń szybki

Pozdejmował szklane szybki.

Przy stawianiu pieców kuna

Wykonała pracę zduna.

Jeże igieł dostarczyły,

A dzięcioły z całej siły

Deski nimi przybijały

Do podłogi i powały.



Pracowali wszyscy zgodnie

I w niespełna dwa tygodnie

Sklep stał całkiem już gotowy

Na polanie wśród dąbrowy.

Wnet borsuki, tchórze, kozły

Najróżniejszy prowiant wiozły:

Sadło, kaszę i serdelki,

I przysmaków wybór wielki.

Oprócz tego sklep był pełny

Ciepłych futer, pierza, wełny,

Ptasich czubków, barwnych piórek

I kapturków dla wiewiórek.



A za ladą lis Mikita

Kupujących grzecznie wita,

Tu odważy, tam odmierzy,

Towar dobry, tani, świeży.

Nikt nikogo nie oszwabia,

Nikt na nikim nie zarabia,

Bo gdzie łączą wspólne cele,

Tam są wszyscy przyjaciele.



Sklep szedł odtąd jak najlepiej,

Każdy wszystko dostał w sklepie

I w powszechnym dobrobycie

Upływało leśne życie.

A kukułka z przyjciółką

Wciąż latały tylko w kółko

I na przekór innych ptakom

Ułożyły piosnkę taką:



- Powiedzcie, jaskółki,

Ku - ku,

Gdzie mam kupić bułki?

Ku - ku!

- W spółdzielczym sklepie,

Ku - ku,

Kupisz najlepiej,

Ku - ku!

- Powiedzcie mi, kraski

Ku - ku,

Gdzie mam kupić placki?

Ku - ku!

- W spółdzielczym sklepie,

Ku - ku,

Kupisz najlepiej,

Ku - ku!

- Powiedzcie, słowiki,

Ku - ku,

Gdzie kupić pierniki?

Ku - ku!

- W spółdzielczym sklepie,

Ku - ku,

Kupisz najlepiej,

Ku - ku!

Tak śpiewały i kukały

Dwie kukułki przez dzień cały.



Bury wilk przed sklepem swoim

Stał i patrzył z niepokojem.



Wreszcie zamknął go na kłódkę

I opuścił las ze smutkiem.



- Trudno! - westchnął ryś Bazyli.

Także zamknął sklep po chwili

I opuścił z żalem knieję.



Co się z nimi teraz dzieje,

Tego nawet dzięcioł sowie,

Choć jest plotkarz - nie opowie.

2007-07-31 22:33:58

Mops




W kuchni stał na stole klops.

Mops do klopsa chyłkiem - hops!

Gdy się najadł tak, że spuchł aż,

Nagle zjawił się pan kucharz.



Patrzy, blednie - nie ma klopsa,

Rzecze tedy groźnie do psa:

Ja przepraszam pana mopsa,

Pan mi tu za bardzo hopsa,

Żeby pan nie dostał kopsa!



Na to mops wyszczerzył kły

I odszczeknął bardzo zły:

Fe! A cóż to za maniery?

Jeśli mam być całkiem szczery,

Na mnie nawet pan nie dmuchnie,

Bo i tak chcę zmienić kuchnię,

A to głównie z tej przyczyny,

Że nie znoszę siekaniny!

Po czym precz odrzucił sztuciec,

Warknął, burknął i chciał uciec.



Kucharz, widząc to, wpadł na psa,

Porządnego dał mu klapsa,

A na obied zamiast klopsa,

Spożył - zły jak mops - rolmopsa.

2007-07-31 22:32:55

Pytalski




Na ulicy Trybunalskiej

Mieszka sobie Staś Pytalski,

Co, gdy tylko się obudzi,

Pytaniami dręczy ludzi.



W którym miejscu zaczyna się kula?

Co na deser gotują dla króla?

Ile kroków jest stąd do Powiśla?

O czym myślałby stół, gdyby myślał?

Czy lenistwo na łokcie się mierzy?

Skąd wiadomo, że Jurek to Jerzy?

Kto powiedział, że kury są głupie?

Ile much może zmieścić się w zupie?

Na co łysym potrzebna łysina?

Kto indykom guziki zapina?

Skąd się biorą bruneci na świecie?

Ile ważą dwa kleksy w kajecie?

Czy się wierzy niemowie na słowo?

Czy jaskółka potrafi być krową?



Dziadek już od roku siedzi

I obmyśla odpowiedzi,

Babka jakiś czas myślała,

Ale wkrótce osiwiała,

Matka wpadła w stan nerwowy

I musiała zażyć bromu,

Ojciec zaś poszedł po rozum do głowy

I kiedy powróci - nie wiadomo.

2007-07-31 22:32:07

Panieneczka z pudełeczka




Panieneczka z pudełeczka,

Nie Haneczka, nie Janeczka,

Nie Marysia, nie Wandeczka,

Nie Irenka, nie Idalka,

Lecz po prostu zwykła lalka,

I nie zwykła, lecz mądralka...



Panieneczka z pudełeczka

Karminowe ma usteczka,

Nosek zgrabny i rumiany

I policzki z porcelany.

Panieneczka z pudełeczka

Jest pulchniutka jak bułeczka,

Ma jedwabne złote włoski,

Uśmiech miły i beztroski,

Rączki bielsze ma od mleczka,

A ubrana jak laleczka

Jest ta śliczna panieneczka.



Cały dzień, jak inne panie,

Siedzi grzecznie na tapczanie,

Jest wytworna niesłychanie

I gdy kot się łasi do niej,

Głaszcze kota spodem dłoni.

Kot jej dał na imię Lala,

Lalce głaskać się pozwala,

Z nią rozmawiać długo umie,

Ona jedna go rozumie.

Mówi lalka: Mój koteczku,

Nie ma myszy w mym domeczku,

Ale za to na spodeczku

Zawsze jest łyżeczka mleczka

I ciasteczka dla koteczka.



Kot jest czarny i puszysty,

Kot do lalki pisze listy,

Opowiada jej bajeczki

I przemawia do laleczki



Po swojemu, po kociemu:

Droga Lalu, powiedz, czemu

Siedzisz ciągle na tapczanie?

Wstań, kochanie, pójdź, kochanie,

Do ogrodu na igraszki.

Tam śpiewają cudnie ptaszki,

Tam fruwają barwne ważki,

Tam po stawie łódka płynie

I przegląda się w głębinie,

Tam szeleści wiatr wesoły,

Szczerozłote brzęczą pszczoły,

Pachną kwiaty, dzwonią dzwońce,

A na niebie wisi słońce

I przygląda się z oddali,

I uśmiecha się do Lali.

Nim uśmiechać się przestanie,

Wstań, kochanie, pójdź, kochanie,

Odbędziemy sobie w zgodzie

Piękną podróż po ogrodzie.



Idzie lalka środkiem dróżki,

Lekko stawia drobne nóżki,

Kot odpędza od niej muszki

I prowadząc ją za rękę

Mruczy kocią swą piosenkę.

Lalkę każdy kwiatek wita,

Każda trawka pospolita,

Wszystko w oczach jej rozkwita.



Pierwsza głos zabrała róża:

Patrzcie, lalka! Jaka duża!

Jakie oczy ma błękitne!

W takich oczach chętnie kwitnę.

Spójrzcie, jaka buzia słodka! -

Zachwycała się stokrotka.

Jestem prawie zakochany -

Szepnął goździk. Tulipany

Pochyliły swe łodygi,

A narcyzy na wyścigi

Kołysały się na wietrze

Coraz tkliwsze, coraz bledsze...



W górze słońce lśni złociście,

Uroczyście szumią liście,

Żuki chórem brzęczą w trawie,

A za kępą drzew, na stawie,

Uwiązana wprost do pieńka

Stoi łódka malusieńka.



Łódka piękną podróż wróży,

Kot zaprasza do podróży,

Lalka siada więc przy sterze,

A on dziarsko wiosła bierze

I już w dal odpływa łódka,

Chociaż taka jest malutka.



Bardzo rada tej przygodzie

Lalka rączkę macza w wodzie

I ze śmiechem kota bryzga,

Gdy się do niej kot umizga.



Kot wiosłuje wciąż zawzięcie,

Aż tu nagle na zakręcie

Z wody wyspa się wyłania.

Więc do brzegu bez wahania

Lalka kotu przybić każe

I po chwili już żeglarze

Przez zarośla i przez gąszcze

Naprzód brną jak dwa chrabąszcze.

Lalka nie zna wcale drogi,

Lalkę trochę bolą nogi.

Kot prowadzi ją za rękę

Mrucząc kocią siwą piosenkę.



Wyszli wreszcie na polanę,

A tam - dziwy nie widziane:

Pod łopuchem, bez przesady,

Stoi chatka z czekolady,

Z czekolady dach, wieżyczki,

Komin, ściany, okna, drzwiczki,

Nawet ganek, nawet kładka -

Istna chatka-czekoladka!

Od tej chatki biegnie ścieżka...

Gnom z pewnością w chatce mieszka.



Któż, powiedzcie, nie zna gnomów?

Mógłbym spisać kilka tomów

O tym, jakie wiodą życie,

Co w swych domkach robią skrycie,

O zręczności ich i sprycie...

Znam się na tym znakomicie,

Bo to przecież fakt wiadomy,

Że mi bajki piszą, gnomy.



W owym domku z czekolady,

Nie szukając z nikim zwady,

Mieszkał sobie gnom Paproszek.

Głowę małą miał jak groszek,

Nos jak pieprzyk, siwą bródkę,

Duży brzuch i nogi krótkie.

Zawód miał nie byle jaki,

Mianowicie... strzygł ślimaki,

Szył dla gnomów pelerynki

I uczone robił minki:

Dużą minkę, średnią minkę

Oraz minkę-odrobinkę.

Właśnie siedział z dużą minką

I popijał słodkie winko,

Gdy ktoś nagle do drzwi puka.

Kto to puka? Czego szuka?

Kto i po co tu przychodzi?

To ja jestem, kot-czarodziej,

A to lalka z porcelany,

W której jestem zakochany.

Wyszedł tedy gnom na ganek

I powiedział: Dobry ranek,

Nie zapraszam do chatynki,

Ale wiem, że moje minki

Chcecie kupić. Bardzo proszę,

Biorę za nie po trzy grosze.



Po tych słowach gnom Paproszek

Wszystkie trzy uczone minki

Do maleńkiej włożył skrzynki,

Dziewięć groszy wziął od kota,

Chrząknął, kichnął, zachichotał,

Do swej chatki wrócił szybko

I w okienku siadł za szybką.



Lalka w skrzynce szuka minek

I wyjmuje upominek,

1 przymierza minki gnoma,

Aż jej buzia nieruchoma

Nagle staje się ruchliwa,

Tak jak żywa, jak prawdziwa,

Ach, bo w bajkach wszystko bywa!

Kot nie wierzy własnym oczom:

Jak ci ładnie, jak uroczo,

Jesteś już prawdziwą damą!

Powtórz jeszcze raz to samo:

Duża minka, średnia minka,

Teraz minka-odrobinka...

Nie, doprawdy, w życiu całym

Słodszej buzi nie widziałem!



Słysząc jego zachwyt taki

Nadleciały różne ptaki,

Jak słowiki, gile, czyże,

I fruwając coraz niżej,

Na cześć lalki. odśpiewały

Trzy wesołe madrygały,

I uczciły ją świergotem.

A tymczasem lalka z kotem

Popłynęli już z powrotem,

Bowiem słońce na zachodzie

Już maczało brodę w wodzie,

A głód przy tym tak dokuczał,

Że kot coraz cieniej mruczał.



Kto przymierzał tyle minek,

Temu zda się odpoczynek.

Na tapczanie lalka siadła

I na obiad chętnie zjadła

Ulubione swe rodzynki,

Robiąc wciąż te same minki -

Jedną własną, a trzy cudze.

Wreszcie rzekła: Znów się nudzę!

Chcę rozrywkę mieć przyjemną,

Kotku bury, baw się ze mną!

Kot, wykwintny w każdym calu,

Czule mruczy: Słodka Lalu,

Ja dla ciebie wszystko zrobię!

Czego pragniesz? Pomyśl sobie.

Rzecze lalka więc do kota:

Wielka bierze mnie ochota

Dla zabawek bal wyprawić,

Żeby dobrze się zabawić.



Kot natychmiast,wvyjął z szafki

Gry, figurki i zabawki

I zawołał z wielką mocą:

Dobra Wróżko! Przed północą

Przyjedź do nas swą karocą!

Uczyń różdżką znak zaklęty,

Niech ożyją wszystkie sprzęty,

Niech zabawki w ruch wprawione,

Przebudzone, ożywione,

Spędzą dzisiaj noc przyjemną

Z tobą, z lalką oraz ze mną!

A do lalki kot-czarodziej

Rzecze: Pięknie się przyodziej,

Ładnie uczesz się, kochanie,

Wróżka przyjdzie na wezwanie

I uczyni takie cuda,

Że nasz bal się świetnie uda.



Lalka z ulgą odetchnęła

I zabrała się do dzieła.

Więc podbiegła do lusterka

I przegląda się, i zerka,

I przygładza każdy włosek,

I pudruje sobie nosek,

I różuje się dokładnie...

No popatrzcie, czy nie ładnie?

Lecz jak ubrać się, mój Boże,

Którą suknię dzisiaj włożę,

Kto mi wybrać ją pomoże?

Mam różową bardzo zgrabną

I błękitną mam jedwabną,

Atłasową fijołkówą

I kremową koronkową...

Pełno sukien wisi w szafie,

Żadnej wybrać nie potrafię!



Kot zamyślił się głęboko,

Aż przymrużył jedno oko,

I powiada: Dam ci nową

Piękną suknię księżycową.

Sam utkałem ją z promieni.

Pełna srebrnych jest deseni,

A z poświaty zielonkawej

Ma falbanki i rękawy.

Przy staniczku ma guziczki

Jak mieniące się promyczki,

Haftki lśnią jak gwiazdki w niebie -

To jest suknia godna ciebie!



Po tych słowach niespodzianie

Kładzie suknię na tapczanie.

Weź ją, Lalu, weź, kochanie!

Lalkę piękny strój zachwyca

Barwą srebra i księżyca,

Więc z radości klaszcze w dłonie,

Z podniecenia twarz jej płonie,

I przebiera się czyrm prędzej

W suknię z jasnej, lśniącej przędzy.



Nikt nie znajdzie u krawcowej

Takiej sukni księżycowej,

Takiej zwiewnej, takiej mglistej,

Promienistej i srebrzystej!

Lalka stała oniemiała

I w zwierciadło spoglądała.

Nim odeszła od zwierciadła,

Dookoła noc zapadła.



Aż tu nagle, przed północą,

Koła dudnią i turkocą

I przed ganek swą karocą

Wjeżdża Wróżka. Cztery krety,

Zaprzężone do karety,

Stają dęba. I już Wróżka

Stąpa lekko na paluszkach,

I do lalki, uśmiechnięta,

Zwraca jasne swe oczęta.



Któż nie poznał w życiu wróżek!

Mnie ich czar już dawno urzekł,

Gdy w welonach powłóczystych,

W szatach zwiewnych, jedwabistych,

Otaczały moje łóżko.



Z czym przybywasz, Dobra Wróżko?

Wróżka śmieje się do kota,

A jej różdżka szczerozłota

Na zabawki rzuca czary.

Nie, to wprost jest nie do wiary!

Oto miś z szarego pluszu,

W aksamitnym kapeluszu,

Wali w bęben. W takt muzyki

Ołowiane żołnierzyki

Po pokoju maszerują,

Lalce grzecznie salutują

I sztandary chylą przed nią

Z galanterią iście przednią.

Lalka staje cała w pąsach,

A generał kręci wąsa

I powiada: Piękna pani,

Oto moi są ułani,

Zechciej, pani, bez urazy

Przyjąć ich pod swe rozkazy.

Tak jak ułan - nikt nie pląsa!

I podkręcił dumnie wąsa.



Słysząc skoczny rytm muzyczki,

Trzy wesołe baletniczki

Obstąpiły generała,

Bo okazja to niemała

Niepokoić tak na zmianę

Jego serce ołowiane.



Dwa pajace tekturowe

Już do tańca są dotowe

I na sznurkach podskakują,

I do taktu przytupują.



Hulajnoga z własnej chęci

Kółeczkami swymi kręci

I przymila się do kota:

Pojedź, jeśli jest ochota!



Kolej gwiżdżąc rusza w drogę

I wyprzedza hulajnogę.

Bucha dym z lokomotywy,

A w wagonach - co za dziwy! -

Nakręcane siedzą żabki.

Jedne grają w koci-łapki,

Inne znowu łapią jo-jo,

A najmniejsze w oknach stoją

I chwytają szklane muszki

Ożywione z woli Wróżki.

W kącie brzęczy bąk blaszany,

Mały skrzypek z porcelany

Cienko gra na swoich strunach,

A kasztanka na biegunach

Rży i stoi w gotowości,

Aby wozić miłych gości.



Malusieńki okręt nagle

Podniósł wszystkie swoje żagle

I kołysze się w oddali

Na podłodze jak na fali.

Tym okrętem w podróż płyną

Blady pierrot z kolombiną,

Lew gliniany, wąż drewniany

I kominiarz nakręcany.



Wtem rozległy się przygrywki

I zagrały pozytywki,

Wszystkie naraz, jak kapela

U królewny w dzień wesela.

Popłynęły przez salony

Porywiste tańca tony.

Już generał zachwycony

Prosi Wróżkę. I już Wróżka

W pierwszej parze, na paluszkach,

Tańczy lekko na kształt puszka,

Każda rączka, każda nóżka

Jest jak mgły różowa smużka.

Dalej lalkę kot prowadzi,

A ułani, wszyscy radzi,

Porywają szybko w tany

Figurynki z porcelany.



Tańczą żabki, tak jak mogą,

Tańczy pajac z miną błogą,

Tańczy kolej z hulajnogą,

Bąki brzęczą nad podłogą

I wirują w takt muzyki,

A wraz z nimi baloniki,

Klocki, myszki, wózki, sanki,

Kolorowe wycinanki,

Wąż, kominiarz, szklane muszki -

Wszyscy tańczą śladem Wróżki.



Tak się zaczął bal u lalki.

A najdalsze nawet salki,

Nawet nisze i alkowy

Poblask sukni księżycowej

Zielonkawą mgłą wypełnia

Jak księżyca srebrna pełnia.



Taniec skończył się i oto

Wróżka różdżką szczerozłotą

Połączyła wszystkie sprzęty

W jedeń wielki stół zaklęty.

Co półmisek, to potrawa.

A więc mak faszerowany,

Puszek z mleczka podsmażany,

Kropla rosy, kropla piany,

Miód lipowy, sok różany,



Pan generał ołowiany

Wlał do szklanek sok różany,

Obok Wróżki stanął w pąsach,

Po czym dumnie kręcąc wąsa

Krzyknął: Zdrowie pań wypijmy!

Niech nam żylą! - Żyjmy, żyjmy!

Przecież też jesteśmy panie! -

Zawołały niespodzianie

Wszystkie żabki zgodnym chórem,

Wznosząc pełne szklanki w górę.

Lalka siedząc przy swym kocie

Jadła cały czas łakocie

I szeptała mu do uszka:

Kotku bury, jam nie wróżka,

Jam zwyczajna jest laleczka,

Ale będę dla koteczka

Taka dobra, taka tkliwa

Jak prawdziwa panna żywa,

Ach, bo w bajkach wszystko bywa!



Wróżka śliczna i wspaniała

Sama gości częstowała,

Wszystkim szklanki napełniała,

Podsuwała smakołyki

I na srebrne talerzyki

Garstki maku nakładała.



W maku tkwi przedziwna władza,

Co na oczy sen sprowadza.

Więc dokoła niespodzianie

Rozpoczęło się ziewanie

I niebawem, jednocześnie,

Mak pogrążył wszystkich we śnie.



Pan generał pierwszy usnął -

Tylko Wróżkę wąsem musnął.

Całe wojsko ołowiane

Poszło sobie spać pod ścianę,

Żabki, bąki i zabawki

Powróciły do swej szafki.

Lalkę senną niesłychanie

Kot posadził na tapczanie,

Sam u stóp jej się położył,

Bo i jego sen już morzył.



A tymczasem świt od wschodu

Wszedł cichaczem do ogrodu,

Mrok wypłoszył, dzień odnowił,

Szyby w oknach zaróżowił.



Posmutniały wszystkie sprzęty,

Zniknął nagle stół zaklęty,

Przeminęła noc czerwcowa,

Zgasła suknia księżycowa...



Tylko Wróżka jeszcze trwała,

Coraz bledsza, niemal biała,

Razem z mgłą się rozwiewała,

Aż powoli znikła cała

I w oddali różowiała

Niby obłok na błękicie,

Który przywiał wiatr o świcie.

2007-07-31 22:30:52

Michałek




Był leń, co zwał się Michałek

Nie robił nic w poniedziałek,



Spać poszedł, a wstał we wtorek

Dopiero na podwieczorek.



Zaczekał, aż przyszła środa,

Lecz czasu było mu szkoda.



Do książki zabrał się w czwartek,

Lecz nawet nie rozciął kartek.



Pomyślał: Jutro jest piątek,

Więć w piątek zrobię początek.



A w piątek rzekł: - Na sobotę

Odłożę raczej robotę.



Przyszła sobota. - W niedzielę

Odpocznę wpierw mało-wiele,



A za to już w poniedziałek

Odrobię cały kawałek.



We wtorek rzekł: - Źle się czuję...

A w środę dostał dwie dwóje.



Do domu wrócił Michałek,

Przygładził smętnie przedziałek,



I w ojca wlepiwszy ślepia,

Rzekł: - Nauczyciel się czepia.

2007-07-31 22:30:09

Szpak i sowa




Szpak umiał mówić trzy słowa,

Że najmądrzejsza jest sowa.

Pliszka siedziała na dębie,

Opowiedziała to ziębie;

Zięba spotkała się z kosem,

Ćwierknęła mu to półgłosem;

Gdy kos się spotkał z jaskółką,

To samo powtarzał w kółko;

Kukułka w rozmowie z wroną

Mówiła to, co mówiono,

A wrona przez całe noce

Opowiadała to sroce.



I tak od słowa do słowa

Orzekła cała dąbrowa,

Że najmądrzejsza jest sowa.



A sowie przykro okropnie:

Niech tego szpaka gęś kopnie,

Bo szpak popełnia ten błąd, że

Ma mnie za mądrą. A skądże?

Ja się zupełnie nie mądrzę,

Ja jestem głupsza od szpaka,

Przysięgam, że jestem taka!



A szpak na sowę się gniewa,

Od drzewa lata do drzewa,

Te same słowa powtarza,

Nieszczęsną sowę obraża

I mówi, kiedy ją spotka:

Udaje głupią. Idiotka!

2007-07-31 22:28:18

Pan Soczewka w puszczy




Każdy, jak wiemy, nad czymś się trudzi

I jakiś zawód ma każdy z ludzi.

Znamy ich tyle, że bierze strach aż:

Jest więc lakiernik, górnik i blacharz,

Lekarz, listonosz i maszynista,

Zdun, no i strażak, rzecz oczywista,

Lotnik, agronom, stolarz, mierniczy,

Jest i buchalter, co ciągle liczy,

Jest i ogrodnik, co sadzi drzewka,

Krawiec i fryzjer. A pan Soczewka,

Chociaż zawodem żadnym nie gardzi,

Jednak swój własny kocha najbardziej.



Jest on filmowym operatorem,

Spójrzcie na niego, rano, wieczorem,

O każdej porze z wielkim przejęciem

Robi bez przerwy zdjęcie za zdjęciem,

Kręci, filmuje, wszystko co da się;

Te jego filmy po pewnym czasie

Każdy z nas może obejrzeć w kinie.

Ach, pan Soczewka z tych filmów słynie.

To nie zabawki, to nie przelewki,

Nikt nie prześcignie pana Soczewki.



On wszędzie dotrze, on nie zna strachu,

Robi swe zdjęcia siedząc na dachu,

Włazi na drzewo, zwisa na rynnie,

Lin okrętowych czepia się zwinnie,

Chwyta się auta w szalonym pędzie,

Skacze do wody... Musi być wszędzie.

Tak, moi drodzy, to nie przelewki.

Nikt nie prześcignie pana Soczewki.



Ostatnio w Kongo był samolotem,

A kiedy z Konga leciał z powrotem,

Nagle buchnęły zewsząd płomienie.

Kto inny przeląkłby się szalenie,

A pan Soczewka, gdy ogień zoczył,

Na spadochronie szybko wyskoczył

I ten płonący samolot właśnie

Jeszcze utrwalić zdążył na taśmie.

Samolot runął prosto do morza,

A pan Soczewka bujał w prrzestworzach.

Wiatr nim tarmosił, wiatr go unosił

I do nieznanych lądów niósł co sił.



Tak tedy lecąc w kierunku wschodnim

Dostrzegł nasz lotnik, że las jest pod nim,

I to w dodatku nie las, lecz puszcza.

Na nią spadochron zwolna się spuszcza,

A pan Soczewka kręci zawzięcie

I robi z góry ostatnie zdjęcie.



Spadochron opadł, lecz tak fatalnie,

Że pan Soczewka zawisł na palmie.

Rzekł więc z humorem: - Panowie, przerwa.

Dwa kokosowe orzechy zerwał,

Szybko rozłupał, zjadł z apetytem,

Mleczkiem ze środka popił je przy tym,

A gdy wiatr znowu spadochron nadął,

Nasz pan Soczewka zsunął się na dół.

Od spadochronu odciął się żwawo,

W lewo spogląda, spogląda w prawo:



Małpki śmigają jedna przy drugiej,

Skaczą i piszczą; skrzeczą papugi,

A pióra papug o różnej barwie

Są niby kwiaty, których ktoś narwie.

Już pan Soczewka nie myśląc długo

Chciał film nakręcić z barwną papugą,

Gdy nagle groźny pomruk usłyszał:

To lwy zwęszyły w puszczy przybysza.

Z gąszczu wyrasta paszcza straszliwa

I łeb ogromny, a za nim grzywa,

Za lwem i lwica wnet się wynurza,

Jeszcze groźniejsza, choć nie tak duża.



Rzekł pan Soczewka: - Trochę się boję,

Ja jestem jeden, a ich jest dwoje,

Ja mam dwie nogi, a lwy po cztery,

Zginę, lecz szkoda przecież kamery,

I filmów szkoda, jakem Soczewka.

Nie. Ja mam w nosie głupiego lewka.

Już wiem, co zrobię. Bestia mnie nie zje.

Pstryknął, zapalił szybko magnezję,

Lew się przeraził, struchlała lwica,

Błysk je oślepił jak błyskawica,

Potem raz drugi, trzeci i czwarty,

Lwy zobaczyły, że tó nie żarty

I pomyślały: Ulec mu trzeba,

Skoro przed chwilą spadł prosto z nieba

I ma w zanadrzu błyskawic mnóstwo,

To nie jest żaden zwierz, tylko bóstwo.



Po czym lwy oba, z trwogi pół żywe,

Stanęły grzecznie przed obiektywem,

I pan Soczewka, rzecz oczywista,

Nakręcił zaraz metrów ze trzysta.

Odtąd król zwierząt, groźny i krewki

Był na usługach pana Soczewki.



- Jaśnie wielmożny lwie - rzekł filmowiec -

Wszystkim zwierzętom w puszczy zapowiedz,

By się zebrały wnet, niedaleko,

O, tam, powiedzmy, nad tamtą rzeką,

Co to prześwieca właśnie przez palmy.

Godzinę ścisłą przy tym ustalmy:

Która jest teraz? Dziesiąta rano...

Niech na dwunastą wszystkie tam staną.

Mam zapas taśmy i dziś nakręcę

Film pod tytułem: Dziwy zwierzęce.



Lew naprzód wydał ryk bardzo długi,

Że aż ogłuszył wszystkie papugi,

A potem wydał drugi ryk krótki.

Ziemia zadrżała od tej pobudki

I gromkie echo szybko pobiegło

Wstrząsając całą puszczą rozległą.

Rzekł Pan Soczewka: - Ruszamy w drogę,

Wierzchem się zresztą przejechać mogę.

I na lwim grzbiecie pomknął szczęśliwy,

Że mógł się przy tym trzymać lwiej grzywy.



Za nim od drzewka skacząc do drzewka,

Wołały małpy: - Panie Soczewka,

Niech pan nam zrobi też zdjęcie śliczne,

Wszak my jesteśmy fotogeniczne.

Niech pan z małpami film dziś nakręci

Czyżby, doprawdy, nie miał pan chęci?

Tak powtarzały ciągle swą śpiewkę

I przedrzeźniały pana Soczewkę.

Nad rzeką juź się zebrały tłumy:

Przyszły tygrysy, lamparty, pumy,

Dwanaście słoni, żyrafy cztery,

Dwa krokodyle i trzy pantery,

Hipopotamy i nosorożce,

Przeróżnych barwnych ptaków po troszce,

Gromady małych lwiątek, panterząt

I mnóstwo innych nieznanych zwierząt.



Już na odległość pół kilometra

Miał pan Soczewka lekkiego pietra.

Cóż, moi drodzy, to nie są żarty

Wejść między pumy, lwy i lamparty.

Cóż, moi drodzy, to nie przelewki,

Tu trzeba męstwa pana Soczewki.

Więc pan Soczewka tak rzekł z humorem:

- Jestem filmowym operatorem,

Tłuszczu mam w ciele zapas nieznaczny,

Sądzę, że raczej nie jestem smaczny,

W przeciwnym razie lew by mnie zżarł już.

Więc do roboty. Oto scenariusz...



Film rozpoczniemy wielką paradą:

Na nosorożcu dwa strusie jadą

I tytuł filmu trzymają w dziobach,

Za nimi kroczą lwy nasze oba,

Następnie tygrys i dwie pantery.

Proszę. Ruszamy w stronę kamery...

Wolniej... Szczerzymy kły jak należy...

Nie, moi drodzy. Struś nic nie szczerzy.

A teraz słonie... Czy mogę prosić?

Tylko nie kurzyć, nogi podnosić,

Tak... Głowy do mnie... Trąby przy boku.



Lamparta damy w ogromnym skoku

O, nie. Przepraszam... Tak skacze łania...

Ja mam lamparta uczyć skakania?

Jeszcze raz proszę. Śmiało. No, co tam?

Dobrze. Następny jest hipopotam...

Prędzej... Nie wolno zostawać w tyle.

Teraz jest kolej na krokodyle,

Każdy krokodyl w obiektyw patrzy...

Głowy do góry... Tempo... Raz-dwa-trzy.

Dobrze. Następnie pumy... O pumie

Mówią, że puma nic nie rozumie

I rzeczywiście. Źle. Źle... Niestety...

Nie tak się chodzi. Wyprężyć grzbiety.

A teraz małpy... Sto albo dwieście...

Z życiem. Gromadą... Żwawo. I wreszcie

Ponad pochodem, jak pochód długi

W równych szeregach lecą papugi,

Wprost na obiektyw... Tylko z polotem...

Koniec... A teraz wszyscy z powrotem.

Tu pan Soczewka zatarł aż ręce:

- Ależ wspaniały film dziś nakręcę.



Zwierzęta mając chwilę spokoju

Pobiegły z wrzaskiem do wodopoju.

Nawet niektóre, jak krokodyle,

Siedziały w wodzie przez dłuższą chwilę.

A lew spoglądał na nie z wysoka,

Czuwał, nikogo nie spuszczał z oka,

Potrząsał groźnie kudłami grzywy

I pomrukiwał jak król prawdziwy.

Rzekł pan Soczewka do lwa na migi:

- Teraz filmować będę wyścigi.

Lew ryknął groźnie: - Stawajcie w rzędzie,

Tu start jest, meta natomiast będzie

Tam... Przy ostatnim eukaliptusie.

Sygnał do biegu podadzą strusie,

A sędziowanie zlecam żyrafie,

Bo, prawdę mówiąc, ja nie potrafię.

Żyrafa taką długą ma szyję,

Że jako sędzia wszystkich pobije.



Szybko zwierzęta stanęły w rzędzie,

I oto wyścig wnet się odbędzie.

Już pan Soczewka odbiegł pół mili,

Patrzy... Przymierza... Sprawdza... Po chwili

Dał umówiony znak pan Soczewka,

Mignęła z ptasich piór chorągiewka

I wielki ruch się zrobił na starcie.

Śmigają w skokach nogi lamparcie,

Tygrys panterę wyprzedza w biegu,

A nosorożec w jednym szeregu

Z hipopotamem i krokodylem

Pędzi, zostając raz po raz w tyle,

I znowu pędzi, i znowu goni;

Z łomotem biegnie dwanaście

Trąby do góry mają zadarte,

Już się zrównają wkrótce z lampartem,

Już wyprzedziły go o pół głowy

Bieg ich spokojny, równy, miarowy,

A tygrysowi ogon już zwisa,

Już prześcignęły słonie tygrysa.

Jeszcze pantera... I ona przecie

Musiała odpaść. Już są na mecie,

Wszystkie dwanaście... Słonie wygrały.

Wygrały słonie. Wynik wspaniały.

Więc zatrąbiły głośno na trąbach,

A tu żyrafa wpada jak bomba

Z gratulacjami. I już po chwili

Wieńczy każdego wieńcem z daktyli.



Jedynie lampart zły i ponury

Obgryza sobie do krwi pazury,

I przed słoniami w krzakach się chowa;

Przegrałem wyścig, psia kość słoniowa.

Gdy pan Soczewka chwilę odpoczął,

Znowu do pracy wziął się ochoczo

I zanim skończył jeść swój ananas,

Dał znak, wołając głośno: - Czas na nas.

Na plan. Już późno... Jeszcze naprędce

Ostatnią scenę tylko nakręcę.

Otóż chcę zrobić z was piramidę,

Bardzo wysoką. O zakład idę,

Że tego dotąd w filmach nie mamy.



Proszę, tu staną hipopotamy

Dwa obok siebie. A lew nasz srogi

Na dwóch ich grzbietach oprze swe nogi.

Hop! Dla lwa są to rzeczy powszednie,

O, tu dwie tylne, a tu dwie przednie.

Świetnie... Kto teraz? Trudno mi orzec...

Wiem... na lwa musi wejść nosorożec,

Małpy pomóżcie, bo to niezdara.

Na nosorożcu tygrysów para

Stanie, łapami o siebie wsparta.

Brawo! Poproszę teraz lamparta...

Na łbach tygrysów lampart się wspiera,

A na lamparta wskoczy pantera.

Skok był wspaniały. Te rzeczy cenię...

Chwileczka... Dobrze... Robię zbliżenie...

Praszę, by wszyscy spokojnie stali,

Bo piramida mi się zawali.

Następne zwierzę wejdzie na wieżę...



Jeszcze chwileczka... Zaraz przymierzę...

O, nie. Tu nie ma miejsca dla słoni,

Proszę stąd odejść. Niech słoń odsłoni.

Wiem, już... Dwie małpy wejdą z tej strony

Na grzbiet pantery... spuszczą ogony...

Tych małp niech inna znów się uczepi,

Za mało... Jeszcze... Tak będzie lepiej...

Ogon za ogon, ręce za ręce,

Jeszcze ze cztery, ale nie więcej...

Świetnie... Po prostu żywa girlanda.

Teraz żyrafa szyję na plan da,

Druga z tej strony... Do góry głowa...

Niech się rozhuśta małpa końcowa

I niech za szyję złapie żyrafę...

No... Dobrze poszło szczęśllwym trafem...

Brawo... Na szczycie tej wieży jeszcze

Jakąś papugę barwną umieszezę.

Teraz uwaga i równowaga,

Filmuję...

Tutaj ścisłość wymaga

Dodać, że z góry dostrzegł tę wieżę

Lotnik na szybkim helikopterze,

Bo na ratunek z Afryki całej

Helikoptery wnet wyleciały



I szybowały wysoko w niebie,

By nieść rozbitkom pomoc w potrzebie.

Rozbitka lotnik dostrzegł i zmierza

Prosto ku miejscu, gdzie stoi wieża,

Coraz to mniejsze zatacza koła,

A pan Soczewka macha i woła:

- Ciszej. Warkotem tych swoich maszyn

Pan mi to całe bractwo wystraszy...

Uwaga. Rolkę tylko wymienię...

Proszę... Filmuję... Teraz zbliżenie...

Wszystkie zwierzęta patrzą w tę stronę...

Dobrze... Spokojnie... No, już... Skończone.

Potem uprzejmie rzekł: - Do widzenia!

Sztukę filmową, widzę, docenia

Nie tylko człowiek, lecz także zwierzę,

Film będzie świetny... Dziękuję szczerze.

I zniknął w szybkim helikopterze.

2007-07-31 22:26:43

Król i błazen




Był król, co prosto z błota

Szedł w pałacowe wrota

I nie wycierał nóg,

Chociaż je wytrzeć mógł.



Silili się ochmistrze,

By mieć podłogi czystsze,

Lecz brud przynosił król

Z polowań, z łąk i pól.



Martwili się dworzanie,

Że pałac jest w tym stanie,

Bo nikt już nie miał sił,

By zmiatać brud i pył.



Podłoga jest ze złota,

Lecz pełno na niej błota,

Osiada wszędzie kurz...

Któż skarci króla, któż?



Wzdychały dworskie damy:

"Jakżeż powiedzieć mamy -

Nasz królu, tak a tak...

Odwagi na to brak."



Radzili ministrowie,

Kto to królowi powie,

Lecz każdy z nich się bał:

A nuż król wpadnie w szał?



Miał błazna król na dworze.

Raz król był nie w humorze,

Więc gońca wysłał wnet,

By błazen zaraz szedł.



I król powiada: "Błaźnie,

Mam humor zły wyraźnie,

Coś wesołego mów,

Chcę słuchać twoich słów!"



Popatrzył błazen chytrze:

"Niech król wpierw nogi wytrze,

Nie znoszę, gdy jest brud,

A tu jest brudu w bród."



Król uniósł w górę palec:

"A cóż to za zuchwalec!"

Wtem rozpogodził twarz:

"Wiesz, błażnie, rację masz!



Masz rację, kiedy wchodzę,

Zostawiam na podłodze

I brud, i pył, i kurz,

Z tym trzeba skończyć już!



Hej, służba! Hej, sprzątaczki!

Przynoście wycieraczki!

A kto nie wytrze nóg,

Nie wpuszczać go przez próg!



Wycierać trzeba nogi,

Bo brudzą się podłogi,

Kurz wdziera się do płuc,

Brudasów każę tłuc!"



I odtąd król ten srogi

Dbał bardzo o podłogi,

A gdy przez próg szedł, wprzód

Wycierał każdy but.



Ta bajka jest zmyślona,

Ale zachęca ona,

Jak każdy stwierdzić mógł,

Do wycierania nóg.

2007-07-31 22:23:18

Krasnoludki




Krasnoludki z wszystkich miast

Urządziły w lesie zjazd.

Program zjazdu był taki:

Po pierwsze -

Gdzie zimują raki?

Po drugie -

Czy brody są dosyć długie?

Po trzecie -

Czy zima może być w lecie?

Po czwarte -

Co robić, żeby dzieci nie były uparte?

Po piąte -

Skąd wiadomo, że zawsze po czwartku jest piątek?

Po szóste -

Dlaczego niektóre orzechy są puste?



Pierwszy mówić miał najstarszy,

Ale tylko czoło zmarszczył;

Drugi mówić miał najmłodszy,

Więc powiedział coś, trzy-po-trzy;

Potem głuchy streścił szeptem

Wszystko to, co słyszał przedtem;

Ślepy mówił o kolorach,

Lecz przeoczył coś, nieborak;

Zaś niemowa opowiedział

O tym, czego sam nie wiedział.

Mańkut milcząc spojrzał wokół

I napisał tak protokół:

"Krasnoludki z wszystkich miast

Urządziły w lesie zjazd.

O czym tam się mówiło przez dwanaście godzin,

To pana, proszę pana, zupełnie, ale to zupełnie
nie obchodzi!"

2007-07-31 22:20:05

Koziołeczek




Posłał kozioł koziołeczka

Po bułeczki do miasteczka.



Koziołeczek ruszył w drogę,

Wtem się natknął na stonogę.



Zadrżał z trwogi, no i w nogi,

Gaik, steczka, mostek, rzeczka,

A tam czekał ojciec srogi

I ukarał koziołeczka:



"Taki tchórz! Taki tchórz!

Ledwo wyszedł, wrócił już!

Ładne rzeczy! Ładne rzeczy!"



A koziołek tylko beczy:

"Jak nie uciec, ojcze drogi?

Przecież sam rozumiesz to:

Ja mam tylko cztery nogi,

A stonoga ma ich sto!"



Posłał kozioł koziołeczka

Do miasteczka po ciasteczka.



Koziołeczek mknie raz-dwa-trzy.

Nagle staje, nagle patrzy:



Chustka wisi na parkanie...

Koziołeczek tedy w nogi

I znów dostał w domu lanie,

Bo był ojciec bardzo srogi:



"Taki tchórz! Taki tchórz!

Ledwo wyszedł, wrócił już!

Ładne rzeczy! Ładne rzeczy!"



A koziołek tylko beczy:

"Jak nie uciec, ojcze drogi,

Czyż jest słuszna kara twa?

Chustka ma wszak cztery rogi,

A ja mam zaledwie dwa!"




2007-07-30 23:47:22

Konik polny i boża krówka




Konik polny z bożą krówką

Poszli raz ku Kalatówkom.



Patrzą w górę - a tu góra

Cała szczytem tonie w chmurach.



Konik polny rzekł, pobladłszy:

"Popatrz, góra jak się patrzy!"



Boża krówka aż struchlała:

Idzie na nas góra cała!"



Co tu robić? Konik polny,

Do decyzji szybkich zdolny,



Rzecze: "Mam ja wyjście proste;

Trzeba jej dorównać wzrostem,



W walce z górą ten coś wskóra,

Kto się stanie sam jak góra!"



Szybko wzięli się do dzieła,

Boża krówka się nadęła,



Rosła, rosła i pęczniała,

Wkrótce miała metr bez mała.



Rósł też dzielnie jej towarzysz

I wciąż pytał: "Ile ważysz?"



Bo im przecież z każdą chwilą

Przybywało po pięć kilo.



Tak więc rośli, rośli, rośli,

Aż wyrośli znad zarośli,



Aż się stali, daję słowo,

Jedno koniem, drugie krową.

2007-07-30 23:46:40

Kokoszka-Smakoszka




Szła z targu kokoszka-smakoszka,

Spotkała ją pewna kumoszka.

"Co widzę? Wątróbka, ozorek?

Ja do ust tych rzeczy nie biorę!"



Kura na to: "Kud-ku-dak,

A ja - owszem! A ja - tak!"



"No, co też paniusia powiada!

A taka, na przykład, rolada?

Toż nie ma w niej nic oprócz sadła,

Już ja bym rolady nie jadła!"



Kura na to: "Kud-ku-dak,

A ja - owszem! A ja - tak!"



"Lub weźmy, powiedzmy, makaron

Czy gulasz, czy rybę na szaro,

Czy jakieś tam flaki z olejem...

O, nie! Takich potraw ja nie jem!"



Kura na to: "Kud-ku-dak,

A ja - owszem! A ja - tak!"



"Są ludzie, paniusiu kochana,

Co jajka już jedzą od rana.

Nie dla mnie są takie rozkosze,

Bo jajek po prostu nie znoszę!"



Kura na to: "Kud-ku-dak,

A ja - owszem! A ja - tak!"

2007-07-30 23:46:02

Kłótnia rzek




Jaki powód rzeki miały,

Że się nagle posprzeczały

I tak długo trwały w gniewie,

Tego nikt naprawdę nie wie.

Ponoć pierwsza rzekła Warta,

Że jest Noteć nic nie warta,

Warcie na to rzekła Odra,

Że jest głupia i niedobra.



Wtedy padły słowa Wieprza:

Sama też nie jesteś lepsza!



Wieprza znów skarciła Raba:

Oby cię wypiła żaba!



Na to się odezwie Nida:

Tobie samej też się przyda!



Biebrza na to rzecze grzecznie:

Mówisz, rzeko, niedorzecznie.



Jak nie skoczy San na Biebrzę:

Sama wciąż u Narwi żebrze,

A dla innych - niełaskawa!



San, a głupi! - rzekła Skawa.



I tak trwały kłótnie długie

Sanu z Sołą, Wieprza z Bugiem,

Ledwie coś tam powie która,

A już Nysa, a już Bzura,

A już Odra czy Barycza

Wszystkie wady jej wylicza.

To się tak sprzykrzyło Wiśle,

Że im rzekła po namyśle:



Drogie rzeki, biorąc ściśle,

Waszych słów naprawdę szkoda,

Przecież to jest wszystko woda.

Jednakowy los nas czeka,

W morze wpadnie każda rzeka.



Gdy tak rzekła mądra Wisła,

Cała zwada zaraz prysła.

2007-07-30 23:45:13

Katar




Spotkał katar Katarzynę -

A - psik!

Katarzyna pod pierzynę -

A - psik!



Sprowadzono wnet doktora -

A - psik!

Pani jest na katar chora -

A - psik!



Terpentyną grzbiet jej natarł -

A - psik!

A po chwili sam miał katar -

A - psik!



Poszedł doktor do rejenta -

A - psik!

A to właśnie były święta -

A - psik!



Stoi flaków pełna micha -

A - psik!

A już rejent w michę kicha -

A - psik!



Od rejenta poszło dalej -

A - psik!

Bo się goście pokichali -

A - psik!



Od tych gości ich znów goście -

A - psik!

Że dudniło jak na moście -

A - psik!



Przed godziną jedenastą -

A - psik!

Już kichało całe miasto -

A - psik!



Aż zabrakło terpentyny -

A - psik!

Z winy jednej Katarzyny -

A - psik!

2007-07-30 23:44:31

Kanato




W pociągu ścisk, w pociągu tłok,

Już się zakończył szkolny rok

I na wakacje jedzie dziatwa,

Lecz z wakacjami rzecz niełatwa,

Bo ten pojechać chce nad morze,

A ów nad morzem być nie może;

Ten chciałby w góry po raz wtóry,

Ale mu właśnie szkodzą góry.

Są jeszcze pola, zieleń lasu,

Jeziora, rzeki... Nie trać czasu!

W końcu znalazłeś się w przedziale,

Lokomotywa już ospale

Wypuszcza dyn, ruszają tłoki

I jedziesz, jedziesz w świat szeroki!



"Gdzie są walizki? Jednej brak!"

"A ta nie nasza?" "Ależ tak!"

"Czyja to teczka? Pan troszeczkę

Zechce posunąć swoją teczkę."

"Gdzie nasze miejsca? Wprost nie sposób!

W jednym przedziale tyle osób..."

"Przepraszam, tutaj pan ten siedział..."

"Józefie, chodż, to inny przedział..."

"Mamusiu, pić!" "Tam była woda,

Przepraszam, może pan mi poda..."

"Otworzyć okna? Ja otworzę..."

"Tu jeszcze dziecko usiąść może..."

"Gdzie klucze? Czyś ty nie brał kluczy?..."

A pociąg sapie, dudni, huczy,

A pociąg pędzi, pędzi w świat.

Nareszcie każy jakoś siadł,

Więc przede wszystkim czworo dzieci:

Helenka, Ryś i Henio trzeci,

A czwatry Jurek, brat przyrodni.

"Czy nie jesteście jeszcze głodni?"

"A co dziś mamy do jedzenia?"

"Bułeczki z szynką są dla Henia,

A dla was jajka i kotlety."

Tu ojciec wyjrzał zza gazety,

Inni się także poruszyli,

Wyjęli żywność i po chwili

Podróżni, jakby od niechcenia,

Wzięli się wszyscy do jedzenia.



Kołysze kół miarowy stuk,

I wkrótce sen podróżnych zmógł.

A gdy znużeni ludzie zasną,

Nie czują tego, że jest ciasno,

Nie słyszą krzyków konduktora,

A tu wysiadać właśnie pora.

Zerwał się ojciec, zbudził matkę,

A matka dzieci swych gromadkę,

Przed okno wyrzucają bagaż.

"Dlaczego, Heniu, nie pomagasz?"

"Helenko, szukaj kapelusza!"

"Chodź, Jurku, pociąg zaraz rusza!"

"Pilnujcie Rysia! Koc zabierzcie!"

"Gdzie Henio? Prędzej! No, nareszcie!..."



A więc wakacje! Piękny czas!

W oddali widać siny las,

Gdzie pełno jagód i poziomek,

A w słońcu stoi mały domek.

Tu państwo Solscy po raz trzeci

Spędzają lato z czworgiem dzieci.

Pan Solski, jeżdżąc raz po kraju,

Ten domek spostrzegł i wynajął,

Bo tu co rok odpocząć może,

Bo tutaj z okna widać morze,

Jego przypływy i odpływy.

Dla dzieci tu jest raj prawdziwy!

Przy drodze sklep i młyn nad rzeką,

I wieś rybacka niedaleko.



Tu pani Solaska ma swój sad,

I sadzi w nim od paru lat

Gatunek drzew nie spotykany.

Inżynier Solski kreśli plany,

Rysuje szkice, mierzy, liczy,

Bo jest warszawskim budowniczym

I - jak to często u nas bywa -

Przy pracy właśnie odpoczywa.

A dzieci? Dzieci ledwo wstaną,

Już biegną drogą dobrze znaną

Do lasu, w groźne, ciemne gąszcze,

Gdzie brzęczą muchy i chrabąszcze

I dokąd poprzez mur zarośli

Nie mogą dostać się dorośli.



Tam w gęstwinie drzew panuje mrok,

Tam, gdzie postawić tylko krok,

Przeróżne dziwy widać z bliska:

Można więc podejść do mrowiska,

Można podpatrzeć, jak z pagórka

W dół ześlizguje się jaszczurka,

A obok tuż wiewiórka zwinnie

Wbiega po pniu, jak kot po rynnie

Śpi jeż zaszyty w liście suche,

Zły pająk czai się na muchę,

Tu dzięcioł puka w korę buka,

Gdzie indziej znależć można żuka,

A tam kukułka znowu kuka,

Lecz jej nie wierzcie, bo oszuka.



Gdy się zapuścić głębiej w las,

Jest miejsce, dokąd żaden z was,

Chociaż się uczył geografii,

Na pewno dotrzeć nie potrafi.

A szkoda, bo tam jest polana

Przez starszych dotąd nie zbadana,

Jest wielka dziupla w starym dębie,

A od niej, gdy się spuścić głębiej,

Prowadzą długie korytarze

Do wydm piaszczystych i na plażę.

Tak twierdzi Henio. Lecz nikt nie wie,

Co jest naprawdę w starym drzewie.

Pod wodzą Henia na polanie

Rozbili obóz swój "Indianie."

Wódz się nazywa Dzielny Żuk,

Za wodzem Jurek nosi łuk

I ma na imię Orzeł Płowy,

Helenka zwie się Skrzydło Sowy,

A Ryś, choć jeszcze bardzo mały,

Otrzymał imię Krwawej Strzały.

gdy raz na obiad była kura,

Henio pozbierał kurze pióra

I umocował je na głowie,

Jak wykle robią to wodzowie.

Jeszcze wynalazł wśród zabawek

Coś, co udaje tomahawek,

I dziś wymaga od rodzeństwa

Czci i ślepego posłuszeństwa.



Wódz ma dopiero dziesięć lat,

A jednak idąc w ojca ślad

Buduje miasto na polanie,

By mogli mieszkać w nim "Indianie."

Obmyślił wszystko należycie

I wyrysował plan w zeszycie,

Potem przez kilka dni wytrwale

Wymierzał teren, wbijał pale,

Oznaczał sznurkiem ogrodzenia

I napisami na kamieniach

Zaznaczał place i ulice.

Do pnie przywiązał zaś tablicę

Z napisem: MIASTO INDIAN POLSKICH

WZNIESIONE PRZEZ RODZEŃSTWO SOLSKICH.



Poprzez polanę strumyk biegł,

Wódz nad strumykiem stojąc rzekł:

"Popatrzcie, oto nasza rzeka!

Tutaj nas wielka praca czeka,

Bo choć ta rzeka niejest długa,

Musi na rzece być żegluga.

Jeśli mi cały szczep pomoże,

Stąd wypłyniemy aż na morze.

Ja stanę sam na czele floty!

Niech ojciec da nam ze sto złotych,

A wnet popłynie łódź indiańska

Aż do Szczecina, aż do Gdańska

I przemierzymy wszystkie morza

Tak, jak to czyni «Dar Pomorza»."



I mówił dalej Dzielny Żuk:

"Tutaj położyć trzeba bruk,

Bo tutaj będzie Plac Zwycięstwa.

Na lewo, tam gdzie krzaków gęstwa,

Będzie nasz rejon przemysłowy...

Innymi słowy, Orzeł Płowy

Narzędzia swoje tu przyniesie,

I urządzimy warsztat w lesie.

Bardziej na zachód, przy tym dębie

Będzie coś niby jak Zagłębie,

Czyli kopalnie oraz huty.

Będziemy kopać tam dopóty,

Dopóki kopać nam wypadnie,

By zbadać, co jest w dziupli na dni.

Na wzgórzu, na północo-wschód,

Gdzie położyłem wczoraj drut,

Wybudujemy radiostację,

Bo chyba mi przyznacie rację,

Że wódz bez radia nic nie znaczy,

I że nie może być inaczej."



"Ma słuszność! - krzyknął Orzeł Płowy -

Radio być musi. Nie ma mowy!

Dasz oszczędności swe, Helenko!"

"Nie dam..." - Helenka rzekła cienko.

Wódz słuchał groźny i surowy:

"Nie dasz, to skalp ci zedrę z głowy!"

Helenka aż pobladła z trwogi:

"Już dam, lecz nie bądź taki srogi."



I mówił dalej Dzielny Żuk:

"Tam na południu, gdzie ten buk,

Stanie Muzeum Narodowe.

Mamy pocztówki kolorowe,

Muszelki, znaczki, fotografie...

Już ja urządzić to potrafię.

Tam, gdzie deska leży, z czasem

Wybudujemy własną trasę

Na wzór W-Z, co jest w Warszawie,

I to by było wszystko prawie."

"A port gdzie? - spytał Orzeł Płowy. -

O tym nie było dotąd mowy!"

Rzekł Dzielny Żuk: "Nie będę przeczył,

Port... zbudujemy! Wielkie rzeczy..."

"I ja mam także jedną myśl! -

Zawołał nagle mały Ryś. -

Musimy zoo mieć tak samo,

Bo dokąd będę chodził z mamą?"



Krzyknęli wszyscy: "Racja! Zgoda!"

I Dzielny Żuk z powagą dodał:

"Tak, zoo będzie tam, na lewo,

Gdzie leży to złamane drzewo.

Z palików zrobi się sztachety,

Tylko nam zwierząt brak, niestety!"

"Jest kret! To nasza zdobycz świeża."

"Ja obiecuję przynieść jeża!"

"A Jurek?" "Ja - zawołał Jurek -

Nałapię żabek i jaszczurek!"



Już lato w pełni. W znojny dzień

Choć człowiek nawet nie jest leń,

Od pracy stroni. Słońce praży,

Więc państwo Solscy są na plaży,

A razem z nimi dzieci czworo.

Morze jest ciche jak jezioro

I taka dzisiaj ciepła woda,

Że z wody wyjść po prostu szkoda.

Pan Solski Henia uczy pływać,

Helenka woli odpoczywać,

Ryś zbiera muszle, a w oddali

Łódka kołysze się na fali.



To Jurek z matką. I cóż więcej?

Szczęśliwy, piękny wiek dziecięcy!

Na obiad wreszcie przyszedł czas.

"Idziemy już, wołają nas!

Czy towarzystwo jest gotowe?

Rysiu, weź majtki kąpielowe!

Chodźcie, pójdziemy koło młyna."

Szybko zebrała się rodzina -

Mają do domu niedaleko -

Oto już sklep i młyn nad rzeką,

Uśmiecha się uprzejmie młynarz...

Czy młyn ten sobie przypominasz?

Helenka z matką idą pierwsze,

Henio ugania się za świerszczem,

A Jurek wszystkim figle płata...

Wesołe dni, szczęśliwe lata!



Ze smakiem każdy obiad zjadł,

I można znowu ruszyć w świat,

Więc niecierpliwiąc się ogromnie

Zawołał wódz: "Indianie, do mnie!"

I po kolana brodząc w chwastach

Do indiańskiego poszli miasta.

Wychodząc, Henio po kryjomu

Mała siekierkę zabrał z domu

I rzekł, gdy przyszli na polanę:

"Będziemy rąbać dąb na zmianę!

Ja pierwszy zacznę, drzewo zgnębię,

Bo muszę wiedzieć, co jest w dębie,

I co się wewnątrz dziupli dzieje.

Sił nam wystarczy, mam nadzieję!"



Gdy wódz uderzył pierwszy raz,

Żałosnym echem rozbrzmiał las.

Kiedy uderzył po raz drugi,

Rozległ się w lesie lament długi.

Kiedy uderzył po raz trzeci,

Trzasnęła kore - patrzą dzieci -

Powstała w dębie mała dziurka,

Z dziurki wychyla się jaszczurka,

Lecz nie zwyczajna, wiedzcie o tym!

Na niej czapraczek szyty złotem,

Nóżki w trzewiczkach z miękkiej skórki,

I łuska nie jak u jaszczurki,

Jeno ze srebra, co się mieniąc,

Brzęczy jak mały srebrny pieniądz.



Tym razem Dzielny Żuk się zląkł,

Siekiera mu wypadła z rąk,

Patrzy i oczom swym nie wierzy.

Na jego miejscu, bądźmy szczerzy,

My byśmy także się zdziwili.

Wódz opanował się po chwili,

Skinął na "Indian" i rzekł szeptem:

"Nie przewidziałem tego przedtem,

Że w dziupli będzie właśnie ona.

Popatrzcie, jaka wystraszona,

Trzeba ją złapać, nim ochłonie."

I... delikatnie wziął ją w dłonie.

Jaszczurka drżała z przerażenia,

Patrząc nieufnie w oczy Henia.



I nagle rozległ się jej głos:

"Żałosny los, nieszczęsny los...

Żyłam sto lat w stuletnim dębie,

A jednak dotąd nikt w obrębie

Mojego dępu nie przebywał

I snu mojego nie przerywał."

Dzieci słuchały tej przemowy

Z zapartym tchem. Już zmierzch lipcowy

Pogłębiał mroczne cienie lasu.

Jurek się zbliżył bez hałasu

I nad jaszczurką schylił głowę,

By lepiej słyszeć jej przemowę,

Ona zaś rzekła tak to Jurka:



"Jestem jaszczurka Srebrna Chmurka...

Pod ziemią srebrny pałac mam

I tajemnice wszelkie znam.

Jeśli mnie z rąk swych wypuścicie,

Odwdzięczę się wam należycie

I spełnię wszystko na żądanie.

Czego pragniecie, to się stanie!"



Dzieci słychały tej przemowy

Z zapartym tchem. Już zmierzch lipcowy

Pogłębił mroczne cienie lasu,

Więc Henio rzekł: "Nie traćmy czasu,

Musimy w domu być na siódmą,

A przecież wybrać nie jest trudno.

Chcemy jednego: na polanie

Prawdziwe miasto niechaj stanie!"



Po wysłuchaniu jego słów

Jaszczurka cicho rzekła znów:

"Jak zażądaliście, tak będzie,

Lecz miejcie jeszcze to na względzie,

Że nim się stanie czar tak rzadki,

Musicie zgadnąć dwie zagadki.

Więc pierwsza: "Mieszka, gdzie się zdarzy,

I choć jest zimna, jednak parzy."

Ten się namyślał, ów zgadywał,

Gdy naraz krzyknął Ryś: "Pokrzywa!"

"Następna: Mieszka śród dąbrowy

I ma kapelusz zamiast głowy!

No, co? Czy z was odgadnie które?"

"Grzyb!" - zawołały dzieci chórem.



Jaszczurka, brzęcząc srebrem łusk,

Szepnęła: "Sprawny macie mózg,

Nic nie poradzę! Odgadliście!

Dotrzymam słowa, oczywiście,

Bo nie dotrzymać go nie mogę,

Ale wam muszę dać przestrogę:

Skoro na wasze zawołanie

Prawdziwe miasto tutaj stanie,

Jednego strzeżcie się wyrazu,

Bo utracicie je od razu.

Wyraz, co grozi mu zatratą -

Zapamiętajcie - brzmi: KANATO.

Miasto przepadnie, gdy ktoś powie:

KANATO. Taka moc w tym słowie!"



Rzekła i znikła. Czarny mrok

Ogarnął las, przesłonił wzrok.

Myślały dzieci, że oślepły,

Ale po chwili promień ciepły

Oświetlił drzewa i polanę,

A na niej... miasto murowane.



I znowu słońce jasno świeci,

Po mieście spacerują dzieci,

Jadą tramwaje: "trójka", "czwórka",

W basenie pluszcze się jaszczurka,

W domach są kina, sklepy, szkoły,

Wśród ulic krąży tłum wesoły,

A środkiem mista płynie rzeka

I widać duży port z daleka...



Na przodzie pędził Dzielny Żuk,

A za nim tuż trzy pary nóg.

Do domu z krzykiem wpadły dzieci:

"Prędzeej, niech ojciec z nami leci...

Jest nowe miasto!... Mama wstanie!...

W lesie... Prawdziwe... Na polanie...

Srebrna jaszczurka... Prędzej, mamo!"

Każde powiedzieć chce to samo,

Bezładnie krzyczą w podnieceniu,

Aż wreszcie rzekł pan Solski: "Heniu,

Już niecierpliwić się zaczyman,

O co wam chodzi? Powiedz ty nam!"

Henio wziął oddech i co wiedział,

Rodzicom wiernie opowiedział.



Ojciec roześmiał się: "No tak,

Jeszcze nam tego tylko brak,

Żeby dzieciaki w lesie spały.

Sen rzeczywiście był wspaniały!"

Tu Henio podbiegł i na nowo

Jął przekonywać: "Daję słowo,

Kiedym powiedział: Na polanie

Prawdziwe miasto niechaj stanie,

Odrzekła mi jaszczurka na to...

Jaszczur-ka-na-to... - zbladł - KANATO...

Słowo KANATO wymówiłem...

Co ja zrobiłem!... Co zrobiłem!"

Jurek się zerwał: "Mamo! Tato!

Wszystko przepadło przez... KANATO!"

Podniósł się zamęt, lament, płacz...

Ryś rzekł z wyrzutem: "Heniu, patrz,

Taki wódz z ciebie... Po coś gadał?"

Helenka w kącie stała blada,

A Dzielny Żuk opuścił głowę

I łzy połykał. Jednym słowem,

Ogólny smutek był tak duży,

Że już pan Solski nie mógł dłużej

Patrzeć na twarze zapłakane.

Rzekł tedy: "Chodźmy na polanę!

Jeżeli miasto, drodzy moi,

Stało, to na pewno stoi,

Może więc będzie po zmartwieniu?

Chodźmy! Helenko, Jurku, Heniu!"



Aczklwiek dzień pomału gasł,

Odgłosem gwaru rozbrzmiał las.

Szli wszystcy naprzód szybkim krokiem

Przez chwasty gęste i wysokie,

Między krzakami berberysu,

A gdy poznali już z zarysu

Stojące w cieniu drzew mrowisko,

Powiedział Ryś: "Jesteśmy blisko!"

Dokoła w lesie było głucho,

Dzięcioł zapukał w korę suchą,

Kukułka siedząc gdzieś na buku

Odpowiedziała: "Ku-ku, ku-ku..."

I wiatr wśród liści zaszeleścił

Jak w tajemniczej opowieści.

Jeszcze dwa krzaki... Jeszcze krzak...

Niestety! Stało się! No tak!...

Polana... Ani śladu miasta,

Po lewej stronie dąb wyrasta,

W tym dębie stara dziupla milczy,

Opodal krzew jagody wilczej,

Wysoko szumią drzew wierzchołki,

A dole sterczą wbite kołki,

Przez Henia sznurkiem połączone.

Popatrzał Dzielny Żuk w tę stronę

I rzekł posępnie: "Miasta nie ma!"

Przez chwilę trwała scena niema,

Wreszcie pan Solski przerwał ciszę...

Mam pisać dalej? A więc piszę!

Pan Solski tak do dzieci rzekł:

"Słuchajcie, jest dwudziesty wiek,

W dwudziestym wieku świat nasz stary

Nie wierzy w dziwy ani w czary,

I owo miasto najwyraźniej

Powstało w waszej wyobraźni.

Tu nic nie było na tej trawie.

Zresztą... widzieliście w Warszawie,

Że odbudowa czy budowa,

To nie są czarodziejskie słowa,

To nie są cuda ani dziwy,

Ale człowieka trud prawdziwy.

Praca! Wytrwała i planowa -

Na tym opiera się budowa.

Aby osiedle nowe wznieść,

Moc działań trzeba z sobą spleść.

Pomyśleć tylko: chcesz budować,

To wpierw żelazne belki sprowadź.

Do tego jest niezbędna huta,

Gdzie taka belka jest wykuta.

Huta bez maszyn nic nie zdziała,

Więc znów robota jest niemała:

Czym wprawić w ruch motory liczne?

Zbuduj maszyny elektryczne!

Masz już maszyny wykończone,

Trzba je przywieźć. Czym? Wagonem!

Lecz żeby wagon wiózł maszyny,

Położyć trzeba będzie szyny.

By ruszył motor - włączasz prąd,

Ale ten prąd otrzymasz skąd?

Musisz zbudować elektrowinię,

Lecz zastanawiasz się ponownie,

Jak uruchomić tę potęgę?

Do tego jest konieczny węgiel!



I znowu myślisz, naturalnie,

O tym, że musisz mieć kopalnię.

Lecz łańcuch tu się nie urywa,

Bo węgiel człowiek wydobywa,

Człowieka zaś wyżywić trzeba,

Więc musisz mu dostarczyć chleba.

I znów potrzebne są wagony,

By wieźć do miasta wiejskie plony..."



Zdziwiony wielce szumiał las,

Bo słyszał o tym pierwszy raz.

Dąb się zamyślił: "Rzecz zawiła,

By drzewo ściąć - potrzebna piła,

Piły wyrabia się ze stali,

Stal daje huta, i tak dalej...

Jak liczne ręce się złożyły

Na fabrykę zwykłej piły!"



Dzieci słuchały zamyślone,

Bo zrozumiały także one,

Że nie jaszczurki, tylko luczie

Budują miasta w wielkim trudzie,

Budują, wznoszą według planu

I nic nie zmieni tego stanu.



Pan Solski przerwał, siadł na pniu

I rzekł po chwili: "Chodźcie tu,

Słuchajcie! Dzięki wam do głowy

Przyszedł mi pomysł całkiem nowy.

Mieliście rację! Na polanie

Prawdziwe miasto niechaj stanie!

Gdy tylko wrócę do Warszawy,

Zaraz się wezmę do tej sprawy.

Pomówię o tym w mej centrali,

Tam pomoc dla was się ustali,

W ten sposób już w niedługim czasie

Zbudować Miasto Dzieci da się.

Marzeniu więc się stanie zadość!

Pomyślcie, jaka będzie radość!...

Marzenia wasze wcielać w czyn,

To będzie woda na nasz młyn!

Zrobimy tutaj wszystko sami,

Wy, oczywiście, a my z wami.

W tym roku teren wyrównamy,

Kilofy są, łopaty mamy...

Poruszę też miejscową władzę,

I z kierownictwem się naradzę.

Przez zimę opracuję plany

Na przyszły sezon budowlany,

I fundamenty pod budowę

Już mogą być za rok gotowe.

I stanie miasto, jak się patrzy,

Już za dwa lata albo za trzy."



Wypieków dostał Dzielny Żuk,

Zdarł z głowy pióra, kopnął łuk

I ojcu rzucił się na szyję

Wołając: "Ojciec nasz niech żyje!"

Ogarnął wszystkich taki zapał,

Że nawet Ryś na pień się wdrapał

I krzyczał, choć go dusił kaszel:

"A jak nazwiemy miasto nasze?"

Pan Solski dłonią potarł czoło,

Uśmiechnął się i rzekł wesoło:

"Można je nazwać, dajmy na to...

Jaki to wyraz był? Kanato?

Niech się KANATO nazwą stanie

Osiedla dzieci na polanie!



KANATO! - skacząc wołał Ryś.

KANATO! - a to świetna myśl!

KANATO! - powtórzyło echo.

Dzieci z radością i uciechą

Taniec zwycięstwa odtańczyły

Krzycząc KANATO z całej siły.



Na tym skończyła się narada,

Bo coraz gęstszy mrok zapadał.



Gdy stanie miasto, jak się patrzy,

Już za dwa lata, albo za trzy,

Pewno zaprosi mnie KANATO,

Żebym wśród dzieci spędził lato.

Co tam zobaczę i usłyszę,

To w nowej książce wam opiszę.

2007-07-30 23:43:00

Fruwająca krowa




Wszystkie krowy na świecie, jak wiecie,

Obyczaje miewają jednakie,

Ale żyła w skowrońskim powiecie

Taka krowa, co chciała być ptakiem.



Zazdrościła gawronom i srokom,

Że tak sobie latają wysoko,



Spoglądała z pastwiska na szczygły

I na szpaki, co lot mają śmigły,



Zazdrościła wesołym jaskółkom,

Że nad ziemią fruwają wciąż w kółko.



Pomyślała: "Polecę do nieba,

Bo mi tego dla zdrowia potrzeba,



Jestem ciężka i trochę opasła,

Ale kocham ten bezmiar szeroki,

Będę odtąd na chmurkach się pasła,

Będę jadła soczyste obłoki."



Weszła tedy na górę pobliską,

A ujrzawszy pod sobą urwisko,

Wnet zabrała się mądrze do dzieła:

Wzięła rozpęd, pobiegła przed siebie,

I wysoko jak ptak pofrunęła,

A po chwili znalazła się w niebie.



Zjadła kilka obłoków ze smakiem,

Gdy zaś wreszcie już dość miała jadła,

Rzekła: "Wolę być krową niż ptakiem."

I na ziemię wolniutko opadła.



Wy mi zaraz na pewno powiecie,

Że historia ta jest niebywała,

A ja wiem, że w skowrońskim powiecie

Była krowa, co fruwać umiała.

2007-07-30 23:42:24

Ciotka Danuta




Chuda ciotka Danuta

Robi swetry na drutach.



Już po pięciu minutach

Dowiedziały się o tym jaskółki,

Gwałt podniosły do spółki:

"Jak to? Ciotka Danuta

Robi swetry na drutach?

Na drutach siadają ptaki,

Lecz ciotka? Skąd pomysł taki?

A lećcież do niej gromadnie,

Bo wam ciotka z drutów spadnie!

2007-07-30 23:41:55

Mucha




Z kąpieli każdy korzysta,

A mucha chciała być czysta.

W niedzielę kąpała się w smole,

A w poniedziałek w rosole,

We wtorek - w czerwonym winie,

A znowu w środę - w czerninie,

A potem w czwartek - w bigosie,

A w piątek - w tatarskim sosie,

W sobotę - w soku z moreli...

Co miała z takich kąpieli?

Co miała? Zmartwienie miała,

Bo z brudu lepi się cała,

A na myśl jej nie przychodzi,

Żeby wykąpać się w wodzie.

2007-07-30 23:41:12

Sum




Mieszkał w Wiśle sum wąsaty,

Znakomity matematyk.



Krzyczał więc na całe skrzele:

Do mnie, młodzi przyjaciele!



W dni powszednie i w niedziele

Na życzenie mnożę, dzielę,



Odejmuję i dodaję

I pomyłek nie uznję!



Każdy mógł więc przyjść do suma

I zapytać: jaka suma?



A sum jeden w całej Wiśle

Odpowiadał na to ściśle.



Znała suma cała rzeka,

Więc raz przybył lin z daleka



I powiada: Drogi panie,

Ja dla pana mam zadanie,



Jeśli pan tak liczyć umie,

Niech pan powie, panie sumie,



Czy pan zdoła w swym pojęciu,

Odjąć zero do dziesięciu?



Sum uśmiechnął się z przekąsem,

Liczy, liczy coś pod wąsem,



Wąs sumiasty jak u suma,

A sum duma, duma, duma.



To dopiero mam z tym biedę -

Może dziesięć? Może jeden?



Upłynęły dwie godziny,

Sum z wysiłku jest już siny.



Myśli, myśli: To dopiero!

Od dziesięciu odjąć zero?



Żebym miał przynajmniej kredę!

Zaraz, zaraz... Wiem już... Jeden!



Nie! Nie jeden. Dziesięć chyba...

Ach, ten lin! To wstrętna ryba!



A lin szydzi: Panie sumie,

W sumie pan niewiele umie!



Sum ze wstydu schnie i chudnie,

Już mu liczyć coraz trudniej,



A tu minął wieczór cały,

Wszystkie ryby się pospały



I nastało znów południe,

A sum chudnie, chudnie, chudnie...



I nim dni minęło kilka,

Stał się chudy niczym kilka.



Więc opuścił wody słodkie

I za żonę pojął szprotkę.

2007-07-30 23:40:25

Jasne jak słońce




Gdy pełzną dwa zaskrońce,

Z nich każdy ogon ma.

To jasne jest jak słońce

I jak dwa razy dwa.



Gdy wierzgnąć kogoś koń chce,

W tył wierzga, a nie w przód.

To jasne jest jak słońce,

To proste jest jak drut.



Kij zawsze ma dwa końce,

A sroka nogi dwie,

To jasne jest jak słońce

I każdy o tym wie.



Gdy grać na trąbie słóń chce,

Nie potrzebuje nut,

To jasne jest jak słońce,

To proste jest jak drut.



Lecz co dzień, zanim zasnę,

Zamyślam się przed snem:

Choć słońce takie jasne,

Cóż ja o słońcu wiem?

2007-07-30 23:39:53

Jak rozmawiać trzeba z psem




Wy nie wiecie, a ja wiem,

Jak rozmawiać trzeba z psem,



Bo poznałem język psi,

Gdy mieszkałem w pewnej wsi.



A więc wołam: - Do mnie, psie!

I już pies odzywa się.



Potem wołam: - Hop-sa-sa!

I już mam przy sobie psa.



A gdy powiem: - Cicho leż!

Leżę ja i pies mój też.



Kiedy dłoń wyciągam doń,

Grzecznie liże moją dłoń.



I zabawnie szczerzy kły,

Choć nie bywa nigdy zły.



Gdy psu kość dam - pies ją ssie,

Bo to są zwyczaje psie.



Gdy pisałem wierszyk ten,

Pies u nóg mych zapadł w sen,



Potem wstał, wyprężył grzbiet,

Żebym z nim na spacer szedł.



Szliśmy razem - ja i on,

Pies postraszył stado wron,



Potem biegł zwyczajem psim,

A ja biegłem razem z nim.



On ujadał. A ja nie.

Pies i tak rozumie mnie,



Pies rozumie, bo ja wiem,

Jak rozmawiać trzeba z psem.

2007-07-30 23:39:08

Czarodziejski pies




Przed laty

Żył pies kudłaty.

Nie pokojowy, nie podwórzowy,

Nie miejski, nie wiejski,

Ale od ogona do głowy

Całkowicie czarodziejski.



Był mistrzem Polski w dominie,

I to nie są bynajmniej przechwałki,

Grał na pianinie,

Chodził po linie

I sam zapalał zapałki.



Powiecie pewnie, że to żadna sztuka,

Że tego uczy dowolna psia szkółka,

Ale zważcie, że pies ten nie szczekał,

Lecz kukał -

Jak rodowita kukułka.



A grał w ping-ponga? Grał!

A znał arytmetykę? Znał!

Rozumiał po czesku? Rozumiał!

I tylko szczekać nie umiał.



Miał pies swego pana,

Nazywał się Kołodziejski.

Raz w poniedziałek z rana

Powiedział pan: - Panie dziejski,

Po diabła mi pies czarodziejski?

Potrzeba mi kundla, co szczeka,

A taki pies - to kaleka.



I żeby dłużej nie zwlekać,

Oddał psa do pewnego maga,

Który nauczył go szczekać -

Bo się więcej od psa nie wymaga.

2007-07-30 23:38:31

Dwa widelce




Szły sobie dwa widelce

Zarozumiałe wielce.

Rzekł jeden: "Widzę woła,

Wół dwóm nam nie podoła,

Wół dla mnie nie nowina,

Bo wół - to wołowina,

To zwykła sztuka mięsa,

Co w polu się wałęsa."

Odrzecze na to drugi:

"Znam dobrze twe zasługi,

Ja także, bez przesady,

Przebijam funt sztufady,

A ile to już razy

Kłułem wołowe zrazy,

Rumsztyki, antrykoty -

Miałem z tym dość roboty."

Rzekł pierwszy szczerząc zęby:

"Ja do niejednej gęby

Wpychałem polędwicę,

Czym po dziś dzień się szczycę.

Wołową pieczeń stale

Przebijam na trzy cale

I jestem dosyć mądry,

By zmóc najtwardsze szpondry."

Rzekł drugi: "Dość złorzeczeń,

Wiadomo już, raz pieczeń,

Raz befsztyk, raz sztufada -

To świetnie nam się składa,

Bo z faktów tych wynika,

Że bijąc przeciwnika

Kawałek za kawałkiem,

Pobiliśmy go całkiem!"

A wół kopnięciem nogi

Zrzucił widelce z drogi

I wobec póĄnej pory

Spać poszedł do obory.

2007-07-30 23:37:53

Głowa w piasku




Dla uniknięcia domowych

niesnasek

Struś schował głowę w piasek.

Tymczasem szła pani strusiowa.

- A któż to ukrywa tu się?

A któż to przede mną się chowa?

Poznaję pióra strusie,

A po piórach poznaję osobę.

I mówiąc to kolnęła strusia dziobem.

- Tuś, mój mężusiu, tuś!

Struś skoczył jak oparzony,

Bo to wcale nie był mąż tej żony,

Tylko zupełnie inny struś.



Strusiowa widząc nieporozumienie

Przepraszała strusia szalenie,

On zaś jęknął: - Rozumiem pomyłkę, rzecz prosta,

Ale com dostał, tom dostał.



No widzisz, kochany głuptasku,

Pomyśl, czy watro chować głowę w piasku?

2007-07-30 23:37:19

Hipopotam




Zachwycony jej powabem

Hipopotam błagał żabę:

"Zostań żoną moją, co tam,

Jestem wprawdzie hipopotam,

Kilogramów ważę z tysiąc,

Ale za to mógłbym przysiąc,

Że wzór męża znajdziesz we mnie

I że ze mną żyć przyjemnie.

Czuję w sobie wielki zapał,

Będę ci motylki łapał

I na grzbiecie, jak w karecie,

Będę woził cię po świecie,

A gdy jazda już cię znuży,

Wrócisz znowu do kałuży.

Krótko mówiąc - twoją wolę

Zawsze chętnie zadowolę,

Każdy rozkaz spełnię ściśle.

Co ty na to?"

"Właśnie myślę...

Dobre chęci twoje cenię,

A więc - owszem. Mam życzenie..."



"Jakie, powiedz? Powiedz szybko,

Moja żabko, moja rybko,

I nie krępuj się zupełnie,

Twe życzenie każde spełnię,

Nawet całkiem niedościgłe..."



"Dobrze, proszę: nawlecz igłę!"

2007-07-30 23:36:30

Chrząszcz



W Szczebrzeszynie chrząszcz brzmi w trzcinie

I Szczebrzeszyn z tego słynie.



Wół go pyta: "Panie chrząszczu,

Po co pan tak brzęczy w gąszczu?"



"Jak to - po co? To jest praca,

Każda praca się opłaca."



"A cóż za to pan dostaje?"

"Też pytanie! Wszystkie gaje,



Wszystkie trzciny po wsze czasy,

Łąki, pola oraz lasy,



Nawet rzeczki, nawet zdroje,

Wszystko to jest właśnie moje!"



Wół pomyślał: "Znakomicie,

Też rozpocznę takie życie."



Wrócił do dom i wesoło

Zaczął brzęczeć pod stodołą



Po wolemu, tęgim basem.

A tu Maciek szedł tymczasem.



Jak nie wrzaśnie: "Cóż to znaczy?

Czemu to się wół prożniaczy?!"



"Jak to? Czyż ja nic nie robię?

Przecież właśnie brzęczę sobie!"



"Ja ci tu pobrzęczę, wole,

Dosyć tego! Jazda w pole!"



I dał taką mu robotę,

Że się wół oblewał potem.



Po robocie pobiegł w gąszcze.

"Już ja to na chrząszczu pomszczę!"



Lecz nie zastał chrząszcza w trzcinie,

Bo chrząszcz właśnie brzęczał w Pszczynie.


2007-07-30 23:09:04

Klej




Idzie klej i po kolei

Napotkane rzeczy klei:

Stołki, szklanki, filiżanki,

Salaterki, wazy, dzbanki,

Talerzyki, flaszki, miski,

Garnki, wiadra i półmiski,

Nawet ławki, nawet szafki,

Nawet książki i zabawki.

Już posklejał kuchnię całą,

A tu ciągle mu za mało,

Wysmarował w pół godziny

Wszystkie kołdry i pierzyny,

Cały dom się klei, lepi,

A on chciałby jeszcze lepiej.

Naraz wzięła go ochota,

Co się rzadko komu zdarza,

Że przykleił psa do kota,

Kota zaś do kominiarza,

Zlepił z sobą dwie kumoszki,

Które miały jakieś sprawki,

Szyld przykleił do dorożki,

A burmistrza do sikawki.

W mieście straszne widowisko.

Z każdą chwilą coraz gorzej,

Już się wszystkim lepi wszystko

I odlepić się nie może.

Już nie idzie nikt aleją,

Posklejane lampy gasną

I powieki tak się kleją,

Że za chwilę wszyscy zasną.

2007-07-30 23:08:12

Grzyby




Król Borowik Prawdziwy szedł

lasem

Postukując swym jedynym obcasem,

A ze złości brunatny był cały,

Bo go muchy okrutnie kąsały.

Tedy siadł uroczyście pod dębem

I rozkazał na alarm bić w bęben:

"Hej, grzyby, grzyby,

Przybywajcie do mojej siedziby,

Przybywajcie orężnymi pułkami.

Wyruszamy na wojnę z muchami!"



Odezwały się pierwsze opieńki:

"Opieniek jest maleńki,

A tam trzeba skakać na sążeń,

Gdzie nam, królu, do takich dążeń?!"



Załkały surojadki:

"My mamy maleńkie dziatki,

Wolimy życie spokojne,

Inne grzyby prowadź na wojnę."



Zaszemrały modraczki:

"Mamy całkiem zniszczone fraczki,

Mamy buty wśród grzybów najstarsze,

Nie dla nas wojenne marsze."



Zastękały czubajki:

"Wpierw musimy wypalić fajki,

Wypalimy je, królu, do zimy,

W zimie z tobą na wojnę ruszymy."



A król siedzi niezmiennie pod dębem,

Każe znowu na alarm bić w bęben:

"Przybywajcie, pieczarki, maślaki,

Trufle, gąski, purchawki, koźlaki,

Bedłki, rydze, bielaki i smardze,

Przybywajcie, bo tchórzami pogardzę!"



Ledwo rzekł to, wtem patrzy, a z boru

Maszeruje pułk muchomorów:

"Przychodzimy z muchami wojować,

Ty nas, królu, na wojnę prowadź!"



Wojowały grzybowe zuchy,

Pokonały aż cztery muchy.

Król Borowik winszował im szczerze

I dał wszystkim po grzybowym orderze.

2007-07-30 23:07:30

Dwa razy dwa




Niech mi powie, kto ma chęć

I kto chce być ze mną szczery,

Czy dwa razy dwa jest pięć,

Czy dwa razy dwa jest cztery.



Kot zamruczał: "Chyba kpisz,

Czy to dla mnie jest robota?

Mnie obchodzi jedna mysz,

A rachunki - nie dla kota."



Pies wykonał dziwny ruch:

"Ja nie jestem na usługi!

Umiem liczyć, lecz do dwóch."

Po czym warknął raz i drugi.



Koń powiedział jednym tchem:

"Łeb mam duży, lecz ubogi.

I to tylko dobrze wiem:

Każdy koń ma cztery nogi."



Wół najpewniej z nich się czuł,

Rzekł: "Sprawdziwszy cztery kąty,

Stwierdzam fakt, że jako wół

W mej oborze jestem piąty."



Kogut zapiał: "Ja mam raj -

Macham tylko pióropuszem,

Lecz nie znoszę przecież jaj,

A więc liczyć też nie muszę."



Rzekła kaczka: "Kwa-kwa-kwa,

Z dziećmi chadzam na spacery,

Mam ich tu dwa razy dwa,

Czyli mam kaczątka cztery."

2007-07-30 23:06:51

Dziurawe buty




Dwa dziurawe buty szły po podłodze,

W każdym bucie było po jednej nodze,

A na dwóch nogach ubranych w spodnie

Jan Marcin Szancer przechadzał się godnie.

To ten artysta, słynny ilustrator,

Znany od Amsterdamu aż po Ułan-Bator.

Jan Marcin Szancer psa rudego miał,

Pies ten był rasy, do zwie się czau-czau

I nie używa języka hau-hau,

Gdyż na przekór psim obyczajom

Psy czau-czau mruczą, ale nie szczekają.



Otóż pies ten codziennie od rana

Mruczał u nóg swego pana

I łasił się do niego dopóty,

Aż z miłości zaczynał obgryzać mu buty.

Taką sobie wymyślił zabawę!



Dlatego właśnie buty te były dziurawe.

2007-07-30 23:06:10

Czy to prawda




Źle się w oliwie poczuły szprotki.

Cukier się martwił, że jest za słodki,



Czapla wzdychała: "Mam grube nogi",

Mól na suficie szukał podłogi.



Kreda się gryzła, że taka biała,

Krowa nad własnym mlekiem biadała,



Sól uważała, że jest nie słona,

Wąż biegł i wołał: "Nie mam ogona!"



Atrament płakał, że jest w żałobie,

Zegar rzekł stojąc: "Pójdę już sobie",



Ślimak zapewniał, że nie jest brzydki,

Woda jęknęła: "Zmokłam do nitki".



Wierzba zdębiała. Dąb się zaperzył.

Jeż się okocił, a kot najeżył.

2007-07-30 23:05:38

Cap na grapie




Wlazł kotek

Na płotek,

Ujrzał capa na grapie.

- Zmykaj, capie,

Bo cię podrapię!

A cap nic - tylko sapie.



Na grapie zebrali się gapie,

Wszyscy patrzą na capa,

A kota aż świerzbi łapa.

- Zmykaj, capie,

Bo cię podrapię!

A cap nic - tylko sapie.



Patrzą na kota gapie.

- Daj mu, capie, po czapie!

A cap nic - tylko sapie.

I nie dziwota,

Bo cap nie złapie

Kota,

A kot podrapie

Capa,

Jako że cap jest gapa.



Kot mu wciąż grozi i grozi:

- Zmykaj, capie,

Bo cię podrapię!

Więc wziąwszy na rozum kozi,

Do domu umknął cap.

Teraz go, kocie, łap!

2007-07-30 23:04:58

Depesza




Miasto Klouszki

Ulica Kościuszki

Numer dwadzieścia,

U swego teścia

Mieszka

Leszek Kulesza.

Do Leszka

Przyszła depesza:



OB

KULESZA KOŚCIUSZKI KOLUSZKI

STOP

PRZYJEŻDŻAJ DO KIELC NA RACUSZKI

BOB



Listonosz depeszę bierze

I spieszy

I spieszy

I spieszy



Na rowerze

Na rowerze

Na rowerze



Z tą depeszą do Leszka Kuleszy.



"Czy tu mieszka pan Leszek Kulesza?

Jest do pana Kuleszy, depesza."



"Nie ma go, proszę pana.

Właśnie we wtorek z rana

Wyjechał do Warszawy

Załatwić ważne sprawy.

Zamieszkał pod piątym na Bema,

A tu go, niestety, nie ma."



Listonosz z rozpędu na rower - hops!

Przyjeżdża do urzędu zziajany jak mops,

Biegnie do naczelnika

I ze słów jego właśnie wynika,

Że nie doręczył depeszy,

Gdyż nie ma w Koluszkach Kuleszy.



Naczelnik telegrafu, człek obowiązkowy,

Rzekł, nie wdając się w zbędne rozmowy:

"Co? Kulesza wyjechał? Znajdziemy Kuleszę!

Do Warszawy w ślad za nim wyślemy depeszę."



Dwaj telegrafiści przy dwóch aparatach

Tę samą depeszę ślą do adresata:

Wystukują kolejne litery

Stuk-stuk-stuk

Jedna, dwie, trzy, cztery...

Litery



Biegną po drucie

Stuk-stuk-stuk

W Warszawie w tej samej minucie

Telegrafista odbiera:

Ka - litera, U - litera, eL - litera

Kul... Kule... Kulesza...

Układa się z liter depesza:



KULESZA BEMA WARSZAWA

JEST WAŻNA NIEZMIERNIE SPRAWA

STOP

PRZEKAZUJĄ DEPESZĘ KOLUSZKI

STOP

PRZYJEŻDŻAJ DO KIELC NA RACUSZKI

BOB



Listonosz depeszę bierze

I spieszy

I spieszy

I spieszy



Na rowerze

Na rowerze

Na rowerze



Z tą depeszą do Leszka Kuleszy.



"Czy tu mieszka pan Leszek Kulesza?

Jest do pana Kuleszy, depesza."



"Owszem, mieszkał na Bema,

Lecz go od wczoraj już nie ma.

Wyjechał do Krakowa,

Adres: ulica Basztowa,

Numer domu piętnaście,

Tam mu depeszę przekażcie."



Listonosz wraca, rzecz oczywista,

Znów wystukuje telegrafista

Szereg tych samych liter i znaków:



KULESZA BASZTOWA KRAKÓW...



Znów listonosz depeszy doręczyć nie może,

Bo Kulesza wyjechał nad morze.

I znów aparat stuka,

I znów listonosz szuka:



KULESZA SŁONECZNA SOPOT...



I znowu z Kuleszą kłopot,

Bo wyjechał do Łomży, do stryja.

Znów telegraf litery wybija,

Za Kuleszą depesza podąża:



KULESZA TRAUGUTTA ŁOMŻA...



Ale w Łomży ta sama nowina -

Wyjechał do Szczecina!

Depesza w ślad za nim leci:



KULESZA PORTOWA SZCZECIN...



A w Szczecinie ta sama nowina -

Wyjechał do Lublina.

Z Lublina do Olsztyna,

Z Olsztyna do Raszyna,

Z Raszyna do Cieszyna...



Taką miał z nim telegraf robotę!

Wreszcie wrócił do domu w sobotę.

Ledwo wrócił, przychodzi depesza:



OB

KULESZA KOŚCIUSZKI KOLUSZKI

WARSZAWA KRAKÓW SOPOT

ŁOMŻA SZCZECIN LUBLIN

OLSZTYN RASZYN CIESZYN KOLUSZKI

STOP

PRZYJEŻDŻAJ DO KIELC NA RACUSZKI

BOB



Ledwo przyszła depesza,

Skoczył Leszek Kulesza

I po chwili już był w autobusie,

Bo bardzo spieszyło mu się.



Przyjechał do Kielc w samą porę

Wieczorem,

Kiedy na stół wnoszono racuszki.

A racuszki - wprost lizać paluszki,

Takich nigdzie i nikt wam nie poda!



Nie proszono was?

A szkoda!

2007-07-30 23:03:58

Chory muł




Pewien muł

Niedobrze się czuł,

Więc poszedł do lekarza i rzekł:

- Niech pan doktor mi da jakiś lek.

Zapytał muła lekarz:

- A na co ty, mule, narzekasz?

Co ci dolega, mule?

Rzekł muł: - Mam łamania i bóle.

- A co boli cię? - lekarz znów pyta.

- Oj, bolą mnie, bolą kopyta,

A jeśli mam przy tym być szczery,

To nie jedno, nie dwa, ale cztery,

Wszystkie cztery, do samej kości,

Nawet ruszyć żadnym nie mogę...

I na dowód swojej słabości

Kopnął lekarza w nogę.



Stąd prawda wynika doniosła,

Że muł jednak ma w sobie coś z osła.

2007-07-30 23:03:22

Baśń o stalowym jeżu




Na ulicy Czterech Wiatrów

Niedaleko Bonifratrów

Do zachodnich ścian przytyka

Sklep Magika Mechanika.

Sklep ten zawsze jest zamknięty,

Lecz przez okno wystawowe

Widać różne dziwne sprzęty,

Różne części metalowe,

Tajemnicze instrumenty,

Automaty, lalki, skrzynki,

Nakręcane katarynki,

Śpiewające psy i świnki.



Z głębi sklepu znad stolika

Patrzą oczy Mechanika.

Widać jego twarz niemłodą,

Okoloną rudą brodą,

Duże uszy, nos spiczasty

I krzaczaste brwi jak chwasty



Całe noce Magik siedzi

Pośród zwojów drutu z miedzi,

Warzy zioła, praży kwasy

I uciera kuperwasy.

Kto zobaczy Mechanika,

Tego zaraz lęk przenika,

Ten ucieka od wystawy,

Choćby nawet był ciekawy.



Dnia pewnego w październiku

Napłynęło chmur bez liku,

Runął wicher porywiście,

Poleciały żółte liście,

Zaciemniły się błękity,

Zgęstniał mrok niesamowity.

Snadź żałosny śpiew jesieni

Albo napływ nocnych cieni,

Albo gwiazd zupełny zanik

Sprawił właśnie, że Mechanik

Usnął nagle przy stoliku

Dnia pewnego, w październiku.



Spał jak kamień. A tymczasem

Drzwi rozwarły się z hałasem

I ze sklepu na ulicę

W noc, w jesienną nawałnicę

Wybiegł z chrzęstem jeż stalowy

Miał przyłbicę zamiast głowy,

Od przyłbicy aż po pięty

W stal hartowną był zaklęty.

Miał też pancerz - z każdej strony

Mnóstwem igieł najeżony,

Nadto miecz ze stali twardej,

Tarczę tudzież halabardę.



Jeż przez chwilę nasłuchiwał,

Coś wspominał, coś przeżywał.

Spojrzał w noc październikową

I zacisnął pięść stalową.

W krąg ulica była pusta.

Mrok narastał, wiatr nie ustał,

Deszcz jesienny w szyby chlustał.



Co się stało, to się stało,

Widać tak się stać musiało,

Jeż więc naprzód ruszył śmiało,

Pędził w dal opustoszałą,

Pod murami się przemykał

I w zaułkach ciemnych znikał.

A gdy biła jedenasta,

Jeż opuścił mury miasta.



Minął sady i ogrody,

Przebiegł szybko gaik młody,

Aż wydarłszy się zawiei

Jeż stalowy dopadł kniei.

Tu odetchnął. Leśne zmory

W dziuplach jadły muchomory,

W opuszczonym jarze strzygi

Odprawiały na wyścigi

Swoje pląsy i podrygi,

Wiedźmy spały w gniazdach wronich,

Sowy piały, a koło nich,

Wyskoczywszy na wierzchołek,

Na piszczałce grał Dusiołek.



Jeż przez chwilę odpoczywał,

Coś wspominał, coś przeżywał,

Lecz niebawem ruszył dalej,

Budząc wiedźmy chrzęstem stali.



Brzask od wschodu jaśniał złudnie,

A Jeż zdążał na południe,

Stanął właśnie na polanie,

Gdy znienacka, niespodzianie

Ujrzał tam, gdzie rzednie knieja,

Czarodzieja Babuleja.



Miał Babulej łeb jak skała,

Z nozdrzy para mu buchała,

Wylatywał ogień z gęby,

Miał ramiona jak dwa dęby,

Każdą nogę miał jak wieża.

Gdy się ocknął, spostrzegł Jeża.



Był Babulej tak potężny,

Że Jeż mężny i orężny

Zbladł - o ile jeże bledną,

Ale to jest wszystko jedno.

Rzekł Babulej: "Hej, rycerzu,

Hej, stalowy dzielny Jeżu,

Jaka moc i jaka władza

Do tej kniei cię sprowadza?

Czy przybywasz do mnie w gości,

Czy chcesz zabrać moje włości,

Czy też cel masz niedościgły,

Aby we mnie wbić swe igły?"



Jeż zawołał: "Dobrodzieju,

Czarodzieju Babuleju,

Od przyłbicy aż po pięty

Jam stalowy Jeż - zaklęty

Przez Magika Mechanika -

I wprost żałość mnie przenika,

Kiedy patrzę na mą zbroję,

Na stalowe igły moje.

Twoja mądrość jest bez miary,

Powiedz, jak mam zrzucić czary?

Dokąd iść mam? Wskaż mi drogę,

Bo tak dłużej żyć nie mogę."



Zastanowił się Babulej

I do Jeża rzekł już czulej:

"Z tej krynicy wody ulej.

Kiedy nią przemyjesz oczy,

Wnet przed tobą się roztoczy

Gładka droga. Idź nią żwawo,

Byle w prawo, zawsze w prawo!

Gdy dotrzymasz tego święcie,

Spadnie z ciebie złe zaklęcie."

Jeż uściskał Babuleja.

"W tobie cała ma nadzieja"-

Rzekł z wdzięcznością. Bez przeszkody

Nalał w dłoń cudownej wody,

Wodą plusnął sobie w oczy,

Aż tu nagle się roztoczy

Droga gładka, lecz zawiła:

Cała we mgle się gubiła,

Porośnięta przy tym była

Migotliwą srebrną trawą.

Jeż tą drogą ruszył w prawo.



Szedł bez przerwy aż do zmroku,

Nie zwalniając nawet kroku,

Ani nie jadł, ani nie pił,

Tylko chłodem się pokrzepił.

Dziwne dziwy widział z lewa:

Migdałowe kwitły drzewa,

Kolorowych słońc ulewa

Oblewała piękne place,

Na nich domy i pałace,

A w pałacach rajskie ptaki,

A w ogrodach złote maki,

A wokoło mleczne rzeki

Zdążające w świat daleki.



Jeża złudy nie skusiły.

Wytężając wszystkie siły,

Ciągle w prawo szedł po drodze,

Pamiętając o przestrodze.

I po stronie właśnie prawej

Ujrzał Jeż rtęciowe stawy.

Falowała rtęć srebrzyście

I srebrzyła się faliście,

I jaśniała uroczyście,

Blask rzucając na wybrzeża,

Na dal mroczną i na Jeża.



Jeż przed siebie śmiało dążył,

W żywym srebrze się pogrążył

I przez rtęci śliskie fale

Płynął silnie i wytrwale.

Stoczył przy tym bój zajadły,

Bowiem zewsząd go opadły

Wygłodniałe, złe trytony,

Ale on, niezwyciężony,

Mieczem rąbał i wywijał,

Aż je wszystkie pozabijał.

Gdy Jeż stawy wreszcie przebrnął,

Połyskiwał zbroją srebrną.



Kroczył naprzód niestrudzony,

Rtęcią złudnie posrebrzony,

Miecz wyostrzył, jak należy,

A gdy mrok się rozlał szerzej,

Zszedł w Dolinę Nietoperzy.

Czuł, że bój nie będzie błahy:

Nietoperze z kutej blachy,

Z metalicznym skrzydeł chrzęstem,

Uderzyły rojem gęstym,

Ćmy blaszane o północy

Przyleciały do pomocy,

A ze szczelin pełzły strachy,

Nocne strachy z kutej blachy.



Jeż odważnie się najeżył,

Halabardą się zamierzył,

Wpadł w sam środek nietoperzy

I na oślep ciął z rozmachem

Napastliwą groźną blachę.

Ciem padały całe stosy,

A on wciąż zadawał ciosy,

Nietoperzy chmary tępił,

Tarczę pogiął, miecz przytępił,

Deptał blachę pokonaną,

A gdy bój się skończył rano,

Stwierdził Jeż swój tryumf świeży,

Więc z Doliny Nietoperzy,

W której posiał śmierć i trwogę,

Wyszedł znów na gładką drogę.



Mgła, jak zwykle, drogi strzegła,

Droga prawą stroną biegła.

A gdy świt był niedaleko,

Stanął Jeż nad wielką rzeką.

Nurt burzliwy i spieniony

Tworzył wiry z prawej strony.

Jeż to zoczył, lecz nie zboczył,

Tylko w środek wirów skoczył.

Płynął śmiało jak na połów,

A gdy przemógł moc żywiołów,



Ujrzał Wyspę Trzech Bawołów.

Był na wyspie las potężny,

Nie drewniany, lecz mosiężny,

Z lasu, sadząc przez wądoły,

Wyskoczyły trzy bawoły

I ruszyły wprost na Jeża,

Który dotknął już wybrzeża.

Ziemia drżała, tratowana

Przez bawoły. Gęsta piana

Wystąpiła im na pyski,

W ślepiach drgały krwawe błyski,

A kopyta ich potężne,

Nie zwyczajne, lecz mosiężne,

I mosiężne wielkie rogi

W sposób groźny i złowrogi

Skierowały się na Jeża:

Tylko bawół tak uderza.

Jeż, do walki już gotowy,

Wyjął z pochwy miecz stalowy,

W bok uskoczył i zawzięcie

Rąbnął mieczem. Straszne cięcie

Zmiotło sześć bawolich rogów,

Które spadły wśród rozłogów.

Ich mosiężny dźwięk rozbrzmiewał,

O mosiężne tłukł się drzewa

I przez echo powtórzony,

Brzmiał i grzmiał na wszystkie strony.



A bawoły chyląc głowy

Legły rzędem. Jeż stalowy

Stał podparty halabardą

I przyglądał się z pogardą

Pokonanym swoim wrogom

I mosiężnym wielkim rogom,

Po czym w prawo ruszył drogą.



Dziwne dziwy widział z lewa:

Z białych skał sfrunęła mewa

Trzepotliwa, śnieżnobiała,

W dziobie złoty klucz trzymała,

Kluczem skały otwierała,

Otwierała złote bramy,

Skarbce, zamki i sezamy.



On szedł w prawo, ciągłe w prawo,

Gardził złotem, gardził strawą,

Szedł bez przerwy, aż do zmroku,

Nie zwalniając nawet kroku.

Ani nie jadł, ani nie pił,

Tylko chłodem się pokrzepił.



Kiedy tak przez piachy kroczył,

Z pochwy naraz miecz wyskoczył

I pofrunął w dal z łoskotem,

Tarcza za nim w ślad, a potem

Halabarda, mknąc przed siebie,

Znikła szybko w nocnym niebie.



Jeż oniemiał, Jeż się zdumiał,

Ale zanim coś zrozumiał,

Jakaś siła niebywała

Nagle z ziemi go porwała

I poniosła jak źdźbło słomy

W świat daleki, niewiadomy.



Jeż w niezwykłym swoim locie

Widział gwiazd jarzących krocie,

A pod sobą czarną chmurę,

A przed sobą wielką górę

Niebotyczną i wyniosłą -

Do niej właśnie Jeża niosło.



Jeż wytężył wyobraźnię,

Wzrok wytężył i wyraźnie

Widział teraz i miarkował,

Że to Góra Magnesowa

Z dali ciemnej się wyłania,

Że jej siła przyciągania,

Nieodparta i straszliwa,

Stal unosi i porywa.



Leciał Jeż jak srebrna kula,

Brzęczał tak jak pszczoła z ula,

Góra przed nim w oczach rosła

Niebotyczna i wyniosła,

Wreszcie gniewny i ponury

Przylgnął Jeż do zbocza góry.



Stał bezbronny, pełen trwogi,

Magnes więził jego nogi

I krępował wszystkie ruchy,

Tak jak muchę lep na muchy.



Chcąc się wydrzeć z tej niewoli,

Jął poruszać się powoli,

Jął powoli piąć się w górę,

Nie zważając na wichurę.

Szedł pięć godzin, aż o świcie

Wreszcie znalazł się na szczycie.



Był tam pałac z gwiazd wysnuty

I był człowiek w złocie kuty

I obuty w złote buty.

A dokoła w barwnej śniedzi

Stali ludzie z brązu, miedzi

I z mosiądzu, i z ołowiu -

Stali wszyscy w pogotowiu.

Władca Góry Magnesowej



Do zdobyczy swojej nowej

Krzyknął: "Jam jest w złocie kuty

I obuty w złote buty,

Bezprzykładna dzielność twoja

Ani pancerz, ani zbroja

Nie uchronią cię przede mną.

Ja mam taką moc tajemną,

Że się tylko stalą żywię

I na górze tej szczęśliwie

Miedzią, brązem i mosiądzem

Jak posłusznym ludem rządzę.

Broń się, Jeżu! Mam ochotę

Stal twą przebić ostrzem złotym!"



Jeż zawołał: "Niech się stanie!

Chodź, przyjmuję twe wyzwanie.

Nie mam miecza ani tarczy,

Ale igieł mi wystarczy!"

Po tych słowach pięść zacisnął,

Złoty rycerz tarczą błysnął,

Błysnął złotym swym pancerzem,

A gdy stanął tuż przed Jeżem,

Porwał szybko w dłoń waleczną

Złotą klingę obosieczną.



Zawrzał bój. I brzęk metali,

Naprzód złota, potem stali,

Dookoła się rozlegał

I wraz z echem w dal wybiegał.

Nagle dopadł Jeż rycerza

I straszliwa igła Jeża

W pancerz wbiła się ze zgrzytem.

Rycerz zachwiał się, a przy tym

Krwi czerwonej kropla spadła,

Krew trysnęła na wiązadła,

Na napierśnik, na przyłbicę,

Na stalowe rękawice.



Właśnie krwi tej kropla świeża

Złe zaklęcie zdjęła z Jeża.

Pękła stal, przyłbica spadła

I dziewczyny twarz pobladła

Wyłoniła się ze stali,

A tu stal pękała dalej,

Opadała jak łupina -

Wyszła z niej na świat dziewczyna

Jawiąc wdzięki swe dziewczęce

I dziewczęce białe ręce,

I kibici kształt powabny,

Obleczony w strój jedwabny.

Rycerz patrzał ze zdumieniem,

Podszedł, objął ją ramieniem

I na jego pierś złocistą

Łza jej spadła kroplą czystą.



I - o Boże! - łza ta świeża

Zdjęła czary złe z rycerza,

Złoto spadło zeń. Okowy

Władcy Góry Magnesowej

Nie zdołały już się ostać

I młodzieńca piękna postać

Przed dziewczyną kornie stała,

A dziewczyna promieniała,

Biale ręce wyciągała.



Świat spowiła mgła róźowa,

W mgle tej Góra Magnesowa

Rozpłynęła się, przepadła,

Tak jak nikną złe widziadła

I dokoła zaszła zmiana

Niewidziana, niespodziana:

Migdałowe kwitły drzewa,

Kolorowych słońc ulewa

Oblewała piękne place,

Na nich domy i pałace,

A w pałacach rajskie ptaki,

A w ogrodach złote maki,

A dokoła mleczne rzeki

Zdążające w świat daleki.



Cały bezmiar grał i śpiewał.

Z białych skał sfrunęła mewa,

Trzepotliwa, śnieżnobiała,

W dziobie złoty klucz trzymała,

Kluczem skały otwierała,

Otwierała złote bramy,

Skarbce, zamki i sezamy.



A młodzieniec rzekł najczulej:

"Zaczarował mnie Babulej,

Zakuł w złoto swym zaklęciem,

A ja jestem sławnym księciem,

Dzielnym księciem Złotowojem,

Właśnie jesteś w państwie moim."



"A ja - rzekła mu dziewczyna -

Jestem panna Klementyna,

Pasierbica Mechanika -

Śledziennika i magika.

Ach, to złośnik jest nieczuły,

Jego słowa mnie zakuły

W stal okrutną, w postać Jeża,

Który nie wie, dokąd zmierza."

"Porzuć troskę nadaremną -

Rzekł Złotowój. - Zostań ze mną.

Mowie serca chciej uwierzyć,

Pragnę z tobą życie przeżyć,

Będziesz dobrą moją żoną,

Szanowaną i wielbioną,

Mieszkać będziesz w tych ogrodach,

Wchodzić będziesz po tych schodach,

Siedzieć będziesz na tym tronie,

Jak przystało mojej żonie!"



Klementyna się zgodziła,

Była dobra, była miła,

Z mężem dużo lat przeżyła

W wielkim szczęściu i bez waśni -

I to właśnie koniec baśni.



Na ulicy Czterech Wiatrów

Niedaleko Bonifratrów

Do zachodnich ścian przytyka

Sklep Magika Mechanika.

Sklep, zamknięty na trzy spusty,

Jest od dawien dawna pusty,

Lecz przez szybę wystawową,

Gdy do szyby przylgnąć głową,

Widać wielką pajęczynę.

Pająk wątłą swą tkaninę

Utkał z nudów i z nawyku

Dnia pewnego, w październiku.

2007-07-30 23:02:05

Foka




Mole foce zjadły futro.

"W czym na spacer wyjdę jutro?"

Poszła foka do oposa:

"Jestem naga jestem bosa,

Co ja teraz, biedna, pocznę?

Daj choć futro zeszłoroczne".

Opos tylko drzwi zatrzasnął:

"Każdy nosi odzież własą!"



Poszła foka między bobry:

"Może będzie kto tak dobry

I ponosić futro da mi?

Futro przecież się nie splami"

Bobry rzekły na to: "Foko,

Bieda u nas jest w tym roku,

Może jednak ci niedzwiedzie

Dopomogą w twojej biedzie".



Ale niedzwiedz tylko mlasął:

"Każdy nosi odzież własą!"

Borsuk zmierzył ją z wysoka:

"Z pani jest po prostu - foka!"

Nie pomogły również lisy-

Lis przeważnie sam jest łysy.

Nie zastała gronostajów,

Szynszyl kazał przyjść jej w maju,

Jeszcze gorzej poszło z lutrą,

Skunks miał w pralni swoje futro.

Poszła foka w złym humorze:

"Nikt mi, widzę, nie pomoże".

Pozbierała na dnie szafki

Zniszczonego futra skrawki

I zaniosła do kuśnierza.

Kuśnierz mierzy i przymierza.

Poupinał skrawki modnie,

Potem szył przez dwa tygodnie,

Lecz by dziury zaszyć w futrze,

Musiał futro zrobić krótsze.

Jak tu foka w złość nie wpadnie!

"Ależ mnie pan ubrał ładnie!

Przód jest krótszy o trzy cale,

Moich rąk nie widać wcale,

Pan mi zeszył nogi obie,

Co ja teraz, biedna zrobię?"

Kuśnierz zmrużył jedno oko:

"Trudno. Będzie pani foką"

Odtąd foka nieszczęśliwa

Już nie chodzi, tylko pływa.

2007-07-30 23:01:26

Jeż, który zaspał




Na czubku sosny rozsiadł się szczygieł

I tak wydziwiał: - O, ile igieł!

Jak dużo igieł! Cóż to za wygląd?

Szkoda, że nie ma tu moich szczygląt,

Uśmiałyby się do łez na pewno

Widząc igłami pokryte drewno.



Odrzekła sosna: - Nie dotkniesz nas tym.

Sosna jest przecież drzewem iglastym;

Każde iglaste drzewo ma igły,

A to dla szczygłów twór niedościgły.



Część tej rozmowy podsłuchał jeż,

Pomyślał sobie: "Mam igły też,

Innymi słowy, jestem iglasty."

Podreptał szybko przez mchy i chwasty

Wołając: - Patrzcie, igły mi rosną,

Nie chcę być jeżem, stanę się sosną!

Już wiem, co zrobię: pobiegnę w puszczę

I tam korzenie w ziemię zapuszczę.



Niebawem w lesie zaczął ryć norę

W głąb gdzie sięgają korzenie spore,

Lecz gdy się zarył po czubek głowy,

Ziewnął i zapadł w swój sen zimowy.



Spał, aż się wreszcie zbudził na wiosnę.

Pomyślał: "Pewno wysoko rosnę..."

Wyszedł odetchnąć powietrzem świeżym.

A szczygieł szydzi: - Furt jesteś jeżem,

Jeżem - nie sosną! Zaspałeś trochę...

Jeśli chcesz piąć się, to nie bąd· śpiochem.

2007-07-30 23:00:31

Kijanki




Wystroiły się kijanki

W sukieneczki z wodnej pianki.



Podziwiały je szczupaki:

Proszę państwa, kto to taki?



Nie kijanki, lecz panienki,

Takie strojne ich sukienki!



Nie bywało takich jeszcze -

Zachwycone rzekły leszcze.



Moda piękna i na czasie -

Odezwały się karasie.



Tak pochlebne słysząc wzmianki

Napuszyły się kijanki.



Rzekła jedna: Szczupak zna się,

Również znają się karasie,



A na przykład głupie żaby

Za nic mają te powaby.



Druga rzekła: Moja miła,

Ja bym zaraz się zabiła,



Gdybym była taką żabą.

Nie mów! Robi mi się słabo,



Gdy pomyślę o tym tylko,

Już wolałabym być kilką,



Szprotką, flądrą w galarecie,

Ale żabą? Za nic w świecie.



Tak ze sobą rozmawiały,

A tu dzień upłynął cały



Chciały zacząć od początku,

Lecz coś było nie w porządku,



Bo spostrzegły nagle nocą,

Że nie mówią, lecz rechocą.



I ujrzały w brzasku ranka,

Że kijanka - nie kijanka,



Tylko żaba, co rada by

Iść czym prędzej między żaby.



Otóż macie prawdę mądrą:

Flądra zawsze będzie flądrą,



Szprotka szprotką, kilka kilką,

A kijanka - żabą tylko.

2007-07-30 22:59:55

Dwie krawcowe




Wędrowały dwie krawcowe,

Szyły piękne suknie nowe.



Szyły suknie w groszki, w kwiatki,

W paski, w kratki i w zakładki,



W krążki, w prążki oraz w cętki,

Aż cieszyły się klientki.



Kiedy przyszły do Skierniewic,

Zobaczyły osiem dziewic,



Osiem panien burmistrzanek

Różowiutkich jak poranek.



Wezwał burmistrz dwie krawcowe:

"Dla mych córek zróbcie nowe,



Piękne suknie w różny deseń,

Niech wystroją się na jesień!"



Rozłożyły dwie krawcowe

Materiały kolorowe.



Siedem panien skromny gust ma,

A kaprysi właśnie ósma:



Nie chce krążków, prążków, kratek

Ani groszków na dodatek,



Na desenie wciąż się dąsa,

Oczy we łzach, buzia w pąsach.



Burmistrz łamie sobie głowę,

Wreszcie woła dwie krawcowe:



"W magistracie, jak to bywa,

Dokumenty mam w archiwach,



Mogę dać wam z dokumentów

Pięćset kropek z atramentu,



Dość już mam tej całej szopki,

Niechaj będzie suknia w kropki!"



Burmistrzanka się uśmiecha:

"Z kropek może być pociecha!"



Bardzo długo trwało szycie,

Lecz wypadło znakomicie



I na balach tym ślicznościom

Przyglądano się z zazdrością.



Odtąd panny w Skierniewicach

Mają kropki na spódnicach.

2007-07-30 22:59:15

Chrzan




Płacze chrzan na salaterce,

Aż się wszystkim kraje serce.

"Panie chrzanie,

Niech pan przestanie!"



Chudy seler płacze także,

Mówiąc czule: "Panie szwagrze,

Panie chrzanie,

Niech pan przestanie!"



Rozpłakała się włoszczyzna:

"Jak to można? Pan mężczyzna,

Panie chrzanie,

Niech pan przestanie!"



Pochlipuje bochen chleba:

"No, już dosyć! No, nie trzeba!

Panie chrzanie,

Niech pan przestanie!"



Ścierka łka nad salaterką:

"Niechże pan nie będzie ścierką,

Panie chrzanie,

Niech pan przestanie!"



Wszystkich żal ogarnął wielki,

Płaczą rondle i rondelki:

"Panie chrzanie,

Niech pan przestanie!"



A chrzan na to: "Wolne żarty,

Płaczę tak, bo jestem tarty,

Lecz mi nie żal tego stanu,

A łzy wasze są do chrzanu!"

2007-07-30 22:58:41

Kaczki




Po podwórku chodzą kaczki,

Wszystkie bose nieboraczki,

A w dodatku nieodziane,

To są rzeczy niesłychane!



Choć serdaczek, choć kubraczek

Mógłby znale·ć się dla kaczek,

A na nogi - jakieś kapce,

A na głowy choć po czapce,



Bo to zima akurat,

Chwycił mróz i śnieg już spadł.



Poszły kaczki do krawcowej:

"Chcemy mieć kubraczki nowe,

Zimno wszystkim nam szalenie,

Pani przyjmie zamówienie.

Lecz uwzględnić pani raczy,

Że to ma być fason kaczy.

Tu zakładka, a tu szlaczek,

To jest coś w sam raz dla kaczek,



Krój warszawski, bąddź co bądź,

Zechce pani miarę zdjąć."



Potem kaczki na Królewskiej

Odszukały zakład szewski

I już pierwsza kaczka kwacze:

"Pan nam zrobi kapce kacze,



Takie małe, zgrabne kapce,

By na małej kaczej łapce

Należycie się trzymały

I na sprzączki zapinały."



Odrzekł szewc, bo nie był leń:

"Zrobię kapce w jeden dzień."



Już nazajutrz poszły kaczki

Do krawcowej po kubraczki

I po kapce na Królewską,

Ale wpadły w pasję szewską:



Szewc zażądał pięć tysięcy,

A krawcowa jeszcze więcej.

"Bez pieniędzy, drogie panie,

Dzisiaj nic się nie dostanie.



Zapytajcie zręsztą dam,

One to potwierdzą wam."



Kaczki kwaczą i tłumaczą:

"Pieniądz nie jest rzeczą kaczą,

Żadna z nas się nie bogaci,

Nam za jajka nikt nie płaci."



Ale na to szewc z krawcową

Powtórzyli słowo w słowo

To co przedtem: "Drogie panie,

Darmo nic się nie dostanie."



Z tej przyczyny kaczy ród

Jest ubrany tak jak wprzód,

A tu zima akurat,

Chwycił mróz i śnieg już spadł.

2007-07-30 22:57:58

Natka-Szczerbatka




Jest w naszym domu schodowa klatka,

A na tej klatce - lokali pięć.

W jednym z nich mieszka Natka-szczerbatka.

O niej napisać mam dzisiaj chęć.



Mam chęć napisać, bo to jest gratka,

Bo to okazja ogromnie rzadka.

Była więc sobie Natka-szczerbatka...

Czemu szczerbatka? Zaraz wyjaśnię.

Wiadomo: każdy człowiek, nim zaśnie,

Zęby szoruje, by zdrowym być,

Szczotką i pastą szoruje właśnie.

A Natka zębów nie chciała myć.



Mówiła: "Nie chcę,

Szczotka mnie łechce,

Niech inni myją zęby, gdy chcą,

A ja nie będę! I żadna siła

Już mnie nie zmusi, bym zęby myła!"



Co z taką robić? Powiedzcie, co?



Nie wiem, co robić. I wy nie wiecie.

Dużo jest takich Natek na świecie.



Myjemy zęby szczotką i pastą,

Cóż więc obchodzi i was, i mnie,

Cóż w rzeczy samej obchodzi nas to,

Czy Natka myje zęby, czy nie?



Coż nas obchodzi jakaś tam Natka?

Niech się nią zajmie ojciec i matka -

My z niej przykładu nie chcemy brać,

Bo to, po prostu, głupia dzierlatka,

Która o zęby nie umnie dbać.



Natka nie dbała, myć ich nie chciała.

Oto, po prostu, historia cała.



Czy opowiadać mam do ostatka,

Czemu sąsiedzi od paru lat

Mówią o Natce: "Natka-szczerbatka"?

Myślę, że każdy dawno już zgadł,

Co znaczy taka przypięta łatka

I to przezwisko: "Natka-szczerbatka."

2007-07-30 22:57:14

Ciaptak




Siedzi Ciaptak na dachu

I wszystkim napędza strachu.

Ludzie patrzą, brednie plotą,

Bo żaden z nich nie wie. co to.



- Widzieliście Ciaptaka?

Czy to jest odmiana ptaka?

Czy może roślina taka?

Czy może garnek, czy bania?

Czy może głowa barania?

A może to rodzaj grzyba?

A może po prostu ryba?

A może zwyczajny płaz?



Ktoś go gdzieś widział już raz,

Ale też nie na pewno,

Bo wtedy wyglądał jak drewno

Pomalowane z dwóch stron,

Więc chyba to nie był on.



Sprowadzono z drabiną strażaka,

Żeby ściągnął z dachu Ciaptaka.

Rzekł strażak: - To rzecz nieklawa,

Nie mój dach i nie moja sprawa...



Wezwali wójta sąsiedzi,

A Ciaptak na dachu siedzi,

Syczy, burczy i prycha.

A cóż to za stwór, do licha?



Wójt do urzędu wszedł i

Zagłębił się w encyklopedii.

- Ce... Ciaptak... Nie ma Ciaptaka...

A może to rodzaj buraka,

Ogórka albo ziemniaka?



A ciaptak na dachu siedzi,

Natrząsa się z gawiedzi.



Tłum rośnie, gapią się gapie,

No, kto go za ogon złapie?

- Też mądry! Ciaptak nie wrona,

On wcale nie ma ogona!

- Co ty tam wiesz, patałachu?!



A Ciaptak siedzi na dachu,

Nabzdyczył się i nadął.

Aż nagle zleciał na dół.



Ludzie za nim pognali w te pędy,

A on kluczył tędy, owędy,

Przez pole, przez rzeczkę, przez las,

Tam szybko na drzewo wlazł

I wskoczył do dziupli w drzewie.



A co to jest Ciaptak - nikt nie wie.

2007-07-30 22:56:28

Księżyc




Plotkowały drzewa w borze:

Pan Księżyc jest nie w humorze.

Pan Księżyc miał jakieś przykrości.

Pan Księżyc jest blady ze złości.

Pan Księżyc ma twarz taką srogą.

Pan Księżyc dziś wstał lewą nogą.

Pan Księżyc jest trochę nie w sosie.

Pan Księżyc dziś muchy ma w nosie.



Jak tu Księżyc się nie zgniewa:

Cóż, myślicie, głupie drzewa,

Że ja mam przyjemne życie?

Wy słońce tylko cenicie,

Was tylko słońce zachwyca,

Wy kpicie sobie z Księżyca,

A ja wam na to odpowiem -

Uważam, że jest rzeczą po prostu bezwstydną

Porównywać słońce ze mną,

Bo słońce świeci we dnie, gdy i tak jest widno,

A ja w nocy, gdy jest ciemno.

2007-07-30 22:55:44


Jaś i Małgosia




Narrator:

Posłuchajcie, oto bajka,

Stara bajka-samograjka,

Ale dla was, daję słowo,

Wymyśliłem ją na nowo.

Jeśli nie znacie jej, to poznacie.

A było tak:

W małej chacie,

Od ludzkich osiedli z dala

Mieszkała rodzina drwala

Z czterech osób złożona.

Był więc drwal, jego żona

I - jak to się w bajkach kleci -

Było także dwoje dzieci,

W waszym wieku, mniej więcej.

Ja piosenkę im poświęcę,

Przysłuchajcie się piosence:



Jaś:

My mieszkamy w chatce drwala.



Razem:

Trala-lala, trala-la.



Małgosia:

Naszą chatkę las okala.

Trala-lala, trala-la.



Jaś:

A nazywamy się,

Jaś i Małgosia.



Małgosia:

Bardzo kochamy się,

Jaś i Małgosia.



Razem:

Razem trzymamy się,

Mamy słuchamy się,

Tralala-la!



Matka:

Dzieci kochane, śpiewacie cudnie,

Ale już minęło południe,

Ojciec czeka na obiad w lesie,

Dziś Małgosia kobiałkę zaniesie.



Małgosia:

Pójdziemy z Jasiem we dwoje,

Bo ja troszeczkę się boję.



Jaś:

Dlaczego puszczać ją samą?

Pójdę z Małgosią, mamo.



Matka:

A kto mi w domu pomoże?

A kto uprzątnie w oborze?

A kto zamiecie w komorze?

No, dobrze już. Tym razem

Pozwalam iść wam razem.

To zresztą niedaleko.

W kobiałce jest chleb, jest mleko,

A tu gorące pierogi.

Nie zbaczajcie więc z drogi,

Lećcie szybko jak dwa szczygły,

By pierogi nie wystygły.



Jaś:

Już biegniemy, mamo droga,

Pamiętamy o pierogach!



Każdy ptak nam w lesie śpiewa.

Trala-lala, trala-la.



Małgosia:

Znamy w lesie wszystkie drzewa.



Razem:

Trala-lala, trala-la.



Jaś:

A nazywamy się

Jaś i Małgosia.



Małgosia:

Razem trzymamy się,

Jaś i Małgosia.



Razem:

Borem skradamy się.

Wilkom nie damy się,

Tralala-la!



Jaś:

Spójrz, Małgosiu, jakieś zwierzę!



Małgosia:

Ojej, Jasiu, strach mnie bierze,

Wszak to wilk. Jest pewno zły,

Bo okropnie szczerzy kły.

Uciekajmy.



Jaś:

Wilk jest prędszy,

On po śladach nas wywęszy.



Wilk:

Wilk jest panem w lesie,

A gdy jeść my chce się,

Idzie sobie w lasu głąb,

Żeby znaleźć coś na ząb.

Trzeba szybko jeść -

I cześć!



Oto widzę jadło,

Co mi z nieba spadło.

Idzie jakiś smaczny kęs,

Idzie para świeżych mięs,

Trzeba szybko jeść -

I cześć!



Ruszam prosto na nie,

Będę miał śniadanie,

Chyba to są owce dwie,

Do nich język aż się rwie,

Trzeba szybko jeść -

I cześć!



Nie, to dzieci! Mam więc pecha!

Cóż mi z dzieci za pociecha?



Małgosia:

Patrz, on prosto ku nam zmierza...

Tak się boję tego zwierza,

Uciekajmy!



Wilk:

Ja nie radzę,

Bo choć tu sprawuję władzę,

Choć mi w brzuchu burczy z głodu,

Ale wilki z mego rodu

Tym się szczycą od stuleci,

Że nie krzywdzą małych dzieci.



Jaś i Małgosia:

Dziękujemy ci, wilku, za to.



Wilk:

Jadła wyrzekam się z własną stratą.

Teraz zmiatajcie stąd. Do widzenia!

Już nie drażnijcie mi podniebienia.

Idźcie prosto przez polanę,

A ja o suchym pysku zostanę.



Małgosia:

Lećmy, Jasiu, tędy przez knieję!



Jaś:

Wilk na szczęście pierogów nie je,

A tato lubi je i czeka,

Słyszę już jego głos z daleka.



Drwal:

Zetnę sosnę, sosnę zetnę,

Będą z sosny deski świetne,

Piło, rżnij, siekiero, wal,

Róbcie to, co każe drwal.



Lubię chodzić na wyręby,

Ścinać graby, ścinać dęby,

Piło, rżnij, siekiero, wal,

Róbcie to, co każe drwal!



Gdy spiłuję dąb wiekowy,

Dąb się nada do budowy,

Piło, rżnij, siekiero, wal,

Róbcie to, co każe drwal.



Gdy zawiozę grab do szkoły,

Będą z niego piękne stoły,

Piło, rżnij, siekiero, wal,

Róbcie to, co każe drwal!



Jaś:

Przynieśliśmy, tato, kobiałkę,

Lecz pierogi wystygły już całkiem.



Małgosia:

Pierogi są smaczne, z grzybami,

A te grzyby zbieraliśmy sami.



Drwal:

Co? Pierogi? A to ci dopiero!

Zamachnąłem się właśnie siekierą,

Zostawcie kobiałkę, zjem potem,

Zmykajcie, dzieci, z powrotem,

Bo tu wkoło drzazgi lecą,

A ja popracuję nieco,

Nie mam czasu do stracenia.



Jaś:

Żegnaj, tato!



Małgosia:

Do widzenia!



Drwal:

Wracajcie tą dróżką na wprost.



Małgosia:

Słyszysz, Jasiu? Śpiewa drozd.



Jaś:

Małgosiu, nie drozd, lecz pliszka.



Małgosia:

Popatrz, jaka dziwna szyszka.



Jaś:

Na szyszkę trochę za gładka,

Spójrz, to przecież czekoladka!



Małgosia:

Tu jest irys, tu cukierek!



Jaś:

Ktoś je poukładał w szereg,

Jak w sklepie - taki równiutki.



Małgosia:

Tu znowu leżą ciągutki...



Jaś:

Wyborne...



Małgosia:

I słodkie szalenie.



Jaś:

Trzeba napełnić kieszenie.



Małgosia:

Najeść się też nie zawadzi.

A dokąd ta droga prowadzi?

Bo tam dalej na odmianę,

Widzę krówki rozsypane.



Jaś:

A tu znów inne słodycze!

Jak dużo! Wprost ich nie zliczę!

Marmoladki, czekoladki

Rosną wprost jak leśne kwiatki.



Małgosia:

To ci dopiero przygoda!

Nie zjemy wszystkich, a szkoda!



Jaś:

Stój! Popatrz! Domek z piernika!

Czy to sen? Nie! Domek nie znika.

Gdzie popatrzeć - wszędzie piernik,

Zbudował go chyba cukiernik.



Małgosia:

Zaraz kawałek ułamię...

Pyszny! Trzeba zanieść mamie.



Jaś:

Spójrz, Małgosiu, na tę ścianę...

To pierniki lukrowane,



Małgosia:

A z tej strony nadziewane.

Skosztuj, czy czujesz smak róży?



Jaś:

Ułamiemy kawał duży!

Kiedy mama go dostanie,

Będzie miała używanie.



Narrator:

Dość długo dzieci drwala zbierały łakocie

Ani myśląc o powrocie,

A domkiem z pierników tak były zajęte,

Że dały się wziąć na przynętę.

To właśnie czarownica zła i gniewna srodze

Rozsypała słodycze na drodze.

I w ten sposób zwabiła Jasia i Małgosię.

Czarownicę poznacie po głosie!



Czarownica:

Hola! Cóż to za przybłędy

Mają śmiałość chodzić tędy?

Kto mi domek z pierników objada?

O, to zuchwalstwo nie lada!



Małgosia:

Jasiu, słyszysz? Ładne rzeczy!

Ktoś nam okropnie złorzeczy.



Czarownica:

Jestem groźna czarownica,

Cha-cha!

Zna mnie cała okolica,

Cha-cha!

Kiedy dnieje, kogut pieje,

Ja się śmieję

Ucha-cha!



Mam ja wilka na posługi,

Cha-cha!

Czy to słoty, czy szarugi,

Cha-cha!

Wicher wieje, z nieba leje,

Ja się śmieję

Ucha-cha!



Piernikami dzieci nęcę,

Cha-cha!

Kto tu wszedł, nie wyjdzie więcej.

Cha-cha!

Piec się grzeje, żarem zieje.

Ja się śmieję

Ucha-cha!



Małgosia:

Słyszysz, co ona śpiewa?

Jasiu, Jasiu, będzie krewa!



Czarownica:

Dawno miałam na was chrapkę,

Wpadliście w moją pułapkę!

Droga do mnie wydawała się słodka,

A czy wiece, co teraz was spotka?



Jaś:

Myśleliśmy, że pierniki są dla nas...



Czarownica:

Dobry z ciebie ananas!



Małgosia:

Niepotrzebnie pani się złości,

Myśmy przyszli do pani w gości,

A przecież ludzie w Polsce słyną z gościnności.



Jaś:

Niech nas pani wypuści!



Czarownica:

Wypuścić was? A juści!

Zaraz w szpony was pochwycę

I - poznacie czarownicę!



Małgosia:

Pani tylko tak straszy...



Jaś:

Nauczyciel w szkole naszej

Od dawna uczy nas przecie,

Że czarownic nie ma na świecie.



Czarownica:

Co? Tego uczą was w szkole?

Ja drwić z siebie nie pozwolę!

To zuchwalstwo, daję słowo!

Kim więc jestem? Owcą? Krową?

Czy może po prostu sową?

W mojej szkole jest inaczej,

Kto nie wierzy, ten zobaczy.

Będę trzymać was pod kluczem

I upasę, i utuczę,

Bo nie lubię chuderlaków -

Mięso chude jest bez smaku,

A w dodatku łykowate.

Potem wrzucę na łopatę

I pod blachą wczesnym rankiem

Upiekę was z majerankiem.



Jaś:

Proszę pani, ja nie wierzę!

Nawet wilk, żarłoczne zwierzę,

Choć był głodny, nas oszczędził.



Czarownica:

Wilk ma w lesie dość żołędzi.

To punkt pierwszy. A punkt drugi -

Wilk jest u mnie na posługi.

Kiedy sidła me zastawię,

On już wie, co piszczy w trawie.

Może nawet szpetnie szczeknie,

Lecz mojego łupu nie tknie.

A teraz już skończmy gadanie,

Jako rzekłam, tak się stanie.



Małgosia:

My jesteśmy dziećmi drwala,

Tato jeść nas nie pozwala!



Jaś:

On siekierę ma ze stali

I siekierą mocno wali.



Małgosia:

Ma on także ostrą piłę.

Jeśli pani życie miłe...



Czarownica:

Dość już! Więcej ani słowa!

Klatka dla was jest gotowa.

Wilku, hej! Mój wilku bury,

Do mnie! Wysuń swe pazury,

Pokaż kły zuchwałej parce

I niech skończą się te harce.



Wilk:

Nim zawołasz po raz drugi,

Jestem już na twe usługi.



Jaś:

Ojej, wilk! Był grzeczny, gładki,

Teraz wpycha nas do klatki.



Małgosia:

Wilku, nie drap tak, powoli...



Jaś:

Delikatniej, bo ją boli!

Czy to jest obyczaj wilczy?



Wilk:

Niech kawaler lepiej milczy,

Przykro słuchać tych złorzeczeń.

Ma być pieczeń - będzie pieczeń!



Czarownica:

Ja zabieram klucz od klatki,

A wam daję czekoladki,

Marmoladki i karmelki,

Strucle, ciastka, piernik wielki,

Wór irysów i ciągutek -

Jedzcie! By przyspieszyć skutek,

Sprawiam ucztę. Na tej uczcie

Należycie się utuczcie,

Bo gdy wam przybędzie ciała,

To ja będę ucztowała.



Małgosia:

Pani jest bez serca.



Jaś:

Pani jest ludożerca!



Wilk:

Przykro słuchać tych złorzeczeń.

Ma być pieczeń - będzie pieczeń!



Czarownica:

Ich mowa już mi obrzydła,

Chodźmy, wilku, zastawić sidła,

Pójdziemy przez bór, przez knieję,

Zobaczymy, co tam się dzieje.

Wy zaś, dziatki, jedzcie dużo

I niech wam łakocie służą.



Smażę, warzę smołę w kotle

Cha-cha!

A jak jeżdżę, to na miotle,

Cha-cha!

Trzeszcą knieje, źle się dzieje,

Ja się śmieję

Ucha-cha!



Jaś:

Poszła sobie lasem-borem,

Pewno wróci przed wieczorem,

Słodyczami nas upasie,

No i zje po pewnym czasie.



Małgosia:

Niby ładna, niby młoda,

A taka niedobra. Szkoda!



Jaś:

Trzeba pójść po rozum do głowy,

Posłuchaj, mam plan gotowy:

Zawsze noszę drut przy sobie,

Z drutu różne rzeczy robię,

A tym razem w sposób chytry

Mój drut przerobię na wytrych.

Pomóż mi, bo drut jest grudy,

Przystąpię zaraz do próby.

Krata jest trochę za ścisła...



Małgosia:

Czyżby więc nadzieja prysła?



Jaś:

Rozsuniemy trochę kratę,

Ty ciśnij na tę, ja na tę,

Mocniej, mocniej! Jeszcze ździebko!



Małgosia:

Ty, Jasiu, rękę masz krzepką,

A ja...



Jaś:

Pchaj łokciem, kolanem!

Już teraz się tam dostanę,

Jestem w zamku. Drutem kręcę...

Mam trochę za krótkie ręce...



Małgosia:

Musisz się przecisnąć więcej!



Jaś:

Opór w zamku nieco słabnie...



Małgosia:

Ach, jak ty to robisz zgrabnie,

Majster z ciebie i mądrala,

Znać, że jesteś synem drwala!



Jaś:

Zamek zgrzytnął! Do roboty,

Jeszcze tylko dwa obroty,

Lecz ręka mi już omdlała...



Małgosia:

Będę ją podtrzymywała,

Jasiu, jeszcze chwilka mała!



Jaś:

Wytrych znowu się obraca,

Drut ostatni zatrzask maca,

Wnet skończona będzie praca.



Małgosia:

Z czoła pot ci spływa strugą,

Trzeba wytrwać!



Jaś:

Już niedługo.

Co to? Czy się zamek zatkał?

Nie! To już! Otwarta klatka!



Małgosia:

Znów jesteśmy wolni! Brawo!

Uciekajmy teraz żwawo.



Jaś:

Uciekajmy! Mrok zapada.



Małgosia:

Ciszej! Ktoś ku nam się skrada.

To na pewno czarownica...

Skryjmy się, bo sierp księżyca

Na nas rzuca swoje światło.



Jaś:

Teraz uciec już niełatwo.



Czarownica:

Co to? Klatka jest otwarta?

Gdzie więźniowe? Cóż, do czarta?!

Pewno w kąt się gdzieś zaszyli...

Odezwijcie się w tej chwili!

Prędzej! Nie ma żartów ze mną,

Wnet was znajdę, choć jest ciemno,

Zrewiduję całą klatkę!



Jaś:

Patrz, Małgosiu... Mamy gratkę!

Podkradnijmy się czym prędzej

I zamknijmy w klatce jędzę.



Małgosia:

Ciszej... Skryjmy się za drzewa.

Ty idź z prawa, a ja z lewa,

Cichuteńko, bez szelestu,

Gdzie się podział drut mój?



Małgosia:

Jest tu!



Jaś:

No, to bierzmy się do dzieła,

By nam jędza nie umknęła.

Jeden ruch drucianym prętem...

Hops! I drzwiczki już zamknięte.



Czarownica:

W klatce nie ma ich. A co to?

O, smarkaczu! O, niecnoto!

Mnie uwięzić tak szkaradnie?

Ciężka na was kara spadnie!

Wilku, hej! Mój wilku bury,

Do mnie! Wysuń swe pazury,

Ostre kły i zęby ukaż,

Wilczą paszczą dzieci ukarz!



Wilk:

Jestem, pani czarownico,

Ale tym się właśnie szczycą

Wszystkie wilki z mego rodu,

Że choć kiszki burczą z głodu,

Żaden z nich nie skrzywdzi dzieci -

I tak jest już od stuleci.

Żegnaj! Niech się co chce dzieje,

A ja precz odchodzę, w knieję.



Czarownica:

No to koniec już zabawy!

Chodźcie do mnie bez obawy,

Powiem wam, jak stoją sprawy.

Bardzo lubię zażartować -

I was chciałam wypróbować.

Bajka nasza się nie liczy:

Tu jest fabryka słodyczy,

Za drzewami, z tamtej strony,

Widać szklane pawilony.

A te wszystkie czekoladki,

Marmoladki, raczki, krówki

Spadły dzisiaj z ciężarówki.

Ja pracuję w magazynie,

Odpowiadam, gdy coś zgnie.

Towar ten to rzecz nietania,

A wy właśnie bez pytania

Pozrywaliście pierniki.

Chciałam was ukarać, smyki,

Bo cudzego się nie zjada!



Małgosia:

Więc to była maskarada?



Jaś:

Więc te dziwy się nie dzieją?



Małgosia:

Czarownice nie istnieją?



Czarownica:

O tym wiecie już ze szkoły.

To był tylko żart wesoły.

Na nim bajka jest oparta,

Chyba znacie się na żartach?



Jaś:

No, a chatka piernikowa?



Czarownica:

To produkcja eksportowa

Dla nabywaców z zagranicy,

Zwie się Chatką Czarownicy.

Pakujemy chatki w klatki,

Ładujemy je na statki

I tak właśnie w świat przez Gdynię

Towar nasz na zachód płynie.



Małgosia:

No a wilk, co tu, wśród sosen,

Mówił do nas ludzkim głosem?



Czarownica:

To nie wilk, to pies po prostu,

Lecz większego nieco wzrostu,

Wilczur - mądry, tresowany,

Czy nie znacie tej odmiany?



Jaś:

Lecz on gadał najwyraźniej.



Czarownica:

Chyba w waszej wyobraźni.

Pies nie gada, tylko szczeka,

A on szcekał już z daleka.



Jaś:

Wilk się nam przywidział? Szkoda!



Małgosia:

Piękna była to przygoda...



Jaś:

No to bardzo przepraszamy



Małgosia:

I wracamy już do mamy!



Jaś:

Tato nas na pewno zgani.

Tak nam przykro, proszę pani!



Czarownica:

Powiem wam na pożegnanie,

Żeście dzielni niesłychanie.

Za to każde z was dostanie

Po pudełku czekoladek,

A dla mamy, na wypadek,

Gdyby bardzo się gniewała,

Będzie ciastek torba cała.

Może Jaś by sam je dobrał...



Małgosia:

Pani dla nas taka dobra!



Czarownica:

Moja dobroć was zachwyca?

Przecież jestem czarownica.

Ale o tym - sza - nikomu!

Teraz lećcie już do domu.



Jaś:

Do widzenie!



Czarownica:

Bądzcie zdrowi.

Tędy, prostu ku domowi!



Jaś i Małgosia:

Tak się kończy nasza bajka.

Trala-lala!

Trala-la!

Stara bajka-samograjka.

Trala-lala!

Trala-la!

Bajka nazywa się

Jaś i Małgosia.

Tu już urywa się

Jaś i Małgosia.

Co z bajką łaczy się,

To dobrze kończy się.

Trala-lala,

Trala-lala,

Trala-lala,

Trala-la!

2007-07-30 22:54:20

Jajko




Było sobie raz jajko mądrzejsze od kury.

Kura wyłazi ze skóry,

Prosi, błada, namawia: "BądĄ głupsze!"

Lecz co można poradzić, kiedy ktoś się uprze?



Kura martwi się bardzo i nad jajkiem gdacze,

A ono powiada, że jest kacze.



Kura prosi serdecznie i szczerze:

"Nie trzęś się, bo będziesz nieświeże."

A ono właśnie się trzęsie

I mówi, że jest gęsie.



Kura do niego zwraca się z nauką,

Że jajka łatwo się tłuką,

A ono powiada, że to bajka,

Bo w wapnie trzyma się jajka.



Kura czule namawia: "ChodĄ, to cię wysiedzę."

A ono ucieka za miedzę,

Kładzie się na grządkę pustą

I oświadcza, że będzie kapustą.



Kura powiada: "Nie chodĄ na ulicę,

Bo zrobią z ciebie jajecznicę."

A jajko na to najbezczelniej:

"Na ulicy nie ma patelni."



Kura mówi: "Ostrożnie! To gorąca woda!"

A jajko na to: "Zimna woda! Szkoda!"

Wskoczyłu do ukropu z miną bardzo hardą

I ugotowało się na twardo.

2007-07-30 22:53:11

Kapce




Babka ma dziurawe buty,

A tu idzie mroźny luty -

Trzeba kupić babce

Kapce.



Zgromadziła się rodzina,

Córka, syn i córka syna:

Gdzie tu kupić babce.

Kapce?



Rozważali, rozmyślali,

Nie wie nikt, co robić dalej.

Za co kupić babce

Kapce?



Napisali do kuzyna,

Żeby kuzyn ze Szczecina

Szybko przysłał babce

Kapce.



Kuzyn skąpy był z zasady,

Nie odpisał. Nie ma rady,

Trzeba kupić babce

Kapce.



To dopiero są kłopoty!

Uzbierali dziesięć złotych -

Jak tu kupić babce

Kapce?



Rozmyślali, a czas płynął,

Minął luty, marzec minął,

Czas już kupić babce

Kapce.



Już pieniądze mieli na to,

A tymczasem przyszło lato,

Na co w lecie babce,

Kapce.



Niepotrzebne kapce w lecie.

Za to teraz wszyscy wiece,

Jak kupwać babce

2007-07-30 22:52:18

Kłamczucha




- Proszę pana, proszę pana,

Zaszła u nas wielka zmiana:

Moja starsza siostra Bronka

Zamieniła się w skowronka,

Siedzi cały dzień na buku

I powtwrza "Kuku, kuku!"



- Pomyśl tylko, co ty pleciesz!

To zwyczajne kłamstwo przecież.



- Proszę pana, proszę pana,

Rzecz się stała niesłychana:

Zamiast deszczu, u sąsiada

Dziś padała oranżada,

I w dodatku całkiem sucha.



- Fe, nieładnie! Fe, kłamczucha!



- To nie wszystko, proszę pana!

U stryjenki wczoraj z rana

Abecadło z pieca spadło,

Całą pieczeń z rondla zjadło,

A tymczasem na obiedzie

Miał być lew i dwa niedzwiedzie.



- To dopiero jest kłamczucha!

Proszę pana niech pan słucha!

Po południu na zabawie

Utonęła kaczka w stawie.

Pan nie wierzy? Daję słowo!

Sprowadzono straż ogniową,

Przecedzono wodę sitem,

A co ryb złowiono przy tym!



- Fe, nieładnie! Któż tak kłamie?

Zaraz się poskarżę mamie!

2007-07-30 22:51:30

Dwie gaduły




Ponoć dotąd ziemski padół

Nie znał jeszcze takich gaduł,

Jak dwie panie: Madalińska

Z Gadalińską z miasta Młyńska.



W domu, w sklepie czy na rynku

Językami, tak jak w młynku,

Mielą wciąż bez odpoczynku;

Każda gada - byle długo,

Jedna z drugą i przez drugą,

A gdy zasną, nawet we śnie

Rozmawiają jednocześnie:

O tym, co się z wiatrem dzieje,

Wtedy, kiedy wiatr nie wieje,

Że na poczcie wybuchł pożar,

Że się mydlarz z praczką pożarł,

Że aptekarz dostał pryszczy,

Że sędzinie nos się błyszczy,

Że kokoszka od sąsiadki

Zniosła cztery jajka w kratki,

Że cioteczna spod Piaseczna

Okazała się stryjeczna,

Bo kuzynka z Ciechocinka

Zamiast córki miała synka,

Po czym właśnie znikła z Młyńska

Ciechocińska Madalińska.



Madalińska rada gada,

Gadalińskiej opowiada:

Kto, dlaczego, jak i kogo.

A sąsiedzi spać nie mogą.



Krzyczy piekarz: "Moje panie,

Czas już skończyć to gadanie!"

Doktor także lubi ciszę,

Do milicji skargę pisze.



Przyszła władza, jak to władza,

Upomina i doradza:

"Dość już, pani Madalińska,

Dość już, pani Gadalińska,

Bo wyjadą panie z Młyńska!"



Lecz to dla nich rzecz nienowa,

Niechaj wobec nich się schowa

Cała Rada Narodowa.



Gadalińska rada gada,

Madalińskiej opowiada:

"Mówią w maglu, moja pani,

Że na wiosnę będzie taniej,

A po drugie, że już w lecie

Będzie wojna, a po trzecie,

Że się wszystko jeszcze zmieni,

Jak śnieg spadnie na jesieni."



Tak już siedem lat bez przerwy

Wszystkim w mieście szarpią nerwy

Dwie plotkarki: Gadalińska

Z Madalińską z miasta Młyńska.

2007-07-30 22:50:31

Pomidor




Pan pomidor wlazł na tyczkę

I przedrzeznia ogrodniczkę.

"Jak pan może,

Panie pomidorze?!"



Oburzyło to fasolę:

"A ja panu nie pozwolę!

Jak pan może,

Panie pomidorze?!"



Groch zzieleniał aż ze złości:

"Że też nie wstyd jest waszmości,

Jak pan może,

Panie pomidorze?!"



Rzepa także go zagadnie:

"Fe! Niedobrze! Fe! Nieładnie!

Jak pan może,

Panie pomidorze?!"



Rozgniewały się warzywa:

"Pan już trochę nadużywa.

Jak pan może,

Panie pomidorze?!"



Pan pomidor zawstydzony,

Cały zrobił się czerwony

I spadł wprost ze swojej tyczki

Do koszyczka ogrodniczki.

2007-07-30 22:47:21

Grzebień i szczotka




Jurek bardzo był niedbały,

Aż się ciotki zamartwiały,

Aż ze złości ciotki chudły:

"Masz nie włosy, tylko kudły,

Potargane, rozczochrane,

To są rzeczy niesłychane!

Raz się uczesz, raz przynajmniej,

Dużo czasu to nie zajmie,

Masz tu szczotkę, masz tu grzebień,

Musisz zacząć dbać o siebie."



Grzebień zęby szczerzy,

A szczotka się jeży:

"Czesz się, Jerzy, jak należy,

Czesz się, Jerzy, jak należy!"



Poszedł Jurek raz przy święcie

Do kolegów na przyjęcie,

Oczywiście - nieczesany,

Potargany, rozczochrany,

Dzwoni - chciałby wejść do środka -

Patrzy: grzebień, patrzy: szczotka!



Grzebień zęby szczerzy,

A szczotka się jeży:

"Czesz się, Jerzy, jak należy,

Czesz się, Jerzy, jak należy!"

2007-07-30 22:46:46

Entliczek-pentliczek




Entliczek-pentliczek, czerwony stoliczek,

A na tym stoliczku pleciony koszyczek,



W koszyczku jabłuszko, w jabłuszku robaczek,

A na tym robaczku zielony kubraczek.



Powiada robaczek: "I dziadek, i babka,

I ojciec, i matka jadali wciąż jabłka,



A ja już nie mogę! Już dosyć! Już basta!

Mam chęć na befsztyczek!" I poszedł do miasta.



Szedł tydzień, a jednak nie zmienił zamiaru,

Gdy znalazł się w mieście, poleciał do baru.



Są w barach - wiadomo - zwyczaje utarte:

Podchodzi doń kelner, podaje mu kartę,



A w karcie - okropność! - przyznacie to sami:

Jest zupa jabłkowa i knedle z jabłkami,



Duszone są jabłka, pieczone są jabłka

I z jabłek szarlotka, i kompot, i babka!



No, widzisz, robaczku! I gdzie twój befsztyczek?

Entliczek-pentliczek, czerwony stoliczek.

2007-07-30 22:45:41

Żaba




Pewna żaba

Była słaba

Więc przychodzi do doktora

I powiada, że jest chora.



Doktor włożył okulary,

Bo już był cokolwiek stary,

Potem ją dokładnie zbadał,

No, i wreszcie tak powiada:



Pani zanadto się poci,

Niech pani unika wilgoci,

Niech pani się czasem nie kąpie,

Niech pani nie siada przy pompie,

Niech pani deszczu unika,

Niech pani nie pływa w strumykach,

Niech pani wody nie pija,

Niech pani kałuże omija,

Niech pani nie myje sie z rana,

Niech pani, pani kochana,

Na siebie chucha i dmucha,

Bo pani musi być sucha!



Wraca żaba od doktora,

Myśli sobie: Jestem chora,

A doktora chora słucha,

Mam być sucha - będę sucha!



Leczyła się żaba, leczyła,

Suszyła się długo, suszyła,

Aż wyschła tak, że po troszku

Została z niej garstka proszku.



A doktor drapie się w ucho:

Nie uszło jej to na sucho!

2007-07-30 22:44:26

Dwa koguty




W Lututowie pod Sieradzem

(Zresztą wieść tę sprawdzić radzę)

Żyły niegdyś dwa koguty,

Dwa koguty-kałakuty.

Każdy pięknie był obuty

I na obie nogi kuty,

Każdy miał ostrogę złotą,

Miał ostrogę właśnie po to,

By ją mieć, gdy szedł piechotą.



Cóż to były za koguty!

Każdy z nich miał grzebień suty,

Każdy piał co do minuty,

Trząsł grzebieniem. Gdy zaś ucichł,

Wracał do swych spraw kogucich.



Lecz rozumu dwa koguty

Miały mało - ze dwa łuty,

Zresztą, miały czy nie miały,

Nadzwyczajnie pięknie piały,

Aż się panny zachwycały,

Gdy na różne piały nuty

Dwa koguty-bałamuty.



Szły koguty ulicami

Pobrzękując ostrogami,

Bardzo godnie, bardzo zgodnie,

W pas kłaniali się przechodnie,

Każdy ich się bał, rzecz prosta,

Nawet burmistrz i starosta,

Nawet wszelka inna władza

Ze Złoczewa i z Sieradza.



A już jeśli o tym mowa,

Straż ogniowa z Lututowa,

Chociaż była pełna buty,

Drżała widząc dwa koguty,

Dwa koguty-kałakuty.



Miała straż orkiestrę dętą,

Która grała w każde święto

Niezależnie od pogody,

Lecz kapelmistsz, choć niemłody,

Nie śmiał podnieść swej batuty,

Kiedy piały dwa koguty.



Miały taki plan uknuty

Dwa koguty-kałakuty,

Że na wiosnę oraz w lecie

Sprawowały straż w powiecie.

Więc na targach i jarmarkach

Próbowały mleko w garnkach,

Skoro świt budziły ludzi,

A kto w porę się nie zbudził,

Ten miał cały dzień zatruty,

Tak mu piały dwa koguty.



Już o siódmej głośne pianie

Zwoływało na śniadanie,

Ściśle kwadrans przed dwunastą

Jadło obiad całe miasto,

Potem znów koguty piały

Dając pianiem tym sygnały,

By się sklepy zamykały.

A wieczorem o dziewiątej

Rozbrzmiewały wszystkie kąty

Powtarzanym wprost bez liku:

Kukuryku! Kukuryku!

I natychmiast cała dziatwa

Spać się kładła gasząc światła.



Dużo lat koguty piały,

Piejąc władzę sprawowały.

Aż któregoś piątku z rana

Zaszła rzecz niespodziewana:

Jeden z miejskich szałaputów

Był niegrzeczny dla kogutów.

"Cóż to - wołał - za zwyczaje,

Że mi drób na drodze staje?

Ja kogutów nie uznaję,

Ja mam każdy dzień zatruty

Przez koguty-kałakuty!"



Rozgniewały się koguty,

Podciągnęły tylko buty,

Jeden śmiałka kopnął w nogę,

Drugi w łydkę wbił ostrogę,

I walczyły z nim dopóty

Dwa koguty-kałakuty,

Aż pobity i pokłuty

Uciekł w pole klnąc koguty.



Ale im poprzysięgł zemstę,

Więc się zaszył w krzaki gęste,

A że był to sam Boruta,

Znał się dobrze na kogutach.



W czas jesiennych, złych niepogód

Szedł na spacer jeden kogut,

A gdy miał już dość szarugi,

Szedł na spacer kogut drugi.



Więc Boruta raz wieczoram

Za drzewami stanął z worem,

A gdy kogut szedł, Boruta

Wór narzucił na koguta

I przydeptał jeszcze butem,

Po czym wór zawiązał drutem.



Gdy się drugi kogut zjawił,

Z nim tak samo się rozprawił,

I ten drugi wór w kogutem

Też zakręcił mocno drutem.



Mruknął: "To mi się podoba!"

Wziął na plecy worki oba

I do Łodzi, na Bałuty

Zaniósł w workach dwa koguty,

Dwa koguty-kałakuty.

Tam na targu się wychytrzył

I jak drób najpospolitszy

Sprzedał je handlarzom z Łaska,

Którzy dali, ile łaska.



Ot, i koniec. A Lututów

Wnet podupadł bez kogutów.

Odtąd nikt nie wstawał w porę,

Obiad jadło się wieczorem,

Straż o cały dzień bez mała

Do pożaru się spóźniała,

Nawet mleko na odmianę

Było stale fałszowane.



Odtąd z rzadka w Lututowie

O kogutach ktoś opowie:

"Były sobie dwa koguty,

Dwa koguty-kałakuty..."

2007-07-30 22:42:49

Globus




W szkole

Na stole

Stał globus -

Wielkości arbuza.

Aż tu naraz jakiś łobuz

Nabił mu guza.

Z tego wynikła

Historia całkiem niezwykła:



Siedlce wpadły do Krakowa,

Kraków zmienił się w jezioro,

Nowy Targ za San się schował,

A San urósł w górę sporą.



Tatry, nagle wywrócone,

Okazały się w dolinie,

Wieprz popłynął w inną stronę

I zawadził aż o Gdynię.



Tam gdzie wpierw płynęła Wisła,

Wyskoczyła wielka góra,

Rzeka Bzura całkiem prysła,

A powstała góra Bzura.



Stary Giewont zląkł się wielce

I przykucnął pod parkanem,

Każdy myślał, że to Kielce,

A to było Zakopane.



Łódź pobiegła pod Opole

W jakichś bardzo ważnych sprawach -

Tylko nikt nie wiedział w szkole,

Gdzie podziała się Warszawa.



Nie było jej na Śląsku ani w Poznańskim,

Ani na Pomorzu, ani pod Gdańskiem,

Ani na Ziemiach Zachodnich,

Ani na północ od nich,

Ani blisko, ani daleko,

Ani nad żadną rzeką,

Ani nad żadnym z mórz.

Po prostu przepadła - i już!



Trzeba prędko oddać globus do naprawy,

Bo nie może Polska istnieć bez Warszawy!

2007-07-30 22:42:01

Indyk




Szedł indyk ulicą Wolską.

"Czy umie pan mówić po polsku?"

"Nie umiem." "A po jakiemu?"

"Po indyczemu,

A jeszcze po gęsiemu, po kaczemu i po kurzemu."

"A czemu pan jest taki srogi?"

"Bo chodzę po ulicy i mokną mi nogi."

"A ile pan ma nóg?"

"Miałbym cztery, gdybym mógł,

Ale że czterech nie mam,

Więc zadowalam się dwiema."

"A gdzie pan ma swoje kalosze?"

"Ja kaloszy w ogóle nie noszę."

"A może mieszkania pan nie ma?"

"Owszem, mam. Na ulicy Bema."

"A wysoko mieszka pan indyk?"

"Na piątym piętrze, bez windy."

"Tak wysoko? Mój Boże,

Toteż pewno pan zdążyć na obiad nie może?"

"No właśnie! A w domu zamieszanie,

Wszyscy zaczynają narzekać,

Towarzystwo do stołu zasiadło..."

"A czy muszą na pana czekać?"

"Cóż za pytanie:

Przecież nie ja będę jadł, tylko się mnie będzie jadło."

2007-07-30 22:41:25

Drzewa




Drzewo jest mocniejsze niż lew i niż wół,

Drzewo nawet przerasta żyrafę,

A człowiek jak zechce, to zrobi z drzewa stół

Albo drzwi, albo nawet szafę.



Kiedy się przebiega aleją,

Widać drzewa potężne i masywne,

Ale chodzić drzewa nie umieją -

Czy to nie dziwne?



A gdyby nawet poszły, to gdzieżby?

Gdzieżby poszły, powiedzmy, wierzby?

Nad rzekę? I tak są nad rzeką,

A nad morze iść - za daleko.



Topole pobiegłyby drogą,

Bo najłatwiej przy drodze stąc mogą,

Sosny ruszyłyby do Jeziorny,

Gdzie z nich robi się papier wyborny.



Brzozy poszłyby do Sierpca, gdzie z brzóz

Ludzie robią i koła i wóz...

Do Sierpca? A może do Nieszawy?

Brzozy lubią dalekie wyprawy.



Dęby udałyby się do Piły

I szukały tam pił w niemałym trudzie.

A jawory by się bawiły

W "Jawor, jawor, jaworowi ludzie."



I tylko nikt nie wie,

Dokąd poszłyby sobie modrzewie,

Bo modrzewie to takie drzewa,

Które myślą o tym, czego się nikt nie spodziewa.

2007-07-30 22:40:33

Ćwikła




Raz buraczek nieboraczek

Zaczerwienił się jak raczek:

"Toż gałgaństwo jest niezwykłe,

Żeby robić ze mnie ćwikłę

I ucierać razem z chrzanem.

Nie, to wprost jest niesłychane!"



Na to chrzan, choć był utarty,

Z gniewu zgorzkniał nie na żarty

I powiedział w irytacji:

"Nie rozumiem, z jakiej racji

Jakiś burak za pięć groszy

Przy mnie tutaj się panoszy!"



Burak swoje, a chrzan swoje,

Zaperzyli się oboje,

Nie wiadomo, kto ma rację,

A tu czas już na kolację,

Więc przy stole goście siedli

I do mięsa ćwikłę zjedli.



Nie ma chrzanu ni buraka.

Ot - i cała bajka taka.

2007-07-30 22:40:01

Brudas




Józio oświadczył: "Woda mi zbrzydła,

Dość już mam szczotki, wstręt mam do mydła!"

I odtąd przybrał wygląd straszydła.



Płakała matka i ojciec gryzł się:

"Ten Józio wszystkie soki z nas wyssie,

Od dwóch tygodni już się nie myje,

Czarne ma ręce, nogi i szyję,

Twarz ma od ucha brudną do ucha,

Czy kto takiego widział smolucha?

Poradzcie ludzie, pomóżcie, ludzie,

Przecież nie można żyć w takim brudzie!"



Józiona prośby wszelkie był głuchy,

Lepił się z brudu jak lep na muchy,

Czego się dotknął, tam była plama,

Wołał: "Niech mama myje się sama,

Tato niech kąpie się nieustannie,

Stryjek i wujek niech siedzą w wannie,

Niech się szorują, a ja tymczasem

Będę brudasem! Chcę być brudasem!"



Przezwał go stryjek "Józio - niemyjek",

Wujek doń mówił "niemyty ryjek",

Błagała ciotka: "Józiu mój złoty,

Myj się!" Lecz Józio nie miał ochoty.

Wyniósł się w końcu z domu na Czystem

I zawiadomił rodziców listem,

Że myć się nie ma zamiaru, trudno!

I poszedł mieszkać - dokąd? - na Bródno.

2007-07-30 22:38:56

Kaczka-Dziwaczka




Nad rzeczką opodal krzaczka

Mieszkała kaczka-dziwaczka,

Lecz zamiast trzymać się rzeczki

Robiła piesze wycieczki.



Raz poszła więc do fryzjera:

"Poproszę o kilo sera!"



Tuż obok była apteka:

"Poproszę mleka pięć deka."



Z apteki poszła do praczki

Kupować pocztowe znaczki.



Gryzły się kaczki okropnie:

"A niech tę kaczkę gęś kopnie!"



Znosiła jaja na twardo

I miała czubek z kokardą,

A przy tym, na przekór kaczkom,

Czesała się wykałaczką.



Kupiła raz maczku paczkę,

By pisać list drobnym maczkiem.

Zjadając tasiemkę starą

Mówiła, że to makaron,

A gdy połknęła dwa złote,

Mówiła, że odda potem.



Martwiły się inne kaczki:

"Co będzie z takiej dziwaczki?"



Aż wreszcie znalazł się kupiec:

"Na obiad można ją upiec!"



Pan kucharz kaczkę starannie

Piekł, jak należy, w brytfannie,



Lecz zdębiał obiad podając,

Bo z kaczki zrobił się zając,

W dodatku cały w buraczkach.

Taka to była dziwaczka!

2007-07-30 22:38:08

Jeż




Idzie jeż, idzie jeż,

Może ciebie pokłuć też!



Pyta wróbel: "Panie jeżu,

Co to pan ma na kołnierzu?"



"Mam ja igły, ostre igły,

Bo mnie wróble nie ostrzygły!"



Idzie jeż, idzie jeż,

Może ciebie pokłuć też!



Zoczył jeża młody szczygieł:

"Po co panu tyle igieł?"



"Mam ja igły, ostre igły,

Żeby kłuć niegrzeczne szczygły!"



Sroka też ma kłopot świeży:

"Po co pan się tak najeżył?"



"Mam ja igły, ostre igły,

Będę z igieł robił widły!"



Wzięła sroka nogi za pas:

"Tyle wideł! Taki zapas!"



W dziesięć chwil już była na wsi:

"Ludzie moi najłaskawsi,



Otwierajcie drzwi sosnowe,

Dostaniecie widły nowe!"

2007-07-30 22:37:18

Kos




Kos wszedł na rzece na mostek,

Przemoczył nogi do kostek.

Jęknął więc na cały głos:

"Rany koskie, jakem kos,

Na pewno będę miał katar!

Niechby mi plecy ktoś natarł,

Niechby dał ktoś aspirynę,

Bo na pewno marnie zginę!"



Poleciał kos do lekarza:

"Doktorku, to mnie przeraża,

Przemoczyłem sobie nogi,

Ratuj mnie, doktorku drogi!"



Lekarz się roześmiał w głos

I spojrzał na kosa z ukosa:

"Do kataru potrzebny jest nos,

A kos przecież nie ma nosa.

Chętnie z tobą się założę:

Dziecku to zaszkodzić może,

Lecz ty, kosie, co chcesz rób,

Nie masz nosa, tylko dziób.

Mój drogi, ptakom katar nie zagraża".



Kos jak niepyszny wyszedł od lekarza,

Zawstydzony kroczył lasem,

A ptaki dookoła ćwierkały tymczasem:

"Patrzcie,patrzcie, idzie kos,

Ależ mamy z kosem los,

Kosi-kosi łapki,

Pogadaj do babki!

Co, kosie? Co, kosie? Co, kosie?

Dostało ci się po nosie!"

2007-07-30 22:33:23

Dziura w moście




Na obiad jadą goście.

- Uwaga! Dziura w moście!



Pod mostem płynie rzeka,

Wiadomo, że z daleka.



Do morza wpada rada,

Inaczej nie wypada.



- Uwaga! Dziura w moście!

Lecz goście, jak to goście,



Czy dziura, czy też woda -

To dla nich nie przeszkoda.



Więc pierwszy wpadł do wody

Aptekarz niezbyt młody,



A za nim w ślad sędzina

I doktor z Krotoszyna.



Następnie z mostu leci

Dentystka z trojgiem dzieci,



Mierniczy, pisarz gminny

I rejent niezbyt zwinny,



I burmistrz, smakosz wielki,

I dwie nauczycielki.



Płynęli, jak umieli,

Od środy do niedzieli,



Do Płocka dopłynęli,

Dość mieli tej kąpieli.



Więc pierwszy wyszedł z wody,

Aptekarz niezbyt młody,



A za nim w ślad sędzina,

Dentystka cała sina,



A potem jej rodzina

I doktor z Krotoszyna,



Mierniczy cały drżący

I rejent kichający,



I burmistrz, smakosz wielki,

I dwie nauczycielki,



I w końcu pisarz gminny,

A obiad zjadł kto inny.



Bo czyż potrzebni goście?

Owszem. Jak dziura w moście!

2007-07-30 22:32:45

Kwoka




Proszę pana, pewna kwoka

Traktowała świat z wysoka

I mówiła z przekonaniem:

"Grunt to dobre wychowanie!"

Zaprosiła raz więc gości,

By nauczyć ich grzeczności.

Pierwszy osioł wszedł, lecz przy tym

W progu garnek stłukł kopytem.

Kwoka wielki krzyk podniosła:

"Widział kto takiego osła?!"

Przyszła krowa. Tuż za progiem

Zbiła szybę lewym rogiem.

Kwoka gniewna i surowa

Zawołała: "A to krowa!"

Przyszła świnia prosto z błota.

Kwoka złości się i miota:

"Co też pani tu wyczynia?

Tak nabłocić! A to świnia!"

Przyszedł baran. Chciał na grzędzie

Siąść cichutko w drugim rzędzie,

Grzęda pękła. Kwoka wściekła

Coś o łbie baranim rzekła

I dodała: "Próżne słowa,

Takich nikt już nie wychowa,

Trudno... Wszyscy się wynoście!"

No i poszli sobie goście.

Czy ta kwoka, proszę pana,

Była dobrze wychowana?

2007-07-30 22:31:58

Kopciuszek




Bardzo dawno, może przed wiekiem,

Przed dwoma wiekami czy trzema,

W pewnym królestwie dalekim,

Ktorego dzisiaj już nie ma

I na mapie go znaleźć nie można,

Mieszkała wdowa zamożna.

A taka była bogata,

Że sypiała na pięciu piernatach,

Otulała się w kołdry puchowe

I trzy jaśki wkładała pod głowę.



Miała trzy krowy, trzy kozy,

Trzy konie i trzy powozy,

A do tego dwie córki-brzydule,

Które kochała czule,

I pasierbicę-sierotę,

Której w domu najgorszą dawała robotę,

Taką, co to brudzi i smoli.



Dwie córki-brzydule do woli

Wylegują się w łóżku,

A Macocha sierotkę pogania:



Macocha:

Kopciuszku,

Bierz się do pracy ostro,

Śniadanie podaj siostrom

I rób tak, jak ci mówię:

Zmyj naczynia, wyczyść obuwie,

Napal w piecach i wymieć sadze,

A śpiesz się, ja ci radzę!

Nanoś mi drew ze dworu,

Garnki w kuchni wyszoruj

I posprzątaj, bo za ciebie nie sprzątnę,

A córeczki moje są wątłe,

Szkoda ich każdego paluszka.

Ruszaj się! To robota w sam raz dla kopciuszka!



Stąd poszło, że sierotkę przezwano Kopciuszkiem.

A ona ocierała tylko łzy fartuszkiem.

Szorowała, harowała,

I przy pracy cichutko tak sobie śpiewała:



Kopciuszek:

Hejże, płynie woda,

Woda płynie, hejże,

A ja jestem młoda,

To się w wodzie przejrzę!



Niech mi powie woda,

Czyja to uroda,

Czy odbija woda mnie,

Czy to jestem ja, czy nie?



Wezmę wody strużkę

Zmyję kurz i sadze,

Nie chcę być Kopciuszkiem,

Wody się poradzę.



Niech mi powie woda,

Czyja to uroda,

Czy odbija woda mnie,

Czy to jestem ja, czy nie?



A macocha z corkami siedziały w salonie,

Kremem nacierały dłonie,

Szlifowały paznokietki różowe

I taką prowadziły rozmowę:



Macocha:

Czemu moja córeczka jest w pąsach?

Czemu moja haneczka się dąsa?



Haneczka:

Bo lusterko się ze mnie natrząsa,

Nie pomogą koronki i tiule,

Gdy wydałaś, matko, na świat brzydulę

Piegowatą i zezowatą,

I nic nie poradzisz na to!



Macocha:

A ty czemuś, córeńko, taka krzywa?

Na czym ci, Kasieńko, zbywa?



Kasieńka:

Mam ja, matko, zgryzotę nieustanną,

Żem brzydka i zostanę starą panną.

Ja bym chętnie wszystkie lustra potłukła,

Bo wyglądam w nich po prostu jak kukła:

Nos perkaty, pod nosem puszek...

Nie chcę brzydsza być niż Kopciuszek!



Macocha:

To nieprawda, buziaczek masz słodki...

Dla mnie obie jesteście ślicznotki,

Porównać was można z kwiatuszkiem,

A nie z takim kocmołuchem - Kopciuszkiem!

Ja po prostu głowę tracę,

Wymyślam dla Kopciuszka coraz nowe prace,

Teraz jeszcze schowam mydło,

Niech wygląda jak straszydło!

W popiół nasypię grochu,

Niech go wybiera po trochu.

Gdy usmoli się ohydnie,

Wtedy już na pewno zbrzydnie!



Haneczka:

Gdybym wyładniała,

Wszystko bym oddała:

Sukienkę z koronek

I złoty pierścionek.



Haneczka i Kasieńka:

Oj, mamo, oj, mamo!



Macocha:

Ciągle w kółko to samo!



Haneczka i Kasieńka:

Lepiej już Kopciuszkiem zostać,

Byle mieć

Gładką płeć

I powabną postać.



Kasieńka:

Nie chcę być księżniczką,

Chcę mieć ładne liczko

I stopy, i ręce,

I nie chcę nic więcej.



Haneczka i Kasieńka:

Oj, mamo, oj, mamo!



Macocha:

Ciągle w kółko to samo!



Haneczka i Kasieńka:

Lepiej już Kopciuszkiem zostać,

Byle mieć

Gładką płeć

I powabną postać.



Macocha:

Czy słyszycie, Kasieńko, Haneczko,

Trąby grają gdzieś niedaleczko!

Może z lasu wracają myśliwi?

Hey, Kopciuszku! No, ruszaj się! Żywiej!

Otwórz okna! Nie tak! Jeszcze szerzej!

Może jadą na turniej rycerze?

Patrzcie! Widać już... Godła królewskie...

Na różowym tle lilie niebieskie.

Tak! To herold! No, dość smutnych minek!

Dość narzekań! Lecimy na rynek!

Przypudrujcie noski, córuchny,

A ty wracaj, Kopciuszku, do kuchni!



Haneczka:

Mamo, mamo, gdzie rękawiczki?



Kasieńka:

Mamo, wolnie, bo pogubię trzewiczki!



Macocha:

Ciszej! Posłuchajmy, co herold obwieszcza.



Herold:

Do rycerzy, do szlachty, do mieszczan...

Król Jegomość kieruje orędzie:

Niech lub pozdrowiony będzie,

I niech każdy nadstawi ucha,

I niech każdy uważnie słucha.

Król Jegomość, wielce wzruszony,

Ogłasza na wszystkie strony,

Że, jak każe pradawny zwyczaj,

Szuka nadobnej żony dla syna-Królewicza,

Gdyż Królewicz jest tak rycerski,

Że porzucić chce stan kawalerski,

Obwieszczam więc wszystkim i wszędzie,

Że dnia pierwszego czerwca

W pałacu bal się odbędzie,

I Król z całego serca

Na królewskie komnaty swoje

Zaprasza wszystkie dziewoje.

A którą Królewicz wybierze,

Którą pokocha szczerze,

Której da pierścień i słowo,

Ta będzie przyszłą Królową.



Mieszczanin:

Niech żyje Król miłościwy,

Dobrotliwy i sprawiedliwy!



Mieszczanka:

Niech żyje Królewicz młody!



Lodziarz:

Lody sprzedaję, lody!



Sklepikarz:

Hej, do mnie, białogłowy!

Mam w sklepie towar nowy,

Wstążek wybór bogaty,

Atłasy i brokaty,

Wszystko paryskiej mody!



Lodziarz:

Lody sprzedaję, lody!



Mieszczanin:

Spieszcie się, piękne panny,

Agnieszki i Marianny,

Telimeny, Iwonki,

Klementyny, Agaty,

Bierzcie jedwab, koronki,

Sprawiajcie nowe szaty.

Ślicznotka czy brzydula

Pójdzie na bal do Króla!



Kasieńka:

Mamo, chcę być na balu!



Haneczka:

Chcę pójść w złocistym szalu!



Kasieńka:

Kup dla nas jedwab cienki!



Haneczka:

Spraw nam nowe sukienki!



Macocha:

Ech, wy, córeczki głupie!

Wszystko w mieście wykupię,

By wam dodać urody.



Lodziarz:

Lody sprzedaję, lody!



Macocha:

Kopciuszku, do roboty!



Haneczka:

Zawiń mi papiloty!



Macocha:

Kopciuszku, patrz, brudasie,

Jest plama na atłasie!



Kasieńka:

Przynieś moje pończoszki!



Haneczka:

Daj mi chusteczkę w groszki!



Kopciuszek:

Już niosę, daję, lecę...



Macocha:

Kopciuszku, zapal świecę!

Oj, ciężki los mój wdowi,

Cóż to za niedołęga!

Idź, powiedz stangretowi,

Niech już konie zaprzęga.

Pojedziemy karetą.

No. spiesz się, bo jak nie, to...

A szyby przetrzyj szmatką!



Kopciuszek:

Już lecę, pani matko!



Haneczka:

Mamo, jestem gotowa!



Macocha:

Jak cię ujrzy Królowa,

Chyba jej serce zmięknie,

Bo wyglądasz tak pięknie!



Kasieńka:

A ja? Co powiesz, mamo?



Macocha:

Ty wyglądasz tak samo.

Napatrzeć się nie mogę!

Królewicz się zakocha...

No, ale czas już w drogę!



Kopciuszek:

Pojechała Macocha,

Siostry się wystroiły...

A ja już nie mam siły,

Muszę wciąż jak kocmołuch

Wybierać groch z popiołu.

Smutny jest los Kopciuszka,

Czyż ja nie mam serduszka?

Słyszę jego pukanie...



Sąsiadka:

To ja pukam, kochanie,

Jestem waszą sąsiadką,

Lecz bywam tu bardzo rzadko,

Więc nie widziałaś mnie jeszcze.

Słuchaj, dziecko, pokrótce się streszczę:

Jestem stara, lecz byłam młoda,

I młodości mi twojej szkoda.

Nie masz matki, masz złą Macochę,

O tym wszystkim słyszałam trochę.

Chcę spełnić marzenia twoje,

Pożyczę ci moje stroje,

Złoty pierścień i złoty szal,

Pantofelki ze złotego atłasu...

Pojedziesz do Króla na bal.

Spiesz się, dziecko, i nie trać czasu.

Masz tu jeszcze mydełko pachnące,

Kto się umyje nim - jaśniejszy jest niż słońce.

Spiesz się, dziecko, będziesz czysta i gładka,

Nie zostanie śladu z Kopciuszka.



Kopciuszek:

Chyba śnię... Pani nie jest sąsiadka,

Pani pewno jest dobra wróżka?



Sąsiadka:

Wróżka musi być młoda, jeśli w ogóle wróżka bywa.

A ja jestem stara i siwa.

Zmyj szybko popiół i sadze

I rób wszystko tak, jak ci radzę.

Zasznuruję ci teraz staniczek...

Nie zapomnij też wziąć rękawiczek.



Kopciuszek:

Ach, jak pięknie, jak pięknie, mój Boże!



Sąsiadka:

Jeszcze pierścień na palec ci włożę,

Włosy upnę... poprawię sukienkę...



Kopciuszek:

To sen chyba...



Sąsiadka:

A szal weź na rękę.

Chodź... Pojedziesz moją karocą,

Lecz pamiętaj: wróć przed północą,

Ten warunek musisz spełnić dokładnie,

Bo inaczej wszystko przepadnie,

Wszystko pryśnie, a zostanie niewiele:

Brudne łachy i groch w popiele,

Więc powtarzam...



Kopciuszek:

Ach, nie ma po co!

Wiem, że wrócić mam przed północą.

Dzięki... dzięki... Jestem taka szczęśliwa...



Sąsiadka:

A pamiętaj, że wróżek nie bywa.

Idź już, dziecko, karoca czeka.

Ja popatrzę tylko z daleka.



Ochmistrz:

Jego Królewska Mość

Nadchodzi wraz z Królewiczem,

Każdy przybyły gość

Ma przejść przed ich obliczem.

Każda z młodych dziewoi

Ma skłonić się, jak przystoi.

Do której Któlewicz wyciągnie dłoń,

Niech ta dziewoja się zbliży doń

I niechaj w krótkim słowie

O sobie mu opowie.

Proszę więc wszystkie damy

Iść za mną... Zaczynamy...



Haneczka:

Spójrz mamo... Wchodzi po schodach

Jakaś Księżniczka młoda...



Głos męski:

Kto to? Co za uroda!

Jakie ma ręce, szyję...



Głos kobiecy:

Blask jaki od niej bije!



Głos męski:

Księżniczka czy królewna?



Głos kobiecy:

Królewna! Jestem pewna!



Kasieńka:

Mamo...



Macocha:

No co, Kasieńko?



Kasieńka:

Jak ona stąpa miękko.

Jak lekko... Daję słowo...



Głos męski:

Ciszej,

Bo nic nie słyszę!



Głos kobiecy:

Królewicz skinąl głową...



Głos męski:

Królewicz się uśmiechnął...



Głos kobiecy:

Królewicz patrzy wkoło...



Głos męski:

Królewicz zmarszczył czoło...



Głos kobiecy:

Ciszej,

Bo nic nie słyszę!



Głos męski:

Ochmistrz damy przedstawia,

Imię każdej wymawia...



Ochmistrz:

Panna Adela ze Srebrnego Strumyka,

Szlachcianka Fryderyka,

Panna Anna, córka Złotnika,

Panna Jola spod Mądralina,

Córka wdowy, panna Katarzyna,

Hrabianka Klementyna,

Panna Alina, córka Dworzanina,

Kasztelanka Helena,

Księżniczka Telimena,

Dwie panny Doroty:

Jedna - córka Starosty, druga - Dowódcy Floty.

A to... panna nieznana w mieście,

Która w skromności niewieściej

Nie zdradza i nie wymienia

Imienia ni pochodzenia.



Głos I:

Jaka piękna!



Głos II:

Przyjrzyjcie się jej włosom i oczom!



Głos III:

Panowie, tak nie można!



Głos IV:

Niech panie się nie tłoczą!



Przed tronem zrobił się zator,

Więc głos teraz ponownie zabierze Narrator.

Powiem wam, moi drodzy, do uszka,

Że w pannie bezimiennej poznałem Kopciuszka.

A królewicz się nagle zapłonił,

Z tronu powstał i dwornie się skłonił,

I wyciągnął do niej ręce swe obie

Prosząc, by mu coś więcej powiedziała o sobie.

Dziewczyna dumnie wzniosła czoło blade

I zamiast mówić, taką zaśpiewała balladę:



Ballada Kopciuszka:

Jechał Królewicz królewską drogą,

Spotkał na drodze pannę ubogą,

Był miesiąc maj,

Szumiał gaj...



Miała we włosach kwiatek niebieski,

Czy mnie poznajesz? Jam syn królewski.

Był miesiąc maj,

Szumiał gaj...



A jam sierota z biednego domu,

Taka się przecież nie zda nikomu.

Był miesiąc maj,

Szumiał gaj...



Rzecze Królewicz: Piękne masz liczko,

Ale nie przyszłaś na świat księżniczką.

Był miesiąc maj,

Szumiał gaj...



Więc cię za żonę pojąć nie mogę -

I każde w inną ruszyło drogę.

Był miesiąc maj,

Szumiał gaj...



Królewicz:

To nieprawda! Ballada kłamie!

Pozwól, że podam ci ramię.

Choćbyś była sierotą biedną,

Z tobą tańczyć chcę, z tobą jedną!



Głos męski:

Królewicz tańczy... To wprost nie do wiary...

Nie ma chyba wdzięczniejszej pary!



Głos kobiecy:

Wszyscy tańczyć przestali,

Oni dwoje zostali na sali.



Królewicz:

Jesteś piękna, i lekka, i zwiewna

Jak z bajki wyśniona Królewna...



Kopciuszek:

Królewiczu, to tylko złudzenie...



Królewicz:

Nie złudzenie, lecz olśnienie!

Już uczuć mych nie odmienię,

Za twe serce dziewczęce

Wszystko dam i poświęcę,

Ciebie mieć pragnę za żonę,

Na twe skronie włożę koronę.



Kopciuszek:

Królewiczu, to szczęście i zaszczyt,

Każda panna się na to połaszczy.

Ale ja muszę wracać do miasta,

Bo już północ bije... Dwunasta!

Nie mam chwili do stracenia.

Królewiczu, do widzenia,

Wypuść mą dłoń ze swej dłoni...



Królewicz:

Nie uciekaj! Zaczekaj! Dworzanie!

Zatrzymajcie ją! A kto ją dogoni,

Złoty pierścień ode mnie dostanie!



Głos I:

Prędzej... Prędzej...!



Głos II:

Rozsuńcie się, panie!



Głos III:

Lećmy tędy...



Głos IV:

Już zbiega po chodach...



Głos V:

Znikła...



Głos VI:

Nie ma jej...



Głos VII:

A to szkoda...



Ochmistrz:

Pantofelek zgubiła na schodach!



Głos I:

Pantofelek...



Głos II:

Zgubiła...



Głos III:

Zgubiła...



Ochmistrz:

To sprawa nader zawiła,

Bo Królewicz w rozpaczy się miota.



Głos I:

Pantofelek...



Głos II:

Pantofelek ze złota...



Głos:

Posłuchajmy, co herold obwieszcza!



Herold:

Do rycerzy, do szlachty, do mieszczan

Król Jegomość kieruje orędzie:

Straż Królewska poszukiwać ma wszędzie,

A gdy znajdzie się właściciekla

Złotego pantofelka,

W otoczeniu dam i rycerzy

Do pałacu ją sprowadzić należy.



Gdy ta wieść się rozeszła po mieście,

Panien chyba ze dwieście

Czekało, proszę mi wierzyć,

By złoty pantofelek przymierzyć.

A królewscy strażnicy

Chodzili od ulicy do ulicy,

Chodzili od domu do domu

I nic nie wówiąc nikomy

Szukali, gdzie ta nóżka niewielka,

Która do złotego pasuje pantofelka.

Przyszli wreszcie do mieszkania Macochy.

A córeczki w jedwabne pończochy

Stopy swoje przystroiły

I w złory pantofelek pchają z całej siły.

Lecz na nic to się nie zdało,

Bo wybranka Królewicza miała stopkę bardzo małą.



Strażnicy ruszają dalej,

Przy kuchni się zatrzymali,

A Macocha się złości,

Aż jej oczy migocą,

Nie chce przepuścić gości.



Macocha:

Wchodzić tam nie ma po co.

Jest tam domowa służka,

Nosi miano Kopciuszka.



Strażnik:

Czy to służka, czy szlachcianka bez skazy,

My spełniamy królewskie rozkazy.

Musimy wejść i do służki,

Pantofelek przymierzyć do nóżki.

Pokaż, miła panienko,

Czy masz stopkę maleńką.



Kopciuszek:

Jam, panowie, sierota,

Gdzie do mnie pantofelek ze złota?



Strażnik:

Nie możemy ci, panienko, wierzyć,

Musimy pantofelek przymierzyć...

A to ci niespodzianka!

Więc to ty jesteś królewska wybranka!

Pantofelek leży, jak ulał!

Pójdziesz z nami, panienko, do Króla!



Haneczka:

Mamo, ja się czyba zabiję!



Kasieńka:

Mamo, ja tego nie przeżylę!



Macocha:

Świat się kończy, daję słowo,

Nasz Kopciuszek zostanie Królową!



Ochmistrz:

Jego Królewska Mość

Wszem i wobec obwieszcza,

Tym z bliska i tym z daleka...



Królewicz:

Niech Pan Ochmistrz się streszcza,

Bo ślubny orszak już czeka.



Ochmistrz:

Dobrze, powiem więc krótko:

Nadszedł kres wszystkim smutkom,

Jesteśmy uszczęśliwieni,

Że nasz Królewicz się żeni!

Król nasz wyprawia wesele huczne,

A was wszystkich zaprasza na ucztę!



Głos I:

Młoda para niech żyje!



Głos II:

Niech żyje!



Haneczka:

Mamo, ja się chyba zabiję...



Macocha:

Świat się kończy, daję słowo...

Nasz Kopciuszek zostanie Królową!



Kopciuszek:

Pobłogosław mnie, pani matko,

Bo za chwilę już będę mężatką.

Nie gniewajcie się na mnie, siostrzyczki,

Podaruję wam złote trzewiczki

I z obu was uczynię

Królewskie ochmistrzynie.



Królewicz:

Spiesz się, spiesz, mój kwiatuszku,

Nie ma czasu, niestety,

Trzeba zamknąć drzwi od karety

I w ten sposób zakonczyć bajkę o Kopciuszku.

2007-07-30 22:30:35

Orzech




Miał pan rejent ze Zwolenia

Twardy orzech do zgryzienia,



Nim go rozgryzł do połowy,

Stracił kieł i ząb trzonowy,



Wreszcie krzyknął: "A to gratka,

Proszę mi poszukać dziadka!"



Przybiegł dziadek siwiuteńki,

Twardy orzech wziął do ręki.



"Opamiętaj się człowieku,

Nie mam zębów od pół wieku,



Taka sztuka to dla wnuka,

Niechaj służba go poszuka."



Wnuk, wiadomo, był siłaczem:

"Niechaj orzech ten zobaczę".



Wziął go, włożył między szczęki:

"Rzeczywiście, nie jest miękki!"



Po upływie pół godziny

Pot już spływał mu z czupryny.



Wreszcie przerwał ciężką pracę:

"Nie poradzę, zęby stracę,



Ale znam kowala w mieście,

Co ten orzech stłucze wreszcie".



Posłał rejent po kowala,

A już kowal się przechwala:



"Dla mnie to jest rzecz nienowa,

Jestem, panie, z Żelechowa,



A wiadomo, że Żelechów

Słynie z dziadków do orzechów".



Huknął kowal wielkim młotem,

A młot rozpadł się z łoskotem.



Jęknął kowal: "Co za orzech,

Żadna siła go nie zmoże,



Twardy orzech do zgryzienia,

Nie poradzę. Do widzenia".



Poszedł kowal, a tymczasem

Właśnie szła wiewiórka lasem.



Do pokoju oknem wpadła,

Orzech zgryzła, jądro zjadła,



O czym rejent jak najprędzej

Spisał akt w ogromnej księdze.

2007-07-30 22:29:33

Włos




Pan starosta jadł przy stole,

Naraz patrzy - włos w rosole.

Krzyknął więc na cały głos:

"Chciałbym wiedzieć, czyj to włos!



Co to jest za zwyczaj taki,

Żeby w zupie były kłaki?

Starościno, co chcesz, rób,

Ja nie jadam takich zup!"



Starościna aż pobladła,

Z przerażenia z krzesła spadła,

Patrzy w talerz: marny los,

Rzeczywiście - w zupie włos.



Wpadła z krzykiem na kucharza:

"Że też taka rzecz się zdarza,

Włos w rosole, ładna rzecz -

Niech pan sobie idzie precz!"



Kucharz zgubił okulary,

Włożył buty nie do pary,

Do talerza wetknął nos:

Rzeczywiście - w zupie włos.



Wstyd okropnie starościnie,

Dowiedziano się w rodzinie,

Że starosta nie chce jeść,

Przybiegł wuj i stryj, i teść.



Teść przybliżył się do misy

I powiada: "Jestem łysy,

Włos na pewno nie jest mój.

Może wie coś o tym wuj?"



Wuj z kieszeni wyjął lupę

I przez lupę bada zupę:

"Widzę włos, lecz nie wiem czyj,

Może zna się na tym stryj."



Stryj przybliżył się do stołu,

Zajrzał bacznie do rosołu,

Po czym gwizdnął niby kos:

"Znam się na tym - to jest włos."



Sprowadzono geometrę,

Żeby zmierzył centymetrem

I powiedział wszystkim wprost,

Co to w zupie jest za włos.



Geometra siadł za stołem,

Mierzył, liczył coś z mozołem,

Zużył kartek cały stos

I powiedział: "To jest włos!



Ja się na tym nie znam, lecz czy

Nie pomoże sędzia śledczy?

Węszę tutaj zbrodni ślad,

Skoro włos do zupy wpadł."



Sędzia śledczy sprawę zbadał

I powiada: "Trudna rada,

Muszę w sprawie zabrać głos,

Proszę państwa, to jest włos."



Wtem ktoś myśl wysunął nową:

"Trzeba wezwać straż ogniową."

Pan starosta zmarszczył twarz:

"Może być ognowa straż."



Przyjechali wnet strażacy,

Raźnie wzięli się do pracy

I wyjęli z zupy włos:

Taki to był włosa los!

2007-07-30 22:28:28

Baśń o rudobrodym koźle




Za siedmioma rubinami,

Za siedmioma turkusami,

Za siedmioma uśpionymi

Zielonymi jeziorami

Mieszka Kozioł Rudobrody,

Który pił ze srebrnej wody.



Kozioł szklane ma kopyta,

Kto go ujrzy, ten go pyta:

Z jakich pastwisk, z jakiej trzody

Jesteś, Koźle Rudobrody?



Kozioł tylko nogą wierzga:

Stoi w polu siwa wierzba

Pod tą wierzbą - moje państwo,

Chodź, to wezmę cię w poddaństwo!



Stoi w polu wierzba siwa,

Tam się bajka ta rozgrywa.



Za siedmioma jeziorami

Kozioł dzwoni kopytami.

Kiedy pierwszy raz zadzwoni,

Biegnie siedem białych koni.

Gdy zadzwoni po raz drugi,

Przepływają srebrne strugi,

Gdy zadzwoni po raz trzeci,

Paw o siedmiu piórach leci,

Siedem srebrnych strug wypija,

Potem siedem nocy mija

I z każdego pióra pawia

Młody jeździec się pojawia.



Gdy dosiądą jeźdźcy koni,

Kozioł po raz czwarty dzwoni,

Wtedy paw na wierzbie siada,

Taką bajkę opowiada:



Pędzi Kozioł Rudobrody,

Za nim jeźdźcy mkną w zawody,

Pędzą jeźdźcy w siedem koni,

Żaden Kozła nie dogoni.

Już minęli bramę z tęczy,

Siedem jarów i przełęczy,

Cztery stawy i dwa mosty -

Jeden krzywy, drugi prosty -

I znów dalej popędzili,

Aż ujrzeli w pewnej chwili

Niebotyczną złotą wieżę

Malowaną na papierze,

A na wieży wśród mozaiki

Lśniły takie słowa bajki:



Oto Kozioł Rudobrody

Dudniąc wbiegł na złote schody,

Na spienionych koniach rześcy

W cwał ruszyli za nim jeźdźcy,

Aż im w pędzie tym wichura

Pozrywała pawie pióra.



Sadził w górę Kozioł chyży,

Mknęli jeźdźcy coraz wyżej,

Coraz wyżej na szczyt wieży,

Gdzie się mur ząbczasty jeży.



A na szczycie tym w koronie

Sam Szczur-Praszczur spał na tronie.

Stary był, miał lat ze dwieście,

Lecz go tętent zbudził wreszcie.

Szczur na tronie dumnie siedział,

Taką bajkę opowiedział:



Stoi w polu wierzba siwa,

Tam się bajka ta rozgrywa.

I tam kończy się, gdyż wątek

Miał pod wierzbą swój początek.



Wrócił Kozioł Rudobrody

Jak niepyszny do swej trzody,

Tylko jeźdźcy jeszcze stali,

Jeszcze stali i czekali,

I czekały konie rącze,

Kiedy wreszcie wiersz ten skończę.



A ja go skończyłem w piątek

Właśnie tam, gdzie bajki wątek

Miał pod wierzbą swój początek

I gdzie nieraz się rozgrywa

Ta historia żartobliwa.

2007-07-30 22:26:49

Baśń o korsarzu Palemonie




I



Kiedy król Fafuła Czwarty

Zachorował nie na żarty,

Do doktora rzekł: Doktorze,

Nic mi widać nie pomoże,

Przeznaczenie jest nieczułe,

Przyszła kreska na Fafułę.

Muszę umrzeć - wola boża.

Niechaj zbliżą się do łoża

Królewicze i królewny,

Do nich mam interes pewny.



Przed królewskie więc oblicze

Przyszli czterej królewicze

I królewny przyszły cztery,

Tłumiąc w sercach smutek szczery.

Król powiedział: Już dogasam

Z dziećmi zostać chcę sam na sam.

Proszę wszystkich wyjść z pokoju

I zostawić nas w spokoju.



Gdy nie było już nikogo,

Król przemówił z miną srogą:

Drogie dzieci, trudna rada,

Żyć bez końca nie wypada,

Trzeba umrzeć na ostatku.

Dostaniecie po mnie w spadku

Złotych monet dziesięć garnków,

Dwieście wiosek i folwarków,

Wszystkie stada, psiarnie, stajnie,

Pola żyzne nadzwyczajnie,

Lasów obszar niezmierzony,

Wszystko, wszystko - prócz korony.

Bo korona przeznaczona

Jest dla tego, kto pokona

Kapitana Palemona.

Ma on okręt nad okręty,

Nie zwyczajny - lecz zaklęty.

Od stu lat żeglarzy płoszy,

Wszystko niszczy i pustoszy,

Kto go ujrzy choć z daleka,

Tego śmierć niechybna czeka,

Kto się za nim w pogoń puści,

Znajdzie śmierć na dnie czeluści,

Kto go schwyta i pokona,

Temu tron mój i korona!



Ledwie rzekł to król Fafuła,

Zła gorączka go zatruła,

Strasznych drgawek dostał potem

I zmarł z piątku na sobotę.

No, a już w niedzielę rano

Króla godnie pochowano.

Dzieci ojca opłakały,

Płakał z nimi naród cały,

A gdy minął rok z kawałkiem,

Zapomniano o nim całkiem.



II



Płynie okręt przez odmęty,

Nie zwyczajny - lecz zaklęty:

Pokład pusty, burta pusta,

Poprzez burtę fala chlusta,

Wicher pędzi go i nagli,

Chociaż nie ma na nim żagli.



Lecz co dzień koło południa

Pokład nagle się zaludnia:

Dźwięczą głosy, dudnią buty,

Ukazuje się z kajuty

Twarz przepita i czerwona

Kapitana Palemona...

Jego broda rozwichrzona,

Oczy ostre jak sztylety,

Dwa za pasem pistolety,

Jednym słowem - postać dzika

Kapitana - rozbójnika.

Ukazuje się załoga

Rozbójnicza i złowroga:

A więc sternik-kuternoga,

Pięćdziesięciu marynarzy,

Starszych zbójów i korsarzy,

A na końcu kucharz-Chińczyk

I kudłaty pies pekińczyk.



Gdy zaczyna szaleć burza,

Okręt w nurtach się zanurza

I na morskim dnie osiada,

Gdzie niejedna śpi armada.

To kraina niezmierzona

Kapitana Palemona.

Tam z kryształu są pałace,

Tam korsarze kończąc pracę

Odbywają uczty swoje,

Tam planują swe rozboje,

Tam chowają swe zdobycze,

Tam małżonki rozbójnicze

Śpią na skórach rozciągniętych,

Pośród złotych ryb zaklętych.

Ośmiornice straż tam pełnią,

Księżyc złotą swoją pełnią

Koralowy gaj oblewa,

W którym chór rusałek śpiewa.



Płynie okręt przez odmęty,

Nie zwyczajny - lecz zaklęty,

Z dna wypływa na powierzchnię,

A gdy tylko dzień się zmierzchnie,

Okręt wznosi się do góry

Nad obłoki i nad chmury

I zawisa niespodzianie

W lazurowym oceanie.

To kraina niezmierzona

Kapitana Palemona.

Tam gdzie mleczna biegnie droga,

Schodzi sternik-kuternoga,

I kapitan, i załoga.

Z grubej blachy księżycowej

Wykuwają pancerz nowy

I gwiazdami z firmamentu

Przybijają do okrętu.



Tam na szczycie srebrnej góry

Mieszka ptak ognistopióry,

Żeby w jego piór pożodze

Ciepło było spać załodze.

Błyskawice straż tam pełnią,

Księżyc srebrną swoją pełnią

Szmaragdowy mrok oblewa,

W którym ptak ognisty śpiewa.



III



Już w tronowej wielkiej sali

Królewicze się zebrali,

Siadły obok nich królewny

Tłumiąc w sercach smutek rzewny.

W oddaleniu, jak wypada,

Stanął rząd i dumna rada,

Stary kanclerz z twarzą czerstwą,

Poczet książąt i rycerstwo.

Z królewiczów wstał najstarszy,

Piękne czoło groźnie zmarszczy,

Słucha rząd i dumna rada,

A królewicz tak powiada:

My, waleczni królewicze,

Przez odmęty tajemnicze

Wyruszamy jutro w drogę.

Mamy okręt i załogę,

Rusznikarzy mamy dzielnych,

Dziesięć armat szybkostrzelnych,

Nurków zastęp wyćwiczony,

Broń, latawce i balony,

I latarnię czarnoksięską,

Która chronić ma przed klęską.

Siostry z nami się zabiorą,

A więc jedzie nas ośmioro.

Cały świat przewędrujemy,

Aż w kajdanach przywieziemy

Kapitana Palemona.

Sprawa jest postanowiona.

Niech tymczasem dumna rada

Mądrze państwem naszym włada,

Rząd niech pieczę ma nad ludem,

Niechaj kanclerz zbożnym trudem

Dla zwycięzcy tron zachowa,

Król to będzie czy królowa!



Całą noc i dzień bez małą

Pożegnalna uczta trwała.

Rzeką lał się miód stuletni

I bawiono się najświetniej.



A w przystani na kotwicy,

Walcząc z wichrem nawałnicy,

Stał, jak delfin rozpostarty,

Okręt Król Fafuła Czwarty.

Królewicze i królewny

Pożegnali wszystkich krewnych,

Rząd i radę pożegnali

I na okręt się udali.

Świszczą liny okrętowe

Do podróży już gotowe,

Furczą żagle, skrzypią reje,

Wyjąc - wiatr pomyślny wieje.

Płynie okręt przez odmęty

W świat nieznany, niepojęty.

Fale pienią się i ryczą,

Biją serca królewiczom,

A królewnom w tajemnicy

Śnią się morscy rozbójnicy.



IV



Mija tydzień, drugi, trzeci,

Okręt lotem wichru leci,

Niecierpliwi się załoga,

Że nie widać nigdzie wroga.

Królewicze z bezczynności

Na pokładzie grają w kości,

A królewny w swych kajutach

Robią ciepły szal na drutach.

Naraz jedna z nich powiada:

Ja bym była bardzo rada,

Gdyby postać wymarzona

Kapitana Palemona

Ukazała się w kajucie.

A ja dziwne mam przeczucie -

Rzecze druga - że z nas jedna

Z tym korsarzem się pojedna

I zostanie pokochana

Przez strasznego kapitana.

Rzecze trzecia: Jako żona

Kapitana Palemona

Jedna z nas królową będzie.

Czwarta na to: Niech przybędzie,

Niech podejmie walkę z braćmi

I odwagą wszystkich zaćmi.



Ledwie rzekły to królewny,

Runął z nieba wicher gniewny.

Porwał liny, stargał żagle,

Ciemna noc zapadła nagle,

Skotłowały się bałwany

I w ten odmęt skotłowany

Uderzyła nawałnica.

Mrok rozdarła błyskawica

I jej światło zielonkawe

Ukazało dziwną nawę,

Która w mrokach, na obłokach

W dół spuszczała się z wysoka.



Królewicze patrzą z trwogą

I zrozumieć nic nie mogą:

Płynie okręt przez odmęty,

Nie zwyczajny - lecz zaklęty,

Wicher pędzi go i nagli,

Chociaż nie ma na nim żagli,

I z daleka już dolata

Jego srebrnych blach poświata.

Rozhukały się armaty,

Biją w środek tej poświaty,

Przez latarnię czarnoksięską

Jasność sączy się zwycięsko,

Rozpryskują się pociski

Po spienionej fali śliskiej.

Odrzucono pistolety.

Królewicze przez lunety

Patrzą w ciemną dal i sami

Już kierują armatami,



Płynie okręt przez odmęty,

Nie zwyczajny - lecz zaklęty,

Niby stwór niesamowity

W zielonkawą mgłę spowity.

Pokład pusty, burta pusta,

Poprzez burtę fala chlusta,

A on płynie jak na skrzydłach

Prosto z bajki o straszydłach

W ciemność, w burzę i w zawieję

I w ciemności olbrzymieje.

Kto go ujrzy choć z daleka,

Tego śmierć niechybna czeka.



Królewicze więc od razu

Dali rozkaz. W myśl rozkazu,

By móc patrzeć w tamtą stronę,

Każdy włożył szkła zaćmione,

Szkła przedziwnie szlifowane,

Czarem snu zaczarowane.

W królewiczach zapał płonie:

Kapitanie Palemonie,

Nie bądź tchórzem, wyjdź z ukrycia,

Walcz, nie żałuj swego życia!



Ale okręt pustką zieje.

Przez odmęty, przez zawieje

Lekko mknie po fali śliskiej,

Nie trafiają weń pociski,

Maszt nietknięty w górze sterczy,

I jedynie śmiech szyderczy,

Straszliwego kapitana

Dźwięczy w wichrach i bałwanach.



V



Z królewiczów jeden rzecze:

Na nic kule, na nic miecze.

Kapitana Palemona

Oręż zwykły nie pokona.

A to dla nas kwestia tronu!

Wsiądźmy razem do balonu,

Wieje właśnie wiatr północny,

Wiatr ten będzie nam pomocny.

Napadniemy okręt wraży,

Uderzymy na korsarzy

Granatami, latawcami,

Nie poradzą sobie z nami!



Projekt został wnet przyjęty:

Balon wzniósł się nad odmęty,

Wicher pognał go przed siebie

I pogrążył w mrocznym niebie.

Lecą dzielni królewicze

W dale mgliste i zwodnicze.

Zimny wiatr napełnia płuca,

Balon szarpie i podrzuca,

I nad wrogi niesie statek.

Dobywając sił ostatek,

Królewicze w jednej chwili

Na piratów uderzyli.

Przebiegają pokład żwawo,

Patrzą w lewo, patrzą w prawo:

Pokład pusty, burta pusta,

Poprzez burtę fala chlusta.

Z kim tu walczyć? Gdzie załoga?

Na okręcie nie ma wroga!

I okrętu nie ma wcale,

Jeno płynie poprzez fale

Księżycowa mgła zielona,

Której oręż nie pokona.



Królewicze byli wściekli,

Że w tę mgłę się przyoblekli

I że wiatr ich niesie żwawo

Z tą zaklętą, dziwną nawą.

Ale już koło południa

Nawa nagle się zaludnia.

Ukazuje się załoga

Rozbójnicza i złowroga:

A więc sternik-kuternoga,

Pięćdziesięciu marynarzy,

Strasznych zbójów i korsarzy,

A na końcu kucharz-Chińczyk

I kudłaty pies pekińczyk.

Nie ma tylko kapitana.

Cóż za sprawa niezbadana?

Gdzie przebywasz? W jakiej stronie,

Kapitanie Palemonie?



Przybliżyli się korsarze,

Królewiczom patrzą w twarze.

Co za jedni? Skąd się wzięli?

Czy zjawili się z topieli?

Szczerzy zęby kucharz-Chińczyk,

Obwąchuje ich pekińczyk,

Każdy milczy, każdy czeka,

Nawet pies - i ten nie szczeka.



Nagle sternik śmiechem parska,

Parska śmiechem brać korsarska,

Aż za brzuch się trzyma kucharz,

Nawet pies ze śmiechu spuchł aż.

Wreszcie sternik tak powiada:

Jest to zwykła maskarada!

Myśmy rząd i dumna rada.

Król Fafuła w testamencie

Zlecił takie przedsięwzięcie,

By wybadać wasze męstwo.

Osiągneliście zwycięstwo

I pochwały, i zdobycze,

Wielce dzielni królewicze.

Właśnie są królewny cztery,

Które mają zamiar szczery

Ofiarować wam swe trony,

Wybór jest postanowiony.

Cztery statki stoją w porcie -

Z wygodami i w komforcie

Do swych królestw pojedziecie,

By zasłynąć w całym świecie!

Tak już czeka lud stęskniony,

Złote berła i korony.



Gdy to sternik rzekł, korsarze

Odmienili swoje twarze,

Zdjęli wąsy, zdjęli brody

I wrzucili je do wody.



Królewicze są jak we śnie:

Spoglądają jednocześnie

Na sternika, co zamierza

Przeistoczyć się w kanclerza,

Przyglądają się obliczom

Dobrze znanym królewiczom,

Członków rady obejmują,

Z ministrami się całują.

Zaraz kanclerz na okręcie

Wydał na ich cześć przyjęcie

I rzekł żartem w swej przemowie:

Czterech królów piję zdrowie:

Karowego, Kierowego,

Pikowego, Treflowego.

Zmarły król Fafuła Czwarty

Bardzo lubił zagrać w karty.



Uczta była znakomita,

Każdy najadł się do syta,

Rzeką lał się miód stuletni

I bawiono się najświetniej.



VI



A w kajutach swych królewny

Rozważają los niepewny:

Odlecieli królewicze

W dale mroczne i zwodnicze,

Może już nie żyją, może

Powpadali wszyscy w morze?

A tu przyjdą rozbójnicy,

Tacy straszni, tacy dzicy,

I królewny uprowadzą,

I do ciemnych lochów wsadzą.

Jak się bronić przed tą zgrają?

Gdy tak smutnie rozmyślają,

Nagle drzwi się otwierają,

Wchodzi młodzian bardzo zgrabny,

Bardzo młody i powabny,

I królewnom ukłon składa.

Żadna z nich nie odpowiada,

Jednocześnie wszystkie zbladły

I jak stały, tak usiadły.

Wyciągają drżące dłonie:

Nie zabijaj, Palemonie!



Młodzian znowu ukłon składa,

Po czym śmiejąc się powiada

Wprost bez żadnej ceremonii:

Jam jest władcą Palemonii,

Król Palemon, proszę bardzo,

Niechaj panie mną nie gardzą,

Łagodnego jestem serca

I nikogo nie uśmiercam.

A historia o piracie

To jest bajka, czy ją znacie?

Choć to bajka nieprawdziwa -

Sens ukryty w bajce bywa.



Zapłoniły się królewny

Tłumiąc w sercach smutek rzewny:

Wymarzyły w snach pirata,

A tu król jest! Taka strata.

Los niekiedy figle płata.

Król Palemon się przywitał,

Siadł, o zdrowie grzecznie pytał

I rozwodził się nad statkiem,

I rozglądał się ukradkiem.



Trzy królewny były cudne:

Zgrabne, gładkie, białe, schludne,

Czwartej zaś los figla spłatał:

Czwarta była piegowata,

Niepozorna i brzydula.

Uśmiechnęła się do króla.

A ślicznotki trwały dumnie.

Brzyduleńko, zbliż się ku mnie -

Rzecze król Palemon czule. -

Chcę za żonę mieć brzydulę!

A ślicznotki klaszczą w dłonie:

Świetnie, królu Palemonie!

Choć siostrzyczka nie jest ładna,

Ale dobra tak jak żadna.

Niezrównana będzie żona

I królowa wymarzona!



Ucałował król brzydulę,

Pierścień dał, co miał w szkatule -

Bo tak zawsze robią króle.



VII




Połączono dwa okręty:

Ten zwyczajny i zaklęty.



Wszyscy są już na pokładzie,

Stoi rząd przy dumnej radzie,

Królewicze i królewny,

Król Palemon, poczet krewnych,

Nawet stary kucharz-Chińczyk

I kudłaty pies pekińczyk.



Gdy skończyła się parada,

Wyszedł kanclerz i powiada:

Król Fafuła w testamencie

Zlecił taki przedsięwzięcie,

Że korona przeznaczona

Jest dla tego, kto pokona

Kapitana Palemona.

Pokonała go królewna,

A więc rzecz jest całkiem pewna,

Że jej miejsce jest na tronie

Przy małżonku Palemonie.



Zaraz kanclerz na okręcie

Wydał na ich cześć przyjęcie

I rzekł żartem w swej przemowie:

Czterech dam wypijmy zdrowie:

Bo to jasne jest, że mamy

Na pokładzie cztery damy:

Jest Kierowa, jest Karowa,

I Pikowa, i Treflowa.

Zmarły król Fafuła Czwarty

Bardzo lubił zagrać w karty!



Uczta była znakomita:

Każdy najadł się do syta,

Rzeką lał się miód stuletni

I bawiono się najświetniej.



Choć to bajka nieprawdziwa -

Sens ukryty w bajce bywa.

2007-07-30 22:24:29


Baran




Przyszedł baran do barana

I powiada: "Proszę pana,

Nogi bolą mnie od rana,

Pan mnie weźmie na barana."



Baran tylko głową kręci:

"Nosić pana nie mam chęci,

Ale znam pewnego wilka,

Który nosił razy kilka."



Trwoga padła na barany:

"Dobrze pomyśl, mój kochany,

Wiesz, co było swego czasu?

Nie wywołuj wilka z lasu!"



Baran słysząc to zbaraniał,

Baran dłużej się nie wzbraniał,

I - choć rzecz to niesłychana -

Wziął barana na barana.

2007-07-30 22:23:35


Bajka o królu




Daleko stąd, daleko,

W stolicy, lecz nie w naszej,

Był król, co pijał mleko

I jadał dużo kaszy.



Martwili się kucharze:

"O, rety! Co się dzieje?

Król kaszę podać każe,

Król nic innego nie je!



Jak tu pracować można

I jak takiemu służ tu?

Król nie chce kaczki z rożna

Ani łososia z rusztu,



Król nie tknie nawet jaja,

Król nie zje nawet knedli,

Które we wszystkich krajach

Królowie zwykle jedli."



A król się śmiał: "Mnie wasze

Nie wzruszą narzekania,

Ja jadam tylko kaszę,

Zabierzcie inne dania!



Niech zbliży się podczaszy,

A choć i on narzeka,

Niech z flaszy mi do kaszy

Naleje szklankę mleka!"



Wzdychała Wielka Rada:

"Jadamy niczym chłopi,

Bo państwem naszym włada

Kaszojad i Mlekopij.



Codziennie nam na tacy

Podają miskę kaszy -

Tak mogą jeść biedacy

Z suteren lub z poddaszy,



Lecz my, Królewska Rada,

Narodu straż najstarsza,

Nam nawet nie wypada,

By kiszki grały marsza!"



A król wciąż rósł i mężniał,

Był coraz zdrowszy z wiekiem,

I mężniał, i potężniał

Jadając kaszę z mlekiem.



Lecz nie był zawadiaką

I nienawidził wojen,

A miał zasadę taką:

Co twoje, to nie moje.



Wróg trzymał się daleko,

Bo wroga król odstraszył.

A ty czy pijesz mleko?

Czy jadasz dużo kaszy?

2007-07-30 22:22:36


Babulej i Babulejka




Pod Oszmianą nad Wilejką

Żył Babulej z Babulejką,

Ona była czarodziejką,

On - rzecz prosta - czarodziejem

I jadali mak z olejem

Babulejka z Babulejem.



Babulejka raz powiada:

"Babuleju, tak się składa,

Że mam starą koźlą skórę

Odwieźć dziś na Łysą Górę."



Więc Babulej z Babulejką

Pojechali taradejką.



Nagle koń okulał w drodze,

Aż Babulej zaklął srodze.

"Jeśli kuleć chcesz, to kulej!" -

Rezolutnie rzekł Babulej

I zostawił konia w tyle.



Taradejka jedzie milę,

Jedzie drugą, wtem na trzeciej

Koło wprost do rowu leci,

Aż Babulej parsknął śmiechem:

"Ładna jazda z takim pechem,

Cóż - na miotle jeżdżą wiedĄmy,

To my na trzech kołach jedźmy!"



Jadą dalej, wtem na szosie

Pogubili obie osie.

"Mocniej siedĄ na taradejce" -

Rzekł Babulej Babulejce

I ze śmiechem ściągnął lejce.



Tym sposobem znów przebyli

Siedem mil. Na ósmej mili

Taradejka się rozpadła,

Babulejka tylko zbladła,

A Babulej tak powiada:

"Zawsze jest na wszystko rada -

Bat nam został w tej podróży,

Niech w podróży dalszej służy."



Więc na bacie siedli wierzchem,

Pojechali, a przed zmierzchem

Byli już na Łysej Górze

I na koĄlej siedząc skórze

Zajadali mak z olejem

Babulejka z Babulejem.

2007-07-30 22:20:00

Atrament




Nikt opisać nie potrafi,

Jaki w szkole powstał zamęt,

Gdy na lekcji geografii

Nagle rozlał się atrament.



Porozlewał się po mapie,

Co leżała na katedrze,

Tutaj cieknie, tam znów kapie,

Wnet do różnych miast się wedrze.



W Kocku, Płocku, Radzyminie

Czarne kleksy się rozprysły

I atrament dalej płynie,

I już wlewa się do Wisły.



Pewien strażak dla ochłody

Miał się kąpać w tym momencie,

Zdjął ubranie, wszedł do wody,

Lecz się znalazł w atramencie.



Strażakowi zrzedła mina:

"Cóż to znowu za pomysły!"

I czarniejszy od Murzyna

Wyszedł strażak z nurtów Wisły.



Długo martwił się i smucił:

"W straży tak się nie pokażę..."

Więc do straży nie powrócił,

Tylko został kominiarzem.

2007-07-30 22:17:51

Atrament i kreda




Wzdychała kreda: "Wciąż jestem biała,

Nie chcę być biała!..." No i - sczerniała.



Jęczał atrament: "O, losie marny,

Wciąż jestem czarny, kompletnie czarny,



Jak gdyby we mnie kto smołę przelał.

Nie chcę być czarny! Dość już!" I zbielał.



W szkole straszliwy zrobił się zamęt:

Ładna historia! Biały atrament!



Któż go na białym dojrzy papierze?

Nikną litery i kleksy świeże,



Nie zda się na nic wypracowanie,

Gdy z liter nawet ślad nie zostanie.



Zbladł nauczyciel i bladolicy

Przez chwilę z kredą stał przy tablicy,



Lecz nic napisać na niej się nie da:

Czarna tablica i czarna kreda!



Jak tu rozwiązać można zadanie,

Gdy cyfr odróżnić nikt nie jest w stanie.



Rzekł nauczyciel zakłopotany:

"Dziwne to, bardzo dziwne przemiany!



Kreda jest czarna, atrament biały...

Wiemy, kto robi takie kawały!"



Mówiąc to palec przytknął do czoła,

GroĄnym spojrzeniem powiódł dokoła



I mnie, choć ja się winnym nie czuję,

Ze sprawowania postawił dwóję.

 


2007-07-30 22:13:56

Arbuz




W owocarni arbuz leży

I złośliwie pestki szczerzy;

Tu przygani, tam zaczepi.

"Już byś przestał gadać lepiej,

Zamknij buzię,

Arbuzie!"



Ale arbuz jest uparty,

Dalej sobie stroi żarty

I tak rzecze do moreli:

"Jeszcześmy się nie widzieli,

Pani skąd jest?"

"Jestem Serbka..."

"Chociaż Serbka, ale cierpka!"



Wszystkich drażnią jego drwiny,

A on mówi do cytryny:

"Pani skąd jest?"

"Jestem Włoszka..."

"Chociaż Włoszka, ale gorzka!"



Gwałt się podniósł na wystawie:

"To zuchwalstwo! To bezprawie!

Zamknij buzię,

Arbuzie!"



Lecz on za nic ma owoce,

Szczerzy pestki i chichoce.

Melon dość już miał arbuza,

Krzyknął: "Głupiś! Szukasz guza!

Będziesz miał za swoje sprawki!"

Runął wprost na niego z szafki,

Potem stoczył go za ladę

I tam zbił na marmoladę.

2007-07-30 22:12:50

Androny




"Pan Marcin plecie androny!"

"Z czego plecie?"

"Ano - z łyka.

Taki andron upleciony

Jest podobny do koszyka.

Po cichutku się wymyka,

Niespodzianie psa nastraszy,

Wrzuci stary gwóĄdĄ do kaszy,

Wszystkie jabłka zerwie z drzewa,

Z garnków wodę powylewa,

W oknach szyby powybija,

Wysamruje miodem stryja,

Ciotkę weĄmie na barana,

Sad posypie śniegiem w lecie...

Nie wierzycie?"

"Proszę pana,

Takie pan androny plecie!"

 


2007-07-30 22:11:00

Tańcowała igła z nitką




Tańcowała igła z nitką,

Igła - pięknie, nitka - brzydko.



Igła cała jak z igiełki,

Nitce plączą się supełki.



Igła naprzód - nitka za nią:

"Ach, jak cudnie tańczyć z panią!"



Igła biegnie drobnym ściegiem,

A za igłą - nitka biegiem.



Igła górą, nitka bokiem,

Igła zerka jednym okiem,



Sunie zwinna, zręczna, śmigła.

Nitka szepce: "Co za igla!"



Tak ze sobą tańcowały,

Aż uszyły fartuch cały!




2007-07-30 21:59:15

KOT W BUTACH



Janek:

Biedny jestem sierota,

Ojca zmarłego syn,

Tyś, bracie, dostał młyn,

A ja dostałem kota,

Dostałem kota w spadku

I zginę w niedostatku.



Brat:

Idź, Janku, ruszaj w drogę,

Zabieraj swego kota,

Ja pomóc ci nie mogę,

Mnie czeka tu robota,

W ruch muszę puścić żarna,

A z ciebie korzyść marna.

Mnie nawet nie wypada

Mieć w domu darmozjada.



Bratowa:

Idź sobie, jesteś nędzarz.



Janek:

Skoro mnie stąd wypędzasz,

Odchodzę z moim kotem.



Bratowa:

Nie przychodź tu z powtorem,

Bo mieć takiego szwagra

To gorzej niż podagra.

A weź tę bułkę czerstwą,

Byś o nas źle nie gadał.



Janek:

Dziękuję wam, braterstwo,

Chodź, kocie, trudna rada.

Ruszajmy ścieżką polną,

Tu zostać nam nie wolno.



Nie mam srebra ani złota,

Lecz nie pragnę w życiu zmian,

Bo kto ma własnego kota,

Ten jest całą gębą pan.



Wszystko w lot

Miau-miau

Chwyta kot

Miau-miau

Co za kot

Miau-miau

Kot na chwał

Miau-miau



Gdy się z kotem zaprzyjaźnię,

Już nie będę czuł się sam.

Z przyjacielem żyć jest raźniej,

Raźniej czas popłynie nam.



Wszystko w lot

Miau-miau

Chwyta kot

Miau-miau

Co za kot

Miau-miau

Kot na chwał

Miau-miau



Zejdzmy nad rzeczułkę

Wymoczę w wodzie bułkę

I zjemy ją na spółkę.



Kot:

Miau-miau! Za bułkę dzięki,

Wystarczy kęs maleńki.



Janek:

Ojej! Po ludzku gada!

To chyba maskarada!



Kot:

Nie jestem zwykłym kotem,

Wnet się przekonasz o tym.

Są koty martuzjańskie,

Kubańskie i birmańskie,

Syjamskie i tobolskie,

Są chińskie i są polske,

A ja - to rzadka rasa,

Rasa, co dotąd hasa

Na Wyspach Bergamutach

I zawsze chadza w butach.

Gdy w buty się wystroję,

Nie zaznasz niedostatku.



Janek:

Włóż, kocie, buty moje,

Dostałem je po dziadku,

Są jeszcze prawie nowe,

A mnie, choć będę boso,

Nogi i tak poniosą.

Kapelusz włóż na głowę,

O, tak, wytwornym ruchem,

I kwiatek noś nad uchem.

Wyglądasz znakomicie!



Kot:

Twym wiernym będę sługą

Przekonasz się nidługo

O mym niezwykłym sprycie,

Zręczności i odwadze.

Ruszamy! Ja prowadzę.



Nie jestem Miś Puchatek,

Nie jestem Byk Fernando,

Ja jestem sobie kot,

Kot w butach na dodatek.



Jak mruczę - to mruczando,

Mruczano - murmurando,

Bo jestem właśnie kot,

Kot w Butach na dodatek.



Za uchem noszę kwiatek

I mruczę murmurando,

Ja jestem sobie kot,

Kot w Butach na dodatek.



Patrz, widzisz? Kuropatwy.

Ze cztery złapać muszę,

Mam na nie sposób łatwy:

Nakrywam kapeluszem,

Hop! I złapałem w locie.



Janek:

Cudownie! Brawo, kocie!

Lecz co to? Kurzu tuman,

Kolasa jedzie ku nam.



Kot:

To król ze swym orszakiem,

Idź, ukryj się za krzakiem,

Niech cię nie widzi świta.

Mnie pewna myśl już świta.

Siedź cicho, słuchaj bacznie,

Wnet się przygoda zacznie...



Chór:

Jedzie król,

Jedzie król,

Władca lasów, łąk i pól.

Jedzie król

Koni czwórką,

Jedzie król

Ze swą córką,

A za nimi dwór

Wiezie złota wór.



Ochmistrz:

Król jest dzisiaj nie w humorze,

Każdy batem dostać może,

Król jest dzisiaj zły i srogi,

Uciekajcie, ludzie, z drogi!



Chór:

Jedzie król,

Jedzie król,

Władca lasów, łąk i pól.

Jedzie król

Koni czwórką,

Jedzie król

Ze swą córką,

A za nimi dwór

Wiezie złota wór.



Stangret:

Uwaga! Z drogi, śledzie,

Bo król z królewną jedzie!

Któż to na drodze staje?

Kot w Butach, słowo daję!



Ochmistrz:

To dziwne niesłychanie,

Spójrz, najjaśniejszy panie,

Kot w Butach! Spójrz, królewno

Ubawisz się na pewno.



Król:

Kot w Butach! A to dziwy!



Królewna:

Czy aby jest prawdziwy?

Chcę widzieć go ogromnie!



Król:

Niech kot się zbliży do mnie,

To sprawa osobliwa.



Ochmistrz:

Chodź, kocie, król cię wzywa!



Kot:

Ja jestem Kot-Kotando,

Mruczando-Murmurando,

Sługa możnego pana

Barona Barabana,

Na łowach pan mój hula,

Przysyła dar dla króla.



Król:

Wytworne masz maniery,

Co? Kuropatwy cztery?

Niech kucharz na śniadanie

Udusi je w śmietanie,

Bo mam apetyt na nie,

A panu swemu, kocie,

Podziękuj po powrocie.

Bądż zdrów!



Chór kobiet:

Bądź zdrów! Żegnamy!



Ochmistrz:

Czy już gotowe damy?

Panowie też? Ruszamy.



Chór:

Jedzie król,

Jedzie król,

Władca lasów, łąk i pól...



Kot:

Już możesz wyjść zza krzaka.



Janek:

I na co heca taka?

Do czego mi przemiana

W barona Barabana?



Kot:

Mój panie, mam to w planie,

Miej do mnie zaufanie,

Ja jestem Kot-Kotando,

Mruczando-Murmurando,

Więc słuchaj mnie i nie łaj,

Musimy biec na przełaj

Łąkami ze dwie mile,

By orszak został w tyle,

A w czasie odpowiednim

Znów się zjwimy przed nim.

Biegnijmy żwawo, skrótem!



Janek:

Zadałem się z filutem

I co się teraz stanie?



Kot:

Leć, panie Barabanie,

Ja nogi za pas biorę,

By wyjść na drogę w porę,

A muszę wpierw na łace

Złapać dwa zające.



Piosenka zajączöw:

My jesteśmy zajączki dwa,

Nie boimy się nawet lwa,

Niestraszny nam myśliwski pies,

Bo zając odważny, odważny jest!



Nikt nie złapie zajączków dwóch,

Bo my mamy wyborny słuch,

Niestraszny nam myśliwski pies,

Bo zając odważny, odważny jest!



Nic nie grozi zajączkom dwóm,

Choć się zjawi myśliwych tłum,

Niestraszny nam myśliwski pies,

Bo zając odważny, odważny jest!



Kot:

Zające psów się boją,

Lecz się nie boją kotów,

Wpadną w zasadzkę moją,

Proszę, kapelusz gotów,

Mimo ich czujnych uczu

Już mam je w kapeluszu.



Janek:

Zuch z ciebie, mości kocie!



Kot:

Czy jeszcze dziwi to cię?

Ja jestem Kot-Kotando,

Mruczando-Murmurando!

Idź, schowaj się krzakiem,

Nadciąga król z orszakiem.



Chór:

Jedzie król,

Jedzie król,

Władca lasów, łąk i pól.

Jedzie król

Koni czwórką,

Jedzie król

Ze swą córką,

A za nimi dwór

Wiezie złota wór.



Stangret:

Uwaga! Z drogi, śledzie,

Bo król z królewną jedzie!

Uciekaj! Przecież wołam!

Chcesz dostać się pod koła?



Kot:

Jam sługa megopana

Barona Barabana.



Król:

Kot w Butach, daję słowo!



Królewna:

Więc zjawił się na nowo?



Król:

Wyrasta tak jak z ziemi.

Czy pan twój dary śle mi?



Kot:

Mój pan ze swoich włości

Dla Króla Jegomości

Śle dwa zające w darze

I pokłon złożyć każe.



Król:

Dzięki ci, mości kocie,

Masz tu dukata w złocie.



Kot:

Nie trzeba mi zapłaty.

Mój pan jest dość bogaty,

Nie dbamy o dukaty.



Król:

To pięknie! Na mym dworze

Mnie każdy tak, jak może,

Ze złota chciałby obrać

Licząc na moją dobroć.



Królewna:

Papo! Chcę poznać pana

Barona Barabana.

Czy słyszysz? Bo inaczej

Natychmiast się rozpłaczę!



Król:

Córeczko ukochana,

Nie teraz, jutro z rana,

Dziś przyjąć go nie mogę,

Ruszamy w dalszą drogę.



Chór:

Jedzie król,

Jedzie król,

Władca lasów, łąk i pól...



Kot:

Już możesz wyjść zza krzaka.

Teraz z szybkością ptaka

Musimy drogą prostą

Na przełaj gnać do mostu,

By znależć się nad rzeką.

To tutaj, niedaleko,

Byleby zdążyć w porę.



Janek:

Wszak robię kroki spore,

Nie widzisz? Biegnę, pędzę!



Kot:

Za wolno! Jeszcze prędzej!



Janek:

Z tym "prędzej" sprawa gorsza.



Kot:

Trzba wyprzedzić orszak,

Zanim na moście stanie.

Leć, panie Barabanie!

Patrz! Spoza tego wzgórza

Rzeka się już wynorza

Teraz nie traćmy czasu,

Dobiega turkot z lasu.

Rozbieraj się do naga!



Janek:

A po co?



Kot:

Rób, co każę,

Tego mój plan wymaga.

Nie czas na komerażę!

Zaufaj! Mam powody,

Byś tonął! Skacz do wody!

Już widać kurzu kłęby,

Król będzie jechał tędy,

Zbliżają się do mostu,

No, prędzej! Toń po prostu!



Chór:

Jedzie król,

Jedzie król,

Władca lasów, łąk i pól...



Kot:

Hola! Zatrzymać konie,

Na pomoc! Pan mój tonie!

Kto żyw, niech go ratuje!

Napadli na nas zbóje,

Okradli, ograbili,

Ratujcie, ludzie mili!



Król:

Słyszycie to wołanie?

Niechżeż kolasa stanie,

Pośpieszcie się, dworzanie!



Ochmistrz:

Kot, najjaśnieszy panie,

Kot w Butach! Tak, poznaję!



Królewna:

O, papo! Wielkie nieba!

Popędź tę całą zgraję,

Z pomocą śpieszyć trzba!

Skacz, paziu, jesteś młody,

Ocenię twe zasługi.



Dworzanin:

No, śmiało! Skacz do wody!

Ty pierwszy, a ja drugi!



Kot:

Zniknął w przybrzeżnym wirze,

Tędy, panowie, bliżej!



Dworzanin:

Mam! Trzymam go!



Kot:

Nareszcie!

Tu go na brzeg zabierzcie!



Królewna:

Czy żyje?



Dworzanin:

Tak, królewno!

Żyje i to na pewno,

Ale jest całkiem nagi.



Król:

To sprawa mniejszej wagi,

Dajcie mu nowe szaty,

Ubierzcie w strój bogaty

I niech tu przyjdzie żwawo.

Chcę poznać go! Mam prawo.



Królewna:

Osoba mi nieznana,

A jednak niespodzianie

Jestem zakochana

W panu Barabanie.



Skąd we mnie ta przemmiana?

I co się teraz stanie?

Jestem zakochana

W panu Barabanie.



W serduszku mym do rana

Odczuwam kołatanie,

Jestem zakochana

W panu Barabanie.





Ochmistrz:

Kot, najjaśniejszy panie,

Czeka na posłuchanie.



Król:

Kot w Butach? Witam, kocie,

No co, już po kłopocie?



Kot:

Ja jestem Kot-Kotando,

Mruczando-Murmurando,

A pan mój tu, na moście,

Czeka.



Król:

Dworzanie, proście!

Mnie cieszą tacy goście.



Dama I:

Spójrzcie, jak godnie kroczy.



Dama II:

Jakie ma piękne oczy.



Dworzanin:

Jest rzadkiej wprost urody.



Dama II:

Postawny,



Dama I:

Zgrabny





Ochmistrz:

Młody.



Dama II:

Teraz przed królem staje.



Dama I:

Król rękę mu podaje.



Ochmistrz:

Królewna z nim się wita,

Coś mówi, o coś pyta.



Królewna:

Mój panie Barabanie,

Uczynię ci wyznanie:

Od dawna śniłeś mi się

Podobny w każdym rysie,

A teraz chcę niezłomnie,

Byś zawsze był koło mnie.



Janek:

Królewno, twoje słowa

Są jak anielska mowa,

Gdzież druga jest księżniczka

Tak nadobnego liczka?

Zaledwie cię ujrzałem,

Od razu pokochałem,

Lecz mnie wysłuchaj, bowiem

Całą ci prawdę powiem:

Prostaczek jam ubogi,

Twoje królewskie progi

Nie dla mnie, osądź sama,

A kot po prostu kłamał.



Królewna:

Chociażbyś był sierotą,

Co żyje w poniewierce,

Ja wcale nie dbam o to,

Ja dbam o czułe serce.

Papo! Nie kiwaj głową,

Powiedz królewskie słowo.



Król:

Córeczko, twoja chętka

Bywała mi rozkazem,

Lecz nie bądź taka prędka,

Przynajmniej nie tym razem.



Królewna:

Masz, papo, serce miękkie,

Więc każ, by pan Baraban

Poprosił mnie o rękę,

Bo zrobię taki raban

I tak się rozgrymaszę,

Jak kiedy jeść mam kaszę!



Herold:

Ludu! Ogłaszam wolę

Jego Królewskiej Mości!

Król przy biesiadnym stole

Czeka na zacnych gości!

Król cały lud zaprasza,

Bowiem królewna nasza

Dziś poślubiła pana

Barona Barabana!

W pałacu państwo młodzi

Sprawiają huczne gody.

Kto chęć ma, niech przychodzi

Spijać królewskie miody!

Król taką wieść ogłasza

I cały lud zaprasza!



Janek:

Heroldzie! Proszę ciszej!

Kot w Butach dla wywczasu

Poluje dziś na myszy.

Nie róbmy więc hałasu,

Bo myszy się wystraszą!

Czy mnie pan herold słyszy?

Kończymy bajkę naszą.






2007-07-30 21:36:58
JAN BRZECHWA



Jan Brzechwa (właściwie Jan Wiktor Leśmian) urodził się 15 sierpnia 1898 w Żmerynce na Podolu, a zmarł 2 lipca 1966 w Warszawie. Poeta, satyryk, tłumacz i publicysta. Po ukończeniu Wydziału Prawa na Uniwersytecie Warszawskim pracował jako adwokat, w tym miedzy innymi w latach 1924-1939 jako adwokat i radca prawny ZAIKS. Brzechwa specjalizował się w dziedzinie prawa autorskiego; był autorem komentarza do ustawy o prawie autorskim z 1926 r. - tekst ten przygotowywany do druku w 1939 r. ocalał jedynie w formie egzemplarzy korekty drukarskiej. Chociaż debiutował 1920 jako satyryk pod pseudonimem Szer-Szeń, to od roku 1937, kiedy wydał pierwszy tom wierszy dla dzieci, Tańcowała igła z nitką, jest najbardziej znany jako autor niezliczonych bajek i wierszy dla dzieci. Akademia Pana Kleksa, Pan Kleks, Wesołe wierszyki (Na straganie, Pomidor, Stonoga, Zapałka, Mrówka, Jajko, Kuma, Zegarek, Samochwała, Katar), Bajki Samograjki (Czerwony Kapturek, Kot w butach, Kopciuszek, Jaś i Małgosia), Brzechwa dzieciom (Zoo, Leń, Pchła Szachrajka, Kłótnia rzek, Szelmostwa Lisa Witalisa) to zaledwie kilka przykładów z ogromnej twórczości Brzechwy dla dzieci.
Jan Brzechwa uznawany jest przez znawców literatury za autora, który przekształcił tradycyjne formy utworów dla dzieci - bajkę zwierzęcą i powiastkę, wprowadzając do nich elementy satyry i groteski, urozmaicając je grą słów, opartą na zaskakującym skojarzeniu, paradoksie, a nawet nonsensie. Swoisty styl twórczości Brzechwy zyskał wręcz miano "szkoły", która wydała licznych naśladowców, takich jak choćby Agnieszka Fraczek.

Jan Brzechwa jest też autorem wielu satyrycznych tekstów dla dorosłych oraz przekładów z języka rosyjskiego, m. in. utworów A. Puszkina, S. Jesienina, W. Majakowskiego. Mało kto wie, że Brzechwa był stryjecznym bratem poety, Bolesława Leśmiana, który wymyślił dla niego pseudonim literacki "Brzechwa".

Jan Brzechwa jest laureatem wielu nagród - w 1955 otrzymał nagrodę m.st. Warszawy za całokształt twórczości, w 1956r - nagrodę Prezesa Rady Ministrów za twórczość dla dzieci i młodzieży, w 1965 - nagrodę Ministra Kultury i Sztuki I stopnia za całokształt twórczości.





2007-07-30 15:44:15
Bajka o tym "Jak Mikołaj prezenty rozdawał"



Na dalekiej północy, na wyspie której nie znajdziecie na żadnej mapie, żyje sobie Mikołaj. Otoczony przez morza i lasy mieszka tak od wieków w tym samym domku. Na jego oknach zima namalowała znane wszystkim baśnie i bajki. Spotkać tam można i Kopciuszka, grzejącego nogi przy kominie, i czarownicę z Łysej Góry, i buńczucznego kota, który zawsze chadza własnymi drogami. Ten cichy i spokojny zazwyczaj domek dziś tętni życiem. Dziś bowiem szczególny dzień. Dzisiaj jest wigilia przed świętem Bożego Narodzenia. W saloniku ogień wesoło trzaska na kominku, przesuwają się cienie, a przemądrzała Sowa właśnie zasnęła na gzymsie. Przez uchylone okno widać idącego do domu niedźwiadka. Gdy miś trzaskając drzwiami i otrzepując się ze śniegu, wchodzi do sieni, czuje dolatujący z kuchni zapach jego ulubionych ciasteczek.
- Ach, cóż za cudowny zapach! Czy wszystko już przygotowane?- pyta małej foczki.
- A gdzie tam! – słyszy - To zaledwie początek. Będzie lepiej gdy pomożesz mi! Mała foczka o błyszczących oczach i wilgotnym nosku uwijała się jak w ukropie, by zdążyć i kolejną śliwkę umieścić w ciastku, które Mikołaj natychmiast zalewał masą pełną migdałów i orzechów. Przyniesione ze spiżarni słoiki piętrzyły się na parapetach okien. Pod konfiturami uginały się półki, a owoce zajmowały już prawie połowę stołu. Mimo otwartego na oścież okna w kuchni było duszno i gorąco. Mikołaj, ocierając pot z czoła, ostrożnie pakował wypieczone słodkości do stojącego obok kominka worka.
- Chodź, pomóż mi - poprosił niedźwiadka - Sam nie dam rady!
- Idę, idę - odparł ociągając się miś, gdyż foczka właśnie w tej chwili wyjmowała z piekarnika dymiący, śliwkowy placek.
- Teraz nie pora na wypoczynek i próbowanie ciast - powiedział Mikołaj. Miś, słysząc to, westchnął tylko i zrobił bardzo nieszczęśliwą minę.
- Przecież nie możemy się spóźnić w taki dzień - dodał już z uśmiechem Mikołaj. A na niebie noc zapalała już swe gwiazdy, szumiał las, a w kominie słychać było wycie wichru. Na wiszącym w salonie zegarze dochodziła dziesiąta, a tu jeszcze tyle pracy. Trzeba popakować zabawki, utrzeć mak i A czasu coraz mniej i dzieci czekają. Mikołaj, podwinąwszy rękawy, pośpiesznie pakował porozkładane po kątach prezenty. Wszyscy bardzo się spieszyli, tylko ogromny, pręgowany kocur spokojnie leżał na bujanym fotelu, a jego wąsy błyszczały jak sople lodu. Gdy tort był gotowy a paczki i owoce spakowane, Mikołaj, zmęczony pracą usiadł by chwilkę odpocząć. Wygodnie usadowił się na kanapie i wziął do ręki jedną z książek. Szelest przewracanych kartek obudził sowę.
- UHU, HU - zahukała.
- UHU, HU - odpowiedziało na to echo, siedzące w kominie. I przez chwilę Przemądrzała Sowa przekomarzała się z Echem - Psotnikiem. W tym czasie foka i niedźwiadek pozbierały resztki okruchów ciast i wyniosły je do stojącego przed domem karmnika dla ptaków. Ptaków było niewiele w tym roku. Większość z nich została na południu i tylko te zaprzyjaźnione z Mikołajem, przylatywały tu na zimę. Jak tylko gdy miś zagwizdał, zleciały się wszystkie i machając skrzydełkami, bo było bardzo zimno, pośpiesznie wyjadały przyniesione im okruszki. Gdy zwierzęta wróciły do domku, usiadły obok Mikołaja, który przeczytał im bajkę o dalekiej Afryce. Cóż to była za bajka! Och! Miś i foka słuchając tych opowieści bardzo się rozmarzyli. Jakże zazdrościły mieszkańcom tej gorącej krainy. Razem z nimi przepływały przez pełne krokodyli rzeki, biegały po sawannach i błądziły w piaskach pustyni. I marzyły o tym, by choć raz wsiąść do mikołajowych sań i pognać w dal. Tam gdzie kwitną kwiaty, gdzie w słońcu wygrzewają się lwy a małpy figlują wśród bananowców. Łagodne płowo-różowe światło rozjaśniało salonik. Słychać było cykanie zegara, a brzuchaty worek z prezentami zdawał się wypełniać pół izby. Tak, wszystko było już przygotowane. Gdy zegar wybił dziesiąta, kot zeskoczył z fotela i mrucząc, ocierał się o buty Mikołaja. Wstał także i miś. Przeciągnął się, ziewnął kilka razy i wyszedł z domku. Śnieg już sypał drobnymi płatkami i dookoła było bardzo uroczyście. Z przylegającej do domku sieni, dobiegały coraz donioślejsze i bardziej niespokojne pomruki czekających tam reniferów. Pyzaty księżyc właśnie wypływał na niebo, skrzył się śnieg i błyszczały w jego świetle rozłożyste rogi mikołajowych rumaków. Gotowa uprząż wisiała na haku i jaśniała obok wejścia. Wyszczotkowane reny wyprowadzane przez niedźwiedzia, wychodziły w śnieżną noc, a lodowe gwiazdki błyszczały na ich kopytkach. Po prawej stronie, nieco dalej od wejścia, czekały przygotowane już do jazdy, jasnobrązowe sanie o esowato wygiętych płozach. Oczy renów sypały iskry, obłoki pary wylatywały z ich nozdrzy, a kopyta niecierpliwie rozgarniały śnieg, aż do chwili gdy uspokojone już stanęły razem w zaprzęgu. Cicho było dookoła, błękitniał śnieg i migotały gwiazdy. Księżyc mrużył oczy i swym pyłem znaczył nić drogi. Mikołaj ubrany w ciepły płaszcz wychodził właśnie z chatki. Życząc zwierzętom dobrej nocy, podszedł do zaprzęgu. Widząc, że wszystko jest już przygotowane, z wielkiego zadowolenia aż pokiwał głową. Po czym wsiadł do sań i wygodnie się w nich usadowił. Nałożywszy czym prędzej rękawice, ujął wodze i trzasnął z bicza.
-Bywajcie moi mili! Wrócę nim słońce wzejdzie na niebo - zawołał jeszcze. Reny, przecinając ze świstem powietrze, ruszyły naprzód. Wzbijając kurzawę śniegu wzlatywały coraz wyżej i wyżej, dalej i dalej. Podzwaniając zawieszonymi na szyjach dzwonkami, podążały wyznaczoną przez księżyc ścieżką. Zachwycone tym widokiem zwierzęta długą chwilę spoglądały w niebo. Przyglądały się mrugającym gwiazdom i mknącemu po niebie mikołajowemu zaprzęgowi.
- Bywajcie reny - krzyknęły razem - Do zobaczenia Kometko! Do zobaczenia Wichrze, Gwiazdeczko i Rogaczu - dodała foka.
- Szczęśliwej drogi Raptusiu i Meteorze! Do widzenia Grzywaczu i Buławko - gromko pozdrowił resztę zaprzęgu miś.
- Hej, hej, hej! - odkrzyknął pozdrowienie Mikołaj a reny w odpowiedzi zarżały tak głośno, że z dachu stajni posypał się śnieg. Gdy zaprzęg zniknął już w mroku, a noc stawała się coraz mroźniejsza, dwójka przyjaciół wróciła do domu, gdzie już od dawna czekał na nich pełen niespodzianek sen. Tymczasem Mikołaj coraz wyżej i dalej wzlatywał ze swoim zaprzęgiem, a pod nim przesuwały się światła mijanych miast, głębokie oczy jezior, szeroko rozlane lasy i pełne piasku pustynie. I pewnie ten wieczór byłby podobny do tysiąca poprzednich wieczorów, gdyby .... No właśnie! Gdyby nie kot! Pamiętacie, jak miś przygotowywał sanie do jazdy? Tak, tak. Właśnie wtedy, gdy wszyscy zajęci byli przygotowaniami do drogi, nie zauważony przez nikogo, mikołajowy kocur wlazł do sań i szybko ukrył się w worku. No i siedział tam sobie jakiś czas. A ponieważ bardzo był ciekawski, to w pewnej chwili, gdy zaprzęg sunął już po niebie, rozsunął nieco sznurek i ostrożnie wyjrzał z worka. To co zobaczył zachwyciło go! Bo i gwiazdy, migające w oddali, i księżyc, który z tej wysokości wydawał się dużo, ale to dużo większy, no i do tego, galopujące w powietrzu reny. Powiadam wam, coś wspaniałego! Kocur, rozejrzał się dookoła i zaraz pomyślał sobie, że Mikołaj jest zbyt zajęty, aby go zauważyć. Wystawił więc najpierw łepek z worka, a po chwili wylazł zeń cały. I wyobraźcie sobie, że, w tej właśnie chwili, ze świstem przeleciała tuż obok niego mała gwiazdka z długim, jak grzywa konia, warkoczem. Kot, zupełnie nie przyzwyczajony do takich widoków, wystraszył się a jego futerko zrobiło się sterczące jak zęby grzebienia. Mocno wystraszony zamiauczał przeraźliwie: - Miau, miau! I wcale nie myśląc o tym co robi, wskoczył na grzbiet jednego z renów. Kometka, bo to właśnie on był najbliżej sań, wystraszył się nie mniej, niż przed chwilą kot. Zarżał niespokojnie i pędem rzucił się naprzód. Sanie poszybowały szybciej niż zwykle, a leżący na tylnym siedzeniu worek przewrócił się na bok. I stało się nieszczęście. Z rozsuniętego worka zaczęły wysypywać się prezenty. Szybowały w dół, nie zważając na nikogo i na nic. Na szczęście Mikołaj szybko to zauważył i natychmiast zatrzymał zaprzęg. Odłożył wodze, zajrzał do worka i przeraził się.
- Ojej! - zawołał. No i co to będzie? Prawie połowa prezentów wysypała się z worka! Westchnął, zamyślił się i podrapał się w głowę.
- I co tu robić? - powiedział do siebie. A kot, z minką niewiniątka, wskoczył na jego kolana, i mrucząc ocierał się o poły mikołajowego płaszcza. Mikołaj nie miał jednak ochoty na zabawę.
- Oj, kocie. Zachciało ci się zabawy więc będziesz ją miał! Kot, nieco zaniepokojony tymi słowy, udał, że nie słyszy, i wygodnie rozsiadł się w saniach.
- To nie pora na leniuchowanie! O nie! No, szybko kocie. Pomożesz pozbierać mi te prezenty! I Mikołaj, mocniej opatulił się płaszczem, bo zimno było jak nigdy, mocniej też nasunął czapkę na głowę, aż wiszący na jej końcu dzwoneczek, radośnie zadzwonił.
- No już, wyskakuj z sań - powiedział do kota - Bo jeszcze chwila i nie znajdziemy już żadnej paczki. I Mikołaj wyskoczył z sań. Nie za bardzo spodobało się to kotu, ale co miał zrobić? Wyskoczył zaraz za Mikołajem i zaczął łowić porozrzucane prezenty. Wyglądało to nawet dość zabawnie, bo kot czaił się na prezenty, tak jak zwykle czaił się na myszki. Dzięki temu, łatwo mógł je złapać, choć muszę wam powiedzieć, że wcale nie było to takie proste. Prezenty, bowiem, jak prawdziwe myszki, uciekały to tu, to tam, i powiewając czerwonymi wstążeczkami, szybowały po czarnym niebie. Na szczęście łatwo było je odnaleźć, gdyż zapakowane były w kolorowy i błyszczący papier. A gdy wszystkie wysypane z sań paczki zostały odnalezione, złapane przez kota i zapakowane do worka, sanie znowu ruszyły w drogę. Mikołaj był zdenerwowany, gdyż cała ta przygoda zajęła im wiele czasu. Nazbyt wiele, jak na tę jedną noc.
- Oj! - mówił do siebie. Zostało już tak mało czasu - i co i raz, spoglądał na zegarek.
- Oj kocie, kocie! Nawet jeżeli mi pomożesz, to i tak nie zdążymy przed świtem – wzdychał - Czasu, niestety, nie da się dogonić. Kot, jak to kot, uśmiechnął się i potarł łapką wąsy.
- Nic nie wiadomo - powiedział nagle bardzo tajemniczo. Podniósł łapkę do góry i dodał:
- Chyba mam pewien pomysł. I zaraz zawołał w śnieżną dal, a echo natychmiast mu odpowiedziało.
- Hej Czasie! Pomóż nam Prosimy cię! I wiecie co się stało? Czas posłuchał kota. Na tę jedną, jedyną chwilkę zatrzymał się. Poczekał, a potem pomyślał i wymyślił coś bardzo dziwnego. Coś, czego nigdy dotąd nie było. Wymyślił różny czas dla różnych miejsc. A to wcale nie było takie łatwe. Ale Czas zrobił to, bo żal mu było i Mikołaja i dzieci. I dopiero wtedy, Mikołaj już całkiem spokojnie mógł rozwozić swe prezenty. A wszędzie tam gdzie pojawił się ze swym zaprzęgiem, tam buzie uśpionych dzieci uśmiechały się radośnie, a ręce wyciągały po wysypujące się z worka prezenty. Mikołaj zaglądał w każde okno i w każdy komin. A tam gdzie był, zostawiał albo na parapecie, albo pod poduszką, lub w zawieszonej na oparciu krzesła skarpecie, prezent od siebie i swych przyjaciół, oraz garść księżycowego pyłu na szczęście. A nad ranem, gdy podróż dobiegła końca, Mikołaj skierował reny ku północy. Tam, gdzie uśpiony przez noc, pochylony pod śniegowym puchem, czeka jego niewielki domek. I dwójka najlepszych przyjaciół.





2007-07-30 15:23:35

2007-07-30 15:19:42

2007-07-30 10:14:05

Generate Your Own Glitter Graphics @ GlitterYourWay.com - Image hosted by ImageShack.us

2007-07-30 10:11:13








Get a scroller sign at http://www.glitteryourway.com

2007-07-29 17:11:45
żurawina





2007-07-29 17:11:17
Wiśnie





2007-07-29 17:10:56
Winogrona





2007-07-29 17:10:31
Truskawki





2007-07-29 17:03:36
sliwki





2007-07-29 17:03:13
Poziomki





2007-07-29 17:02:53
porzeczki





2007-07-29 17:02:23
Pomarańcz





2007-07-29 17:02:00
Pomelo





2007-07-29 17:00:59
Papaja





2007-07-29 17:00:31
Nektarynki





2007-07-29 16:59:55
Morela





2007-07-29 16:59:31
Melon





2007-07-29 16:59:10
Mango





2007-07-29 16:58:48
Mandarynki





2007-07-29 16:57:52
Maliny





2007-07-29 16:57:27
Jerzyny





2007-07-29 16:57:08
Grejfrut





2007-07-29 16:56:44
Granat





2007-07-29 16:56:25
Figi





2007-07-29 16:55:56
Daktyle





2007-07-29 16:55:37
Czereśnie





2007-07-29 16:55:16
cytryna





2007-07-29 16:54:58
Brzoskwinia





2007-07-29 16:54:34
Borówki





2007-07-29 16:53:53
Awokado





2007-07-29 16:53:28
Agrest





2007-07-26 10:47:41
Arbuz





2007-07-26 10:46:21
Kiwi





2007-07-26 10:45:16
Ananas





2007-07-26 10:44:17
Banan





2007-07-26 10:43:36
Gruszka





2007-07-26 10:42:57
Jabłko



2007-07-25 22:45:55
Aforyzmy

Miłość nie polega na wzajemnym wpatrywaniu
się w siebie, ale wspólnym patrzeniu w tym samym kierunku.


Antoine de Saint-Exupéry


Miłość jest męką, brak miłości śmiercią.


Marie von Ebner-Eschenbach


Miłość jest niepojęta dla tych, co jej nie
dzielą.


François Rene de Chateaubriand


Prawdziwa miłość przenika tajemnice i
samotność kochanej osoby, pozwalając jej zachować swoje sekrety i pozostawia
jej wewnętrzną wolność.


Thomas Merton


Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez
miłości w szczęściu.


Selma Lagerlöf


Są ludzie, którzy nigdy by nie byli
zakochani, gdyby nie słyszeli o miłości.


François de La Rochefoucauld


Miłość platoniczna jest to udawanie przed
samym sobą, że rewolwer jest nie nabity.


William Somerset Maugham


Nieszczęśliwie zakochany jest jak przedsiębiorca,
który wciąż dopłaca do deficytowej imprezy, żeby nie stracić tego, co już
zapłacił.


Hugo Dionizy Steinhaus


Kto prawdziwie kocha, ten nie troszczy się o
nagrodę za swą miłość, lecz tylko o to, by kochać coraz lepiej.


Zbigniew Trzaskowski


Szczęście w życiu nie polega na tym, żeby
być kochanym. Największym szczęściem jest kochać.


Sigrid Undset


W reumatyzm i prawdziwą miłość wierzy się
dopiero wtedy, gdy jest się przez nie nawiedzonym.


Marie von Ebner-Eschenbach


W chwili, gdy poczujesz w sercu miłość i doświadczysz
jej głębi, odkryjesz, że dla ciebie świat nie jest już taki sam, jaki był
do tej pory.


Jiddu Krishnamurti


Piekło to ledwie niemożność miłości


Cyprian Kamil Norwid


Miłość jest czymś najmocniejszym na świecie,
a jednak nie można wyobrazić sobie nic bardziej skromnego.


Mahatma Gandhi


Powietrze, światło, odpoczynek uzdrawiają,
lecz największe ukojenie płynie z kochającego serca.


Theodor Fontane


Kochać i być kochanym to tak, jakby z obu
stron grzało nas słońce.


Dr Davis Viscott


W miłości pragniesz, by ci wierzono; w
przyjaźni, by cię rozumiano.


Marcel Achard


Miłość jest pragnieniem, by komuś coś
dawać — a nie otrzymywać.


Bertold Brecht


Człowiek bez miłości jest zgubiony w świecie
obcych i wrogów.


Lew Tołstoj


Nie żył ten, kto nie kochał i nie znal miłości.


J. Gawinski


Łatwiej zakochać się, nie kochając, niż
odkochać, kiedy się kocha.


François de la Rochefoucauld


Miłość istnieje tylko dla tych, którzy o
niej myślą.


Marcel Achard


Miłość jest znalezieniem siebie zewnątrz
siebie.


J. Kremer


Miłość to dwie samotności, które spotykają
się i wzajem wspierają.


Rainer Maria Rithe


Z miłością jest jak z masłem. Od czasu do
czasu trochę chłodu utrzymuje je w świeżości.


Marcel Achard


Miłość przekształca duszę na podobieństwo
osoby ukochanej.


Samuel Taylor Coleridge


Każda kochana kobieta jest księżniczką w
oczach tego, kto się o nią ubiega, i w swoich własnych.


Karel Čapek


Miłość zaczyna się rozwijać dopiero wówczas,
gdy kochamy tych, którzy nie mogą się nam na nic przydać.


Erich Fromm


Kto nie umie kochać, musi się uczyć
pochlebstwa, inaczej nic nie zwojuje.


Johan Wolfgang Goethe


Kto mniema, że kocha swą ukochaną dla niej
samej, bardzo się myli.


François de La Rochefoucauld


Każdy zakochany jest poetą.


Platon


Jeśli trzymasz miłość zbyt słabo, odleci;
jeśli ją ściśniesz za mocno, umrze. Oto jedna z zagadek.


Tom T. Hall


Nikt nie wydaje się bardziej obcy niż ktoś,
kogo się kiedyś kochało


Erich Maria Remarque


Nic łatwiejszego niż zmienić kobietę
przeciętną w wyjątkową. Wystarczy ją pokochać.


Sauvajon


Jeżeli chcesz być kochany, kochaj sam.


Seneka Młodszy


Mówi się, że kobiety kochają tych, którzy
je kochają. To nieprawda. Ulegają one temu, kto im mówi, że ulegną.


Lew Tołstoj


Tragedia: zakochać się w twarzy, a ożenić
się z całą dziewczyną.


Julian Tuwim


 


2007-07-25 22:29:31



to jest ten większy. One oczywiscie lepiej wyglądają w realu





2007-07-25 22:28:41
AGA TO TE SWETERKI :))))))


To jest ten mnijszy





2007-07-25 22:08:00

O TYM CZY I KIEDY SIę ZENIć


Kto się żeni, dobrze czyni a kto się nie żeni, lepiej czyni.

Ożenienia ani radź, ani odradzaj, ani broń, ani przymuszaj.

Kto się źle ożeni, ten cierpi póki żyje.

Jak się ożenisz, tak się wyśpisz.

Kto chce żyć spokojnie w małżeństwie, niech się nie żeni.

Ni to sprzedać, ni wymienić, lepiej się było nie żenić.

To się już nie zmieni, że chłop łaje dziewki, a przecież się żeni.

Człowiek z przyrodzenia jest żeński (tzn. stworzony do żeniaczki).

Żeń się oczyma i uszyma.

Kto się chce żenić, a wiele przebiera, ten najczęściej diabła w dom dostanie.

Źle wyboru nie czynić, źle nadto wybierać.

Kto nisko mierzy, nie trafi wysoko.

Jeden pacierz przed wojną, dwa płynąc na morze, a kiedy masz się żenić, odmów trzy niebożę.

Jeszcze nie płakała ta, co się wydała, jyny ta, co zustała.

Jeszcze nigdy nie płakała, swobodnóm zustała.

Kto się wcześnie żeni, wcześnie łysieje.

Kto się zbyt młodo żeni, ten wolności nie ceni.

Ożenienie za wczesne często bywa bolesne.

Zwłoka w ożenieniu zawsze bywa szkodna.

Każdy powinien przed ożenkiem trzy lata szaleć.

Do trzydziestu lat człowiek żeni się sam, po trzydziestce ludzie go żenią, a po czterdziestu żeni go diabeł.

Kiedy się kto żeni, jak lat czterdzieści minie, to jakby po świętym Marcinie.

Kiedy się stary z młodą ożeni, tedy właśnie jakoby w stary wóz szalone konie założył.

Z młodym stara - śmieszna para, stary z młodą grozi szkodą.

Kto późno żeni się, ma wczesne sieroty.

Porachuj i ty sobie pierwej zęby, niźli po żonę wyślesz dziewosłęby.

Pobierają się stare kości, więcej sromu niż miłości.

Ożenił się stary z młodą, ucierał jej gębę brodą.

Jak się stary z młodóm żeni to się diabeł raduje.

Wzdychać do miłości, gdy na głowie zima, to znaczy gryźć orzechy, kiedy zębów ni ma.

Chłopiec za pługiem chodzi, dziewczyna się rodzi, zań wydać się godzi.

Ożeń syna, kiedy zechcesz, a wydaj córkę, kiedy możesz.

Żeń się blisko, a kradnij daleko.

Lepiej się utopić na głębokiej wodzie, niżeli się ożenić w byle jakim rodzie.

Kto się żeni, niech się poradzi kieszeni.

Na świecie nie ma większej nędzy, jak żenić się dla pieniędzy.

Czy kulawy, czy garbaty, byle był bogaty.

Ożeniłby się i z kozą, byle miała pieniądze.

Bogactwo z ogromnym trzosem kojarzy babę z młokosem.

Kiedy goły z bosą się ożeni, to dzieci złodzieje.

Dobrała się bieda z nędzą, małe biedki wnet napędzą.

Nędza nędzę pojęła, spodziewaj się trzeciej.

Ożenił się kołodziej, pojął murwę, sam złodziej.

Dwie wiary pod jedno pierzyno nigdy się nie zgodzo.

Co się źle złącza, dobrze się rozwodzi.

Ożenił się ulęgałka, pojął sobie zgniłkę.

Ożenił się z biedą, wziął w posagu kłopot.

Ożenił się z gołą rzycią.

Zakochał się w ładnej twarzy, ożenił się z dupą.

Widziały gały, co brały.

Ożenił się Kuba kóli opierunku.

Gdy się zalecał, czterema końmi latał, a jak się ożenił, czapką portki łatał.

A jak konkuruj o, cukierki kupuj o, a jak się ożenią, to chleba żałuj o.

Kiedy ona mnie chce, to ja się też z nią nie ożenię.

Gdzie baba rai, tam diabeł żeni.

Chcesz, żeby cię chwalono, umieraj, chcesz, żeby cię ganiono, to się żeń.

Ożeń się, będziemy mieli żonę.

Jak się dwa z chałupy na raz żynióm, abo wydawaj óm, to jedyn z nich sie mo potym dycki źle.

Kto się ożeni, to się odmieni.

Każdy się zmieni, kto się ożeni.

Kto samotny, ten markotny.

Każda Kaśka trafi na swego Jaśka.

Wilczysko się ożeniło, oczy opuściło, au, au,
lepiej przedtem było.

2007-07-25 21:59:12

O MężACH



Nie trzeba męża mierząc po urodzie.

Nie to mąż, co zwykł zamki obronne wojować, ale ten, co umie swoje afekty miarkować.

Niebyłbyś nigdy świętym, gdybyś się nie żenił.

Mąż stale trwały znieść wszystko gotowy.

Dobry mąż dla żony, dobry ojciec dla dzieci.

U dobrego męża żoneczka jak róża, a u złego draba we trzy lata baba.

Lepszy mąż bez miłości, niż pełen zazdrości.

Poty mąż żony po śmierci żałuje, dopóki się kapusta w garnku nie ugotuje.

Poty mężowska żałoba, póki nie wstawią żony do groba.

Mąż żonę oszlachca.

Chceszli mieć co tajemnego, nie zwierzaj się żonie z tego.

Żadnym sposobem nie da się wiedzieć: ślad orła po powietrzu, ślad po skale węża, droga z młodu męża.

Koło kraku, kołu bzu, nie wierz mężczyźnie jako psu.

Niedobrze tam, gdzie mąż w spódnicy, a żona w gatkach chodzi.

Mąż głową domu, a żona szyją.

Nie tak sromota, gdy mąż sam przez się błądzi, jako gdy niewiasta mężem swoim rządzi.

Gdzie mąż stary, żona młoda, każe czepiec, słucha broda.

Mąż i żona to dwa ciała, a jedna dusza.

Mąż i żona od Boga przeznaczona.

Mąż i żonka to jedna kieszonka.

Mąż doradza, a przy żonie władza.

Mąż i żona, kruk i wrona.

Mąż rogaty diabłu oddaje żonę w swaty.

Mąż z jelenimi rogami.

Mąż obraca rożen, a gach je pieczenie.

Mąż z żoną we dnie się pokłócą, a w nocy pogodzą.

Miły w tym domu pokój przemieszkuje, gdzie mąż przygrywa, żona przyśpiewuje.

Nie śpiewaj przy jedzeniu, bo twoja żona będzie miała głupiego męża.

Byk pobodzie, kokot podziubie, gonsior uszczypie, kaniec ugryzie, a chłop miołby być dobry?

Kiedy mąż żony nie bije, to w niej wątroba gnije.

Choć gryzie i kopie, ni ma jak przy chłopie.

Niedobrze tam, gdzie mąż żonie w garnki zagląda.

Co mąż to wąż, co żona, to męczeńska korona.

Jaki pan mąż, podobnaż pani żona.

Jagżeś żadnymu, chłopie, nie ulegoł, to ulegniesz babie.

Nie masz na świecie małżonka, na którego by nie krakała żonka.

I mądry mąż zgłupieje przy złej, zrzędnej żenię.

2007-07-25 21:58:12

O GRZECHACH I GRZESZENIU


Kto z was bez grzechu, niech kamieniem rzuci.

Gdy grzech kogo opanuje, wnet mu i zmysły i rozum popsuje.

Dwakroć grzeszy, kto się grzechu nie wstydzi.

Kto za grzech nie żałuje, myśli go powtórzyć.

Kto się grzechu swego kaje, za karanie mu to staje.

Gdzie trzech, czterech siędzie, bez grzechu śmiertelnego pewnie tam nie będzie.

Jedna a jedyn, to już jakby trze.

Tak to na świecie: gdzie jest dwoje, tam i trzeci.

Jak ciemno, to przyj emno.

Kto śpi, ten nie grzeszy, a kto nie grzeszy, Pana Boga chwali.

Osobność powód do grzechu.

Na samotności najwięcej ma przystępu pokusa.

Modły, różaniec, koronki często są grzechu osłonki.

Grzech dobrowolny, karania godny.

Grzechy spać spokojnie nie dają.

Kto w ciężkim grzechu, temu nie do śmiechu.

Do tego nas chętka ciągnie, co się nie godzi.

Kieby nie grzech, to by człowiek dawno zdechł.

Nie grzeszyć trudno człowiekowi na świecie.

Nie kuś, Kasiu, Jasia.

Kto z młodu się nie wyszaleje, musi na starość.

Nie sztuka nie grzeszyć, gdy nie możesz.

Żałuje za grzechy, kiedy już grzeszyć nie może.

Co za młodu zgrzeszysz, na starość odżałujesz.

Grzechy młodości karze Pan Bóg na stare kości.

Jak głowa siwieje, to dupa szaleje.

Bies się ucieszy, kiedy stary zgrzeszy.

W starym ciele diabeł miele.

Przez co kto grzeszy, przez to bywa karany.

Grzeszyć niedrogo kosztuje, a słodko smakuje.

Cierp ciało, kiedy ci się chciało.

Zakazany owoc najlepiej smakuje.

Grzech się nigdy nie utai.

Kto przez kogo zgrzeszy, temu się do niego spieszy.

Lepiej grzeszyć, a potem żałować, niż żałować, że się nie grzeszyło.

Lepiej nie grzeszyć, niż pokutować.

Ciało, ciało co wyrabiało, o duszy swej nie pamiętało.

Cierp ciało, kiedyś grzeszyć chciało.

Grzech bardziej trapi duszę, niż choroba ciało.

Co ciało lubi, to duszę gubi.

Młodość musi się wyszumieć.

Rozpustnej młodości przypłacisz w starości.

Krew nie woda, majtki nie pokrzywa.

Co złapiesz, to twoje.

Od umizgów i śmiechu przyjdzie często do grzechu.

Śmiech i grzech niedaleko od siebie chodzą.

Łacniej cudzy grzech ganić, niż się w swoim poprawiać.

Każda pociecha nie jest bez grzecha.

Na czym polega mój pech, że cnota mi śmierdzi, a pachnie mi grzech.

Ten się najlepiej cieszy, kto uciechą nie grzeszy.

Nie ma tam grzechu, gdzie trochę śmiechu.

Nikt nie broni wesołości, byle była w poczciwości.

Gdzie swawola panuje, tam niewinność szwankuje.

W czym smaku nie czujesz, w tym grzechu nie masz.

Zgrzesz sto razy przed Bogiem, Bóg ci wybaczy, ale ani razu przed ludźmi, bo ci tego nie darują.

Z niczego dewotka tak się nie cieszy, jak gdy się dowie, że ktoś drugi zgrzeszy.

Gdyby starsi nie igrali, skąd by się młodzi brali?

Dy sie dwa jednacy zapomniom, baba je dycki gorszo.

Kaśka za piec, Maciek za nią, wywrócili ocet z banią.

Takiej dostał dziwnej manii, że chciał tylko do Stefanii.

2007-07-25 21:50:54

O SERCU GORąCYM



Serce nie sługa, rozkazać mu trudno.

Serce nie sługa, nie zna co to pany.

Serca się nie podbija taranem, ale dobrocią.

Serce boli, gdy nie powoli.

Serce gorsze od narowistego konia.

Serce moje i twoje, Boże, połącz oboje.

Serce na obiad, serce na wieczerzę to mdła potrawa.

Serce pewny prorok, a nigdy nie myli.

Serce tam patrzy, gdzie oko nie może.

Bez serca, jak wiecie, trudno żyć na świecie.

Gdzie serce tam i szczęście.

Oczy w miłości są posłance serca.

Miej serce i patrzaj w serce.

Ręka dla każdego, serce dla jednego.

Ręce zimne - serce gorące.

Grzeczność - witrych do serca.

Przez żołądek do serca.

Na ten lep biorą się czcze serca.

Co raz przywarło do serca, trudno odskrobać.

Tam się bywa, dokąd serce ciągnie.

Dwa serca związane, wrzucony klucz w morze, nikt nas nie rozłączy,

tylko ty o Boże.

Serce z rozumem rzadko się zgadzają.

Trudno sercu kazać przestać kochać.

Gdy serce nie chce, rozum nie pomoże.

Nietrudno się omylić, kiedy serce radzi.

Co w sercu, to się na twarzy wybija.

Gdy serce smutne, nie chce się niczego.

Co w sercu mają, to usta prawią.

Jak w sercu, tak i w głowie.

Inaczej serce żąda, inaczej myśl sądzi, inaczej świat spogląda, inaczej los rządzi.

Lepsze serce gorące niż pieniążków tysiące.

Nie idzie się za krwią, ale za sercem.

Łatwiej żelazo skruszyć, niż nieczułe serce.

Póki serce żywo bije, poty człek szczęścia użyje.

Człowiek bez cnoty, uroda bez serca, serce bez siły, za nic nie stoją.

I tego Wenus niepomału łechce, kto ma twarz szpetną, a miłosne serce.





2007-07-25 21:48:30

O DOBRYCH żONACH


Żona mężowi korona.

Komu Bóg dobrą małżonkę zdarza, lat mu we dwoje przysparza.

Ptak w klatce, ryba w sadzawce, człowiek bez żony mają świat zmierzwiony.

Szczęśliwy na wszelką stronę, który pojmie dobrą żonę.

Snadniej o łabędzia czarnego i kawkę białą niż o dobrą żonę.

Ucho, nie oko ma wybierać żonę.

Kto żony szuka, węchu pożycz u kruka.

Żonę gładką, rozsądną, wstydliwą, majętną, równą w urodzeniu obieraj zawżdy.

Żonęś pojął z wielkim wianem, wiedz, że nie będziesz jej panem.

Bieda człowiekowi bez żony, ale biedniej bez mamony.

Bodaj ten był w prędkiej nędzy, co wziął żonę dla pieniędzy.

Rzemieślnikowi przed czasem nie płać, koni na bórg nie przedawaj, żony bez posagu do domu nie bierz.

Lepiej wziąć skarb w żonie, niż za żonę.

Nie namawiaj komu żony, bo to towar uprzykrzony.

Gdzie się diabeł zakorzeni, to tam się chłop z babą żeni.

Pierwsza żona od Boga, druga od ludzi, trzecia od diabła.

Pierwsza żona sługa, druga przyjaciółka, a trzecia pani.

Chłopu żona nie umiera, tylko dzieciom matka.

Choćby żona była z nieba, jednak ją miłować trzeba.

Śmierć a żona od Boga przeznaczona.

Dobra żona perła droga, dana od samego Boga.

Dobra żona tym się chlubi, że gotuje co mąż lubi.

Dobra żona to wielkie błogosławieństwo, zła żona to wielkie przekleństwo.

Z żoną, doktorem i księdzem w zgodzie trzeba żyć.

Gdzie zła żona, tam piekło w domu.

Zła żona, zły sąsiad, diabeł trzeci - jednej matki dzieci.

Nędznik w każdą stronę, który ma złą żonę.

Dym, dach dziurawy, zła żona najrychlej wypędzą z domu.

Niechby tego psi kąsali, kto się od żony oddali.

Z żoną i kucharzem nie kłóć się przed obiadem.

Konia nie bij, sługi nie lżyj, żony nie drażnij - chceszli mieć z nich statek.

Gdy na dziewczynę zawołają: żono! - już ją żywcem pogrzebiono.

Na żonie stoją trzy węgły domu, a czwarty na mężu.

Kto chce pojąć żonę, ma obmyślić chatkę.

Kto pojmuje żonę, już ten kłopot miewa, ale zaś bez onej dom niespory bywa.

Jak drzwi, które nie skrzypią, tak żona, która milczy, najprzyjemniejsza.

Kogo słudzy rządzą, żona łaje, buty trą, już ten na poły zdechł.

Lepiej być pod pantoflem żony, niż pod stołem kochanki.

Nie trzeba mu psa, bo go własna żona obszczeka.

Gdy stary pojmuje młodą oblubienicę, zasiewa dla cudzych wróblów pszenicę.

Kto ma zegar, dom stary, który chce naprawy, żonę do tego młodą, dość ten ma zabawy.

Lepiej u starego pod brodą, niż u młodego pod kijem.

Wino stare, szczuka stara, tym nie szkodzą lata, ale kto starą żonę pojmie, temu szkoda świata.

Młoda żonka staremu karoca do nieba.

Lepiej starego dźwigać, niż młodego ścigać.

Młodsza żona prowadzi do śmierci, starsza do rozumu.

Stare wino, żona młoda życia doda.

Nie nocuj nigdy w gospodzie, gdzie gospodarz jest stary, a żona młoda.

Papieru do wody, pióra do ognia, księdza do żony nie przytykaj.

Jak ogień bywa z wodą, tak i stary z żoną młodą.

Chłopa nie cyganić, ale mu prawdy nie mówić.

Gdzie żona panuje, tam mąż pokorny.

Biada temu domowi, gdzie żona przewodzi mężowi.

Szpetnie, gdy za łeb kokosz kura wodzi.

Źle, gdy kura wyżej siada niż kogut.

Ciężkie ten nosi ciężary, który miewa z żoną swary.

Stare przysłowie, że źle w tym domu się dzieje,

gdzie pituch (kogut) jajca niesie, a kwoka zań pieje.

Każda żonka kracze na małżonka.

Od procesów, długów i złej żony zachowaj nas, Boże.

Żona strojna i łakotka obżarta - zguba gospodarstwa.

Nieszczęście półnieszczęściem bywa razem z żoną, a radość z nią dzielona zawsze podwojoną.

W pragnieniu woda, w żniwa pogoda, jedzenie w głodzie, przyjaciel w przygodzie, kasza osolona

i poczciwa żona - rzeczy pożądane.

Gdziekolwiek, byle z mężem.

Koń jeźdźcem, żona mężem stoi.

Miły mi brat i swat, ale milsza żona.

Konia i żonę bardzo trudno dostać bez wady.

Konia odmienisz, kiedyć się nie zdaje, grunt sprzedasz, jeśli skąpy w urodzaju, niesporną żonę, chociaż ci mózg wierci, musisz niebożę cierpieć aż do śmierci.

W cudzą żonę diabeł włożył dwie łyżki miodu, a w ślubną tylko jedną.

Gość w dom, pilnuj żony.

Kiedy męża nie ma w domu, żony nie trza szukać nikomu.

Przed gościem żony nie chwal, czeladzi swej nie zalecaj.

Żona ładna zawsze zdradna.

Ładna żona jak groch przy drodze.

Kiedy nie chcesz być skrzywdzony, nie trzymaj w oknie złota i urodnej żony.

Oddawa to Pan Bóg snadnie, która żona z mężem zdradnie.

Jak nie ma w domu chłopa, zgłupieje i Penelopa.

Białogłowa, która po ranu nabożna, u stołu mądra, na pokoju piękne pieścidło, szkoda nią gardzić.

Na gładką żonę patrząc syt nie będziesz.

Biada, u kogo żona blada, a u kogo rumiana, mówią że pijana.

Biedna żona taka, która ma pijaka.

Rzeczpospolita i żona przez dwóch źle bywa rządzona.

Żony bez siebie do przyjaciół nie puszczaj.

Żony, brzytwy i koni nie pożyczaj.

Konia, lulki i żonki nie pożyczaj, bo znarowią.

Z łaski kochanej żony już rogów dostajesz.

Strzelba, koń i żona - rzecz niepożyczona.

Złej żony nikt nie ustrzeże, by ją wsadził na wierzch wieże.

Nie oddawaj stróża żonie, bo i stróże są złodzieje.

Trzy rzeczy pokazywać w oknie źle się zdarza, to jest: żony, krzesiwa, tudzież kałamarza; żonę kto upodoba, krzesiwo zmięknie je, kałamarz z surowego powietrza zblednie je.

Nie pożądaj żony bliźniego swego nadaremno.

Trzy rzeczy żadnego nie przynoszą pożytku: cudze pieniądze liczyć, cudzego psa karmić i cudzą żonę obłapiać.

Kochaj żonę całą duszą, a trząś nią jak gruszą.

Zachciało się kozie męża, poszła za wilka.

Żona jak mięta, im mocniej ją się mnie, tym więcej pachnie.

Łacno na kieł weźmie chłop, gdy mu raz pofolgujesz.

Wstydliwa żona i męża się wstydzi.

Żona nie ma nic własnego abo przed mężem skrytego.

Żony trzeba dwa razy słuchać: raz jak woła: chodź jeść, a drugi raz: chodź spać.

Żona bez dzieci jak bez ryb sieci.

Do pracy są zwykłe dzionki, a niedziela dla małżonki.

2007-07-25 21:41:40

TEśCIOWYCH, TEśCICH I ZIęCIACH


Teściowa jeST zimną matką.

Gdzie matka chowa synowe, tam w domu piekło gotowe.

Matka mężowa - głowa wężowa.

Gdy małżeństwo niezgodne - teściowa kością w gardle.

Zła teściowa jad żmii w sobie chowa.

Matka mężowa - skóra jeżowa; bratowe - kątowe (bratowie - katowie); siostry - miecz ostry; ciotki kumoszki - ze szpilek pończoszki; lecz za wszystko stanie teściowe kochanie.

Nikt tak dobrze nie potrafi współżyć z teściową, jak ona sama ze sobą.

Szanuj zięcia dla dziecięcia.

Kto ma dobrego zięcia, zyskał syna, kto złego stracił, zyskał córkę.

Mój zięć zjadł diabłów pięć.

2007-07-25 21:40:43

O MIłOSCI, MIłOWANIU, SZCZEśCIU I NIESZCZęśCIU



Miłość jest zagadką wszechczasów.

Naszym powołaniem jest miłość.

Gdybym miłości nie miał - byłbym niczym.

Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest.

Miłość jest królową cnót wszystkich.

Miłość nie potrawą, ale przyprawą życia.

Miłość jest jak ospa - każdy ją przejść musi.

Miłość jest niby rów: kto w nią wpadł, bywa zdrów.

Miłość jest jak cień człowieka, kiedy ją gonisz, ucieka, kiedy uciekasz, to goni.

Miłość jest ślepa, ślub jej wzrok przywraca.

Miłość zdrowy rozsądek odejmuje.

Miłość zaślepi, gdy się komu w łeb wrzepi.

Miłość jest uparta jak koń narowisty, a kapryśna jak dziecko.

Miłość, śmierć i sraczka przychodzą znienacka.

Miłość je sto razy gorszo niż wściekłość, bo od wściekłości pomoże, a od miłości - uchowaj, Boże.

Miłość patrzy przez różowe szkła.

Miłość ma bystre oczy.

Miłość i wojna porównywa stany.

Miłość robi odkrycia, rozpusta wynalazki.

Miłość rodzi kwiaty, małżeństwo - owoce.

Miłość z małżeństwem dawno rozwód wzięła.

Miłość się przekomarza, aż klęknie u ołtarza.

Miłość sił dodaje.

Miłość stała cuda działa.

Miłość największe ciężary lekkimi czyni.

Miłość w sercu, ogień w duszy.

Miłość jest duszą mojej duszy.

Miłość wszystko słodzi.

Miłość w oczy postrzał wymierza, a w serce trafia.

Miłość wybacza, miłość wypacza.

Miłość ci wszystko wybaczy.

Miłość wszystkiego nauczy.

Miłość z obcowania rośnie.

Miłość przykrości osładza.

Miłość z miłości się rodzi.

Miłującemu nic nie ciężko.

Miłość jest gorączką rozumu.

Miłość o rozum nie pyta.

Człowiek nie jest drugiemu człowiekowi nic dłużny, oprócz miłości.

Miłość każdego ruszy.

Na jednym tronie nierada miłość z powagą zasiada.

Na śniadanie miłość, na obiad miłość, na wieczerzę miłość.

Z wielkiej miłości blisko do mdłości.

Miłości się sprzeciwić trudno.

Trudno miłość zataić.

Dość ten bogaty, kto miłość posiada.

Miłość lwom srogość odejmuje.

Do miłości nie trzeba gładkości.

Miłość mężczyźnie wchodzi przez oczy,

a kobiecie przez uszy.

Miłość nie zna niebezpieczeństwa.

Bez miłości nie ma życia.

Od miłości jeszcze nikt nie umarł.

Gdy miłość zaboli, tylko śmierć uleczy.

Miłuj, ale kogo - upatruj.

Miłości tam patrzeć, gdzie w nadobnym ciele

cnota z rozumem gniazdo sobie ściele.

Nie każdy miłuje, co szanuje.

Nie igra się z miłością.

Nie ma miłości bez boleści.

Jak do ryby pieprzu, tak do miłości łez potrzeba.

Nie ma miłości bez poufałości.

Nie ma miłości bez zazdrości.

Gdzie najwięcej kłótni, tam najwięcej miłości.

Gdzie nie ma szczerości, tam nie ma miłości.

Młodość bez miłostek, jarmark bez złodziejów, stary Żyd bez pieniędzy, stodoła bez myszy, futro stare bez molów, stary kozieł bez brody, dewotka bez plotek - rzecz osobliwa.

Każdy w młodości skłonny do miłości.

W miłości oboje nawzajem obdarowują się tym, co najmilsze.

Jak się zejdą stare kości, więcej smrodu niż miłości.

Miłość w leciwym człowieku większe błazeństwo jest niż co innego.

Miłość z ludzi błaznów robi.

Nie dadzą się ukryć szydło w worze, miłość i kaszel.

Wielkie bogactwo, wierna miłość, ciężka choroba i zranione sumienie nie mogą być utajone.

Co najbarziej miłujesz, straciwszy, barziej poczujesz.

Jeśli tego miłujesz, kto cię nie miłuje, ty swą miłość tracisz, a on z ciebie błaznuje.

Kto miłuje bliźniego, będzie miłowan od niego.

Kto miłuje bliźniego jak siebie samego, dozna szczęścia podwójnego, za siebie i za niego.

Kto miłuje bywa zdrów.

Kto z miłości chory, temu nie pomogą doktory.

Miłość i panowanie nie chcą kompanii (towarzystwa).

Przyj acielstwo a miłość wielkiej liczby nie lubi.

Słońcu i miłości nigdy się w oczy nie patrzy.

Pierwsza miłość jak żmija, dręczy człeka i zabija.

Pierwsza miłość ostatnią jest szczęścia godziną.

Stara miłość nie rdzewieje.

Żar prawdziwej miłości nigdy nie gaśnie.

Kto miłuje powoli, tego głowa nie boli.

Nic mocą, wszystko miłością.

Nie gwałtem trzeba, kto chce miłości obłowu.

Miłość osła przez kopanie zaczyna się i kąsanie.

Kmieca tam miłość, gdzie przy ludziach sobie łaja, bez ludzi się obłapiają.

Czasem miłości dogryzą do kości.

Od miłego wszystko miłe.

Kto co miłuje, to i we śnie czuje.

Największa jest miłość matki, druga psia, a trzecia kochanki.

Kto do miłości skory, nie zważa na rygle i zapory.

Kto miłość nagle tłumi, ten ją więcej szerzy.

Kto kogo miłuje, wad jego nie czuje.

Nic tak nie zaślepia, jak szczęście lub miłość.

Prawdziwa miłość miewa zawiązane oczy.

Kiedy miłość szepce, rozum milczeć musi.

W miłości i w gniewie, co człek czyni, nie wie.

Gdzie miłość panuje, tam się błędu nie zna i nie czuje.

Zimne ręce, gorąca miłość.

Lustro się stłukło - siedem lat miłości bez wzajemności.

Od miłości do nienawiści jeden krok.

Nieraz z kłótni miłość się rodzi.

W złości nie ma miłości.

W miłości nie ma starości.

Jedną miłość Pan Bóg zsyła, drugą szatan gotuje w kociołku.

Co komu miłe, to miłe - choćby na poły zgniłe.

Co bywa z miłości, zawżdy bywa sporo.

Przymuszona miłość się nie darzy.

Miłość albo przyjaźń jednaka, jak marcowy lód nietrwała.

Miłość nigdy nie potępia, miłość oczyszcza i dźwiga.

Przymuszona modlitwa, przymuszona miłość i przymuszona praca psu na buty.

Przyjaźń z bo jaźnią nie stoi: nie miłuje, kto się boi.

Przyjaźń z kobietą zawsze kończy się miłością.

Miłość panieńska, szczęście w karty, łaska pańska i krasa róży - niedługotrwałe rzeczy.

Z miłości chleba nie będzie.

Miłość bez pieniędzy - wrota do nędzy.

Miłość o głodzie to kwiat, co jutro zwiędnie.

Gdy bieda wchodzi drzwiami, miłość oknem ulatuje.

Prawo bez pieniędzy, miłość o głodzie, leki bez dostatku jakoś niesmarownie idą.

Póki trzosa i mieszka staje, to miłośnica o miłości baje.

Zła miłość o głodzie.

Największa miłość przemija.

2007-07-25 21:37:12

O CAłOWANIU I PIESZCZOTACH


Nie masz kochania bez całowania.

Warto buzi dać!

Całuj, bo gęba nie placek, nic jej nie ubędzie.

Pocałuj mnie w gębę, jak łbem w piecu będę.

Jakem jedną pocałował, trzy latam się oblizował.

Miód ja w ustach czuję, jak cię pocałuję.

Całowałeś nieraz, całujże i teraz.

O luba, zaginąłem w niebie, kiedym po raz pierwszy pocałował ciebie.

A jużci, jużci, pocałuje i puści.

Pocałunek jest to zapytanie się górnego piętra, czy dolne jest do zajęcia.

Nie ten szanuje, co całuje, ale ten co w zgodzie żyje.

Nie każdy co ściska, prawdziwie lubi.

Nie utyjesz samymi całusami.

Pocałunek kobiety jest jak nektar boski.

Nie całuj i nie kąsaj.

Naj okrutniej szy taki, co gryzie, a pieści.

Chłopiec jak szklanka, a buzi daje jak cielę.

Całuj mnie na końcu grzbietowiny.

Pani łyska daje pyska, a pan Tyski zbija pyski.

Pocałunek pieszczotliwy często bywa zdradliwy.

Spanie i kochanie, najlepsze na sianie.

Pieszczota dobrego nie zepsuje, złego nie naprawi.

Kto szeleści, ten popieści.

Potrzebie łatwo dogodzić, pieszczocie trudno.

Kto się kocha w pieszczotach, próżno sławy szuka.

Dobrze to się pieścić, jak się jest gdzie zmieścić.

Z starym pieszczota, z młodym robota.

Milszy młodego uśmiech, niż starego całus.

Sercem lub, a rękami skub.

Rącki do ściskania, buzia do cmokania.

Kogo lubią, tego skubią.

Lubię cie, lubię, kaj cie chwycę, to cie skubie.

Nie skub, dopóki nie złapiesz.

Po jaju się napić, po jabłku pannę obłapić.

Chciwe dziwki na obrywki.

Choć się broni, bierz się do niej.

Ręce mają a nie macają.

Kobiety samym chuchaniem nie rozgrzejesz.

Łechciwy jak szesnostka.

Wszystko ma postać przyjemną, gdy ja z tobą, a ty ze mną.

To pieści zuchwały, co kocha nieśmiały.

Najmilsza z zaliczek - dziewczęcy policzek.

2007-07-25 21:35:11

O ZAZDROśCI I ZDRADZIE



Zazdrość jest to najbrzydsza poczwara, której cnotliwy unikać się stara.

Zazdrość z cudzego szczęścia się rodzi.

Żebyś jak śnieg była biała, to ci i tak sadzy dowidzą.

Kto komu zazdrości, nie ma w sercu miłości.

Gdyby nie było zazdrości, nie byłoby piekła.

Lepszy mąż bez miłości, niż pełen zazdrości.

Kiedy męża nie ma w domu, żony nie trza szukać nikomu.

Jak anioł miłosny, jak diabeł zazdrosny.

Dopóki go widzisz, tak długo mu wierz.

Nie wierz mężczyźnie jak psu.

Nie wierz niewieście, by też i martwa była.

Cudzemu psu, cudzemu koniowi i cudzej żenię nie trzeba dowierzać.

Zazdrosny schnie od tego, kiedy widzi szczęście drugiego.

Kto zazdrościw, sam sobie krzyw.

Boć zawżdy wspak zazdrość chodzi, a kto ją ma, temu szkodzi.

Lepiej, gdy komu ludzie zazdroszczą, jak gdy go żałują.

Wszędzie jest zdrada i w chłopskiej komorze, lecz nigdzie więcej jak na pańskim dworze.

Zdrada chodzi jak wilk w baraniej skórze.

Zdrada idzie za nieszczęściem jak pies za swoim panem.

Kto raz potrafi zdradzić, potrafi i drugi.

Gachowie ubierają pana w rogi.

Dawne to są obyczaje, zdrada zdradą się oddaje.

Zdrada na autora zawsze spada.

A który zdradza bliźniego, będzie zdradzon od drugiego.

Którzy inszym rogi przyprawiają, niech się sami nosić je gotują.

Zdrada zły koniec miewa.

2007-07-25 21:32:54
POWIEDZINKA

O KOCHANIU



Kochać, a nie być kochanym, najnieszczęśliwszym jest stanem.

Kochanie jak śmierć, nikogo nie minie.

Raz tylko w życiu kochamy i raz tylko umieramy.

Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą.

Zakochać się łatwo, odkochac się trudniej.

Kochanie gorsze niż sraczka.

Kochanie gorzej niż więzienie: z więzienia wyzwolą, z kochania nie zdolą.

Nie myśli o posagu, gdy kto kocha szczerze.

Kto kocha ten wierzy.

Zakochani mają oczy, a nie widzą, mają uszy, a nie słyszą.

Tam wiedzie myśl płocha, gdzie się kto w czym kocha.

Mówi się trudno i kocha się dalej.

Kto kogo lubi, ten tego zgubi.

Jeden lubi Zosię, a drugi Antosię.

Nie już ten kocha, co mruga.

Nie już ten kocha, co wzdycha.

Ten co nie kocho, ten wnet poniecho.

Pij piwko, rumień się, kochaj się, nie żeń się.

Im przykrzejsze rozstanie, tym milsze przywitanie.

Rozstanie za śmierć stanie.

Kochają się jak dwa gołąbki.

Gdzie się młodzi kochają, niech się starzy nie wdają.

Obojeśmy młodzi, kochać nam się godzi.

Lepsze pierwsze zakochanie, niźli z drugim ślubowanie.

Kto się kocha, ten się łocha.

Czterech rzeczy trudno zataić: ognia, świerzbiączki, kaszlu i kochania.

Kto się lubi, ten się czubi.

Kto się kocha, często szlocha.

Więcej wrzasku, niźli kociego kochania.

Lepiej się z daleka kochać, niż z bliska nienawidzić.

Kochasz - służysz, kochanyś - panujesz.

Kochanie - płakanie, a ślub - grób.

Kto cię kocha, z tobą szlocha, a jakeś wesoły, to byś skakał, podjąwszy poły.

Kto kochania nie zna, ten żyje szczęśliwy, ma nockę spokojną i dzień nietęskliwy.

Swój afekt kto dobywa, cudzy wzajem pobudza.

Pić, to co mocnego, kochać, to co pięknego, kraść, to miliony, a topić się, to w bystrej wodzie.

Jak kochać, to pana, jak pić, to szampana.

Pijany, szalony i zakochany, każdy z nich bez rozumu.

Kto się zakocha w capie, ten marnie skąpie.

Dzień do pracy, noc do spania, wieczór zbywa do kochania.

Z wieczora pokochać, by się dobrze spało, a z rana poniechać, by się zapomniało.

2007-07-25 21:29:20
Pierwsza piosenka
Tajnego niespotkania
Odświętność tak jałowa.
Słowa nie powiedziane,
nie wymówione słowa.
Spojrzenia nie skrzyżowane
Co z sobą począć mają?
Łzy są tylko wygrane,
że tak długo spływają.
Podmoskiewskiej tarniny
Jakieś w tym zawiłości...
Wszystko to nazwą inni
Nieśmiertelną miłością.
Przełożyła
Eugenia Siemaszkiewicz

2007-07-25 21:12:30
Łza....
narodzona z bólu pod moją powieką,
wydana na świat na mym policzku,
spłyneła nieśmiało po ustach,
zatracona w przestrzeni czasu,
kojena łza wylana przez ciebie
nazwana OSTATNIĄ.....

2007-07-25 21:08:47
Twoja śmierć...
To jest to czego sie najbardziej boimy....

Patrzę na skamieniałe ciało,
które wygląda jakby spało,
niewidocznie oddycha,
A z mej duszy gra rozpaczy muzyka.

bólem rozdarte serce wyje,
które żal gorzki w sobie kryje,
usta krzyczą bezgłośnie
mojej rozpaczy słowa żałosne.

Drzewa ramiona swe uchylają,
liście do stóp mych padają,
ptaki śpiewają żałobną pieśń,
natura tak modli się na Twoją cześć.

Oceany łez przeze mnie wylane
kwiaty gorzkimi kroplami zakrapiane
kładę moje serce na grobie twoim,
Który będzie zawsze grobowcem moim

2007-07-23 18:27:59





2007-07-09 07:15:31


MODLITWA
zestresowanego pracownika


Over Lapping Text Generator and Glitter Generators at GlitterYourWay.com



Panie,

daj mi siłę,

do zaakceptowania rzeczy, których nie mogę zmienić,

odwagę do zmiany rzeczy, których nie mogę zaakceptować,

mądrość, abym ukrył ciała tych którzy mnie dzisiaj

wkurwili.



Spraw abym uważał,

czy palce które przydeptuję dziś,

nie są połączone z dupami,

w które będę musiał włazić jutro.



Pomóż mi zawsze dawać z siebie w pracy 100%...

12% w poniedziałek

23% we wtorek

40% w środę

20% w czwartek

5% w piątek



I pomóż mi pamiętać.....

kiedy mam naprawdę zły dzień

i zdaje mi się, że wszyscy dookoła chcą mnie wkurwić,

niech nie zapomnę,

że do zrobienia smutnego wyrazu twarzy potrzeba aż 42 mięśni,

a tylko 4 do wyprostowania środkowego palca

i powiedzenia im, że mogą mi skoczyć!

2007-07-09 07:10:20

Generate Your Own Glitter Graphics @ GlitterYourWay.com - Image hosted by ImageShack.us

2007-07-09 07:08:18

MAGDAGB
MMystical
AAmazing
GGenerous
DDaring
AAppealing
GGenerous
BBrilliant
By GlitterYourWay.com

2007-07-08 21:58:28

2007-07-08 21:54:12

2007-07-08 21:52:51

2007-07-08 21:51:34

Generate Your Own Glitter Graphics @ GlitterYourWay.com - Image hosted by ImageShack.us

2007-07-08 21:48:59

2007-07-08 21:47:05

2007-07-08 21:44:49
Kochanie dla Ciebie jako pierwszej bo to Twoja zasługa, że mi sie udało :)

2007-06-21 17:26:12

ZA SUKIENKE DAłAM W SALONIE 1500Zł :) ALE TERAZ CHCE SPRZEDAć TANIO





2007-06-21 17:19:53

SUKNIA śLUBNA :) PROSTA ALE ELEGANCKA śLICZNA :)))





2007-06-21 17:14:49

Nowe nie noszone czułenka rozm 37 okazały sie za małe na mnie :(





2007-06-21 17:11:40

kozaczki jak nowe zamszowe wogile nie widac ze uzywane na szczupła i małą stope roz duże36/37małe





2007-06-21 17:07:19

bluzko kamizelka



2007-06-21 17:04:51

Scalla .





2007-06-21 17:04:08

Lilia 1 szt





2007-06-21 17:02:51

-krzesło Forsythe 1 szt (gotowe drewniane z miekką tapicerką)
-Krzesło Lolita 2sz (gotowe z mitalowymi wykończeniami)

KRZESłA MOGą MIEC OBICIE NA ZYCZENIE





2007-06-21 17:00:15

-krzesło dziecięce Mika 1 sz



2007-06-21 16:59:25

-fotel Szkot 2 szt





2007-06-21 16:58:15

-fotel Bosto za szt (2szt)





2007-06-21 16:57:26

-3 kredki do oczu 2 niebieskie 1 fiolet pomadka w sztywcie avon czerwona nigdy nie używana



2007-06-21 16:55:34

-Sukienka jest raczej na szczupłą osobe no i tak na około 168cm wzrostu
-Fjny pasek dzinsowy





2007-06-21 16:47:56

-PLECACZEK I KAPCIE NR.22 (KOMPLET)
-krem ochronny na zimno SOPELEK
-SMOCZEK SYLIKONOWY ROZ. B





2007-06-21 16:42:38


-oBUDOWA DO NOKI 3330 I 3310
-POKROWIEC I SMYCZ DO NOKI 3330
-POKROWIEC DO NOKI UNIWERSALNY GRUBY WSTRZąSO ODPORNY





2007-06-21 16:40:46


To są swiąteczne świeczuszki





2007-06-21 16:39:56


TO Są śWIECZKI Z WOSKU PSZCZELEGOMAłE ALE śLICZNE





2007-06-21 16:39:04


tO SA MAłE SWIECZKI :)





2007-06-21 16:37:09


Te świeczki sa dosć duze





2007-06-21 16:34:23
PILNIE SPRZEDAM!!!!!

DZIEWCZYNY JA BARDZO PILNIE POTRZEBUJE SPRZEDAĆ TE RZECZY DO 26 MUSZEą BYć SPRZEDANE MOZE WAM SIE COś PRZYDA





2007-06-16 09:42:00





2007-06-16 09:41:48





2007-06-16 09:41:36





2007-06-16 09:41:23





2007-06-16 09:40:41
Anioły


Czyli mój fetysz :)





2007-06-16 09:35:16
Zdobycze :)

to są zdobycze :) woreczki jan niezbędny i czekoladki :) listonosz przyniósł je wczoraj :)





2007-06-16 09:32:06



mój synek z paprotką :)



2007-06-16 09:29:20


śliczne zielone listki



2007-06-16 09:27:11



Białe kwiatuszki zjadane przez robaczki :)



2007-06-16 09:25:28


Forsycja rosnąca pod moim oknem



2007-06-16 09:22:39



Szyszeczki :)





2007-06-16 09:20:14
ŁONO NATURY

:) oto łono natury widziane obiektywem mojego aparatu :)

3 mleczyki





2007-06-14 11:32:02
... Mój ulubiony gumiś...

-Kabi



2007-06-14 11:31:07
...


-Gusto
-Grafi
-Bunia





2007-06-14 11:29:31
Moja ulubiona bajka dla dzieci :)

Z bajek dla dzieci bardzo lubie gumisie poprostu je ubóstwiam :) A to są zdjęcia moich ulubieńców
-Zami
-Tami
-Sani





2007-06-14 11:12:34
Oda do jabola- Dozwolone od 18 lat :)

Niektórzy niemądrzy ludzie
Pyski maczają w wódzie
Ja się w wódce nie lubuję !
Co innego proponuję.

Cóż to może być, spytacie ?
Czy o piwie mówisz bracie ?
Ani piwo, ani wódka
Która jest jak szczurza trutka !

To ambrozja jest, to nektar
Wychlać tego można hektar
Później puścisz se fraktala
Rano bańka napierdala.

Co to jest za napój boski ?
Same fakty, proste wnioski:
Toż mój JABOL jest kochany
Przez kraj (???) cały uwielbiany.

Ty to pijesz, taką siarę ?
Piwosz krzyczy: ty masz z garem !
Ja mam z garem, piwożłopie ?
JABOL zawsze był na topie !

To jest napój dla wybrańców
JABOLOWYCH pomazańców
Picie go to zaszczyt wielki
To już nie są ceregielki !

By go wypić kimś być trzeba
A nie pożeraczem chleba
Napój jest to elitarny
Nie dla ciebie, kmiotku marny !

Tak se piszę, opisuję
Faktów jednak tu brakuje
Co niewiernym by wskazały
Drogę wiekuistej chwały.

Otóż JABOL jest w butelce
Stać po niego trza w kolejce
Kasy dużo nie kosztuje
Ale za to jak smakuje !

Buteleczka piękna, równa
Nie blaszana puszka z gówna.
W rączce Twej się łatwo zmieści
Gardło zaraz Ci popieści !

Zabieramy koszyk duży
Co za transport nam posłuży
Podjeżdżamy do stoiska
Patrzysz: a tu same piwska.

O, do chuja, gdzie trafiłem ?
Chyba drogi pomyliłem
JABOLECZKI są tam dalej
A na piwo napalm nalej

Podjeżdżamy kawałeczek
A tu rzędy buteleczek
Spoglądają na nas z półki
Więc bierzemy sześć do spółki

Buteleczki bierz brązowe
Bo zielone są chujowe
Takie żabki przyjebane
Wypić z tego: przeżygane !

JABOLECZKI więc ładujem
I przy kasie się stopujem
Trochę kasy wybulimy
Ale się napierdolimy !

Każdy ryj ma ucieszony,
Wielce jest zadowolony
Gdyż za parę już minutek
Precz ucieknie wszelki smutek!

Więc idziemy gdzieś nad rzeczkę
Otwieramy buteleczkę
Pchamy szyjkę w swe usteczka
I chlejemy JABOLECZKA

Nieraz ludziom kłopot wielki
Sprawia korek od butelki
Na to jedna tylko rada:
Swymi kłami traktuj dziada !

Chwyć go mocno i pociągnij
Zębów przy tym nie zapomnij.
Potem wypluj go daleko
W świat go ponieś, "wierna rzeko" !

Patrzę koleś już na szczycie
Tu się rozpoczyna życie !
A rączęta drżące wielce
Ku następnej mkną butelce.

Wściekłość mnie ogarnia wielka
Gdzie, do chuja, jest butelka ?
Leży sobie ostatnia już
Więc ją łap i do pyska włóż !

Wlewam w siebie aż połowę,
Ale coś mnie jebie w głowę !!
świat jest piękny, kolorowy
Czuję się jak człowiek nowy !

Patrzę, koleś się rozbiera
A mnie zazdrość wręcz rozdziera !
Temu dobrze, myślę sobie
Ja mam jeszcze jasno w głowie.

Biorę butlę: jest połowa !
Jak mnie strasznie boli głowa ..
Piję resztę JABOLECZKA
A w żołądku istna sieczka

Coś tam miesza się, wiruje
To fraktalek się szykuje
I promile się podnoszą
Zaraz na szczyt mnie wyniosą !

Coś jest ze mną nie w porządku
Rewolucję mam w żołądku
Krew się burzy i gotuje
Aż za chwilę eksploduje !!!

Nagle jak mnie coś jebnęło
O, nareszcie się zaczęło
Gdzie ja jestem, o cholera !
Nowy rozdział się otwiera !!

Ależ mi się w bańce kręci
O, nareszcie, wszyscy święci !!
Jednak w końcu się to stało
We łbie coś mi zamieszało...

Ach, ta chwila jest wspaniała
żeby jak najdłużej trwała
Więc na razie korzystajmy
W podbój miasta wyruszajmy !!

Jestem w końcu na tym szczycie
Trza się odlać należycie
Miejsca na to było wiele
Lecz najlepiej jest w kościele

. Otwieramy drzwi wiekowe
Koleś o weń se rozwala głowę
Krew się z bańki mocno leje
Patrzę: jakaś stara baba mdleje.

Krzyczę do niej: zamknij ryja
Bo ci w dupę wsadzę kija !
Ksiądz wypada rozgniewany
Uciekajcie stąd, szatany !

Dobra , dobra już idziemy
Się gdzie indziej odlejemy !
Nogi dziwnie się plątają
Jedna drugiej przeszkadzają...

świat się chwieje i kołysze
"O, pijacy": gdzieś tam słyszę
Coooo, masz problem głupia babo ?
Babci już się robi słabo.

Kumpel ją traktuje z glana
"Ale fajnie zarzygana..."
Uciekamy z miejsca zbrodni
Gdyż za dużo tu przechodni...

Ludzie zaś z wyrazem trwogi
Spierdalają z naszej drogi
Jedna dziwka nie zdążyła
Parę laczków zaliczyła

Idę dalej rozbujany
Już przystanek rozjebany
Po chuj stał na mojej drodze ?
Dałem swej zaszaleć nodze !

A śmietniki wciąż latają
Co rusz szybę rozwalają
Coś mi chrzęszczy po nogami
świat pokryty odłamkami.

Te na kółkach są bombowe
Jadą z górki wprost na głowę
Rozwalają co na drodze
Ktoś się rano wkurwi srodze !

Koleś ryczy i przeklina
Chować się, bo jedzie glina !
Więc chowamy się za płotem
Ale zaraz, myk z powrotem

Idziem dalej, podśpiewujem
Do tramwaju się pakujem
Ale pojazd odlotowy
Zaraz będzie całkiem nowy.

Koleś pada na siedzenie
"Będę rzygał-ostrzeżenie"
"Skasuj bilet", drugi krzyczy
"Bo się lampi motorniczy".

Więc kieszenie przeszukuję
Lecz biletów nie znajduję
"Weź spierdalaj z kasowaniem"
Lepiej już się zająć chlaniem.

Koleś wkurwił się potwornie
Jak w kasownik nie pierdolnie !!!
Rozpadł się biedaczek cały
Tylko części poleciały.

Drugi schyla się, ogląda
Resztkom owym się przygląda.
"Eee, chujowy bo krajowy"
Trzeba więc rozwalić nowy.

Uderzenie więc szykuję
Nogą moją weń celuję
Ale coś się chyba stało
Chwiać zaczęło się me ciało.

Grawitacja pojebana
Mnie rzuciła na kolana
A z żołądka coś wędruje
W gardło moje się pakuje.

Ależ żurek zajebisty
Duży, ładny i soczysty
Poleciał se na podłogę
Z której to ja wstać nie mogę.

Kumpel chwyta mnie, podnosi
Drugi o ratunek prosi
Tramwaj cały zarzygany
I kasownik rozjebany.

Spierdalajmy stąd, panowie
Nim się motorniczy dowie.
Wypadamy więc z tramwaja
Zaraz będą dalsze jaja.

Mapę wszystkim nam zabrali
Każdy żura gdzieś tam wali
Wszyscy chwieją się okrutnie
Jakoś tak się czuję smutnie.

Czas nam było gdzieś zaszaleć
Jakieś dupy sobie znaleźć
Bo gdy człek napierdolony
To na laski napalony

Gdzie tu dyska się znajduje ?
Kumpel palcem pokazuje
Coś tam świeci, miga, błyska
Trzeba to zobaczyć z bliska.

"Chodźcie trzoda , tam jest chlanie"
Lecz miał bramkarz inne zdanie
Nie chce wpuścić do środka
Chyba złego go coś spotka

Weźcie chuja z mojej drogi
Bo mu zaraz jebnę z nogi !
Kumple mnie zablokowali
Z laczka strzelić mi nie dali

Lecz gościowi zmiękła pała
Noga ma go przekonała
Drzwi szybciorem nam otworzył
Dzięki temu świtu dożył

Ładujemy się na salę
Ale panien, ja cię walę !!!
Patrzę, laski se tańcują
I uszami ludzi szczują

Człowiek się napalił wielce
Wepchnął gdzieś by swoje ręce
Tudzież inne części ciała
Byle laska tylko dała

Już nie mogę, ja mam chcicę !!!
Jeśli baby wnet nie chwycę
Chuj mi chyba eksploduje
Krew się w żyłach zagotuje

Poszedł kumpel więc na łowy
Każdy z nas jest już gotowy
że jak przyjdą nasze panie
Członki spełnią swe zadanie

W międzyczasie coś chlaliśmy
Ryja komuś obiliśmy
Ale to już wina tego ciula
że cudowna ma koszula

Wielce mu się spodobała
Chciał ją zdjąć z mojego ciała
"Bieg, frajerze, bo uderzę"
A on na to: ja nie wierzę

Jakem żem się zdenerwował
Strzała z laczka przyszykował
Dostał gostek prosto w twarz
"Chcesz koszulę ? To ją masz !!

Rozerwałem się troszeczkę
Wykończyłem buteleczkę
Jednak sobie przypomniałem
że za młodym tęsknię ciałem.

Wraca koleś i dwie cnoty.
Cóż to są za kaszaloty ?
Dupy wielkie, nogi krzywe
A ich ryje są parszywe.

Weź spierdalaj z tym towarem
żeby rżnąć je trza mieć z garem !!
Gdzie ty byłeś ? W domu starców
Czy na balu przebierańców ?

Porzucamy więc potwory
Takie już jesteśmy chlory
Trzeba łyknąć se JABOLA
Taka amigowca dola

Coś nam z głowy wywietrzało
Dochlać nam się wypadało
Więc idziemy do nocnego
Ja udaję tam trzeźwego

Kupujemy parę flaszek
I idziemy gdzieś pod daszek
. Obalamy te JABOLE
Zatańczymy sobie w kole.

Czuję się wprost zajebiście !
Każdy żurzy gdzieś kwieciście
Dzieła nasze podziwiamy
Ostro przy tym przeklinamy

Koleś leje gdzieś pod murem
Reszta idzie sobie sznurem
Głośno sobie podśpiewujem
Fajnych lasek wypatrujem

Idę se środkiem drogi
Tak mnie niosą moje nogi
Trza rozwalić coś nowego
Podnieść trochę nasze ego.

Patrzę: moja szkoła stara
Tu jest extra, chodźcie wiara
Zaraz coś se wymyślimy
Szybę jakąś rozwalimy

Więc chwytamy za kamole
Żeby tej zajebać szkole
Za te męki i cierpienia
Żegnaj szybo, do widzenia

! Potem na drzwi wszyscy leją
I potwornie wręcz się śmieją
żeśmy szkołę obrzucali
I na koniec ją olali

Lecz tak głupio w życiu bywa
że się dobre szybko zrywa
Kasa nam się już skończyła
Żadna pomoc nie napływa

Czas więc kończyć nasz wieczorek
Jutro kac, lecz już we wtorek
Znowu się napierdolimy
Potem razem zatańczymy

Każdy idzie więc do domu
Mniej lub bardziej po kryjomu
Uliczkami, zaułkami
Szlak swój znacząc fraktalami

Koleś przyniósł znak drogowy,
Tak mu przyszło coś do głowy
Mówił, że się nudził wielce
Więc se znaczek wziął na ręce.

Jak do domu ja trafiłem
Nigdy się nie domyśliłem
Wielka jednak dla mnie chwała
że mnie glina nie złapała !!!

Gdyż niebiescy ci panowie
Pałą dadzą mi po głowie
Potem gazem potraktują
Psami swymi mnie poszczują

Wsadzą mnie pod wąż gumowy
Od stóp lejąc aż do głowy
Wodą zimną zajebiście
Kopiąc przy tym mnie soczyście

Później wrzucą mnie do celi
Między tych wąchaczy klei
Co to już od urodzenia
Wódę chleją miast jedzenia

. Potrzymają godzin kilka
Dla nich to jest mała chwilka
Rano wlepią ci papierek
Na nim dużo jest cyferek

Patrzysz na to: chuj cie strzela
Ktoś pół bańki ci zabiera
Za to że się gdzieś nachlałeś
Pomnik jakiś zarzygałeś

Tak więc składam hołd w podzięce
że nie wpadłem w smerfów ręce
Dalej jakoś się człapałem
Dom mój wreszcie gdzieś ujrzałem

Patrzę: jakieś drzwi zjebane
Zaraz będą obrzygane
W zamek trafić ja nie mogłem
Toteż kopem se pomogłem

Zajęczały, zatrzeszczały
Ale wpuścić mnie nie chciały.
Więc chwyciłem się mej klamki
Celowałem w oba zamki

W końcu drzwi te otworzyłem
Do mej chaty się wtoczyłem
Szczęściem wszyscy dawno spali
Mi się dalej w bańce wali !

Na me łóżko się zwaliłem
O Amisi mojej śniłem
żury dalej zaś puszczałem
Wiadro nimi napełniałem

O, do chuja, już nie mogę !
Rzygam prosto na podłogę
Rano starsza mnie zabije
Powie, że jej dywan gnije

W końcu wszystko wyrzygałem
Smacznie sobie po tym spałem
Rano budzę się zjebany
Pokój cały zarzygany

Starsza ryczy, wrzeszczy, pluje
Siostra zaś moralizuje
żebym nie pił, bo to szkodzi
Mnie zaś gówno to obchodzi !

Mnie to wali, jebie, grzeje
Jak mam chęć, to się nachleję !
Moje zdrowie, ma wątroba
Abstynencja to choroba !!!

Ci co piją, palą, walą
Się do ludzi zaliczają
Reszta trzody to hołota
Kto nie chleje ten jest C I O T A!

Jak tu nie pić na tym świecie ?
Może, kurwa, mi powiecie ?
Ja nie mogę, nie wytrzymam
Jeśli sobie nie porzygam !!

Bez JABOLA to nie życie !!!
Chyba teraz mi wierzycie
że mój JABOL jest najlepszy
A kto nie chce: niech się pieprzy!

Ci zaś co się ze mnie śmieją
Chyba gówno rozumieją
Widać jakieś to głupole
To jest życie, nie przedszkole !!

Trza JABOLA pić ze smakiem
Albo w dupie grzebać hakiem
Napój jest to wyborowy
Wyśmienity, odlotowy

Mnie zaś cieszy to ogromnie
że się ludzie garną do mnie (???)
Że są nowi JABOLFANI
W mym JABOLU zakochani

A ja znów wypluwam korek
JABOL jest na podwieczorek
Na śniadanie i kolację
Tak to dieta: macie rację!!!

N A Z D R O W I E

2007-06-14 11:11:12
Wigilia w stumilowym lesie - bajka od 18 lat
Był piękny grudniowy dzień, słonko prześwitywało przez chmurki, z których prószyły małe płatki śniegu. Na falach Radia Maryja, będącego teraz własnością spółki xiądz Jankowski-Wojciech Cejrowski słychać było: Ścieżka sprawiedliwości wiedzie przez nieprawości samolubnych i tyranię złych ludzi. Błogosławiony ten, co w imię miłosierdzia i dobrej woli prowadzi słabych doliną ciemności. Bo on jest stróżem brata twego i znalazcą zagubionych dzieci. I dokonam na tobie srogiej pomsty w zapalczywym gniewie i na tych, którzy chcą zatruć i zniszczyć moich braci. I poznasz, że ja jestem Pan, kiedy wywrę na tobie swoją pomstę.... Króliczek, Puchatek, Kłapouch i Prosiaczek będąc w stanie z lekka wczorajszym obmyślali plan wigilijny, wytężając przy tym resztki szarych komórek, które pozostały im po wczorajszej bibie u Krzysia, którego jednak - na niej nie było.
- Kurwa, panowie - entuzjastycznie zabrał głos Puchatek - są święta, a my nie mamy nawet jebanego drzewka.
- Zgadzam się z tobą - odrzekł Królik.
- Co my teraz zrobimy, jeśli nie będziemy mieli choinki, to ten stary, gruby pajac w czerwonym wdzianku nie przyniesie nam prezentów - ze zdenerwowaniem na ustach powiedział Prosiaczek biorąc do ryjka kartonik LSD.
- Chłopaki ten towar jest chyba zjebany, nie czuję efektu - powiedział, po czym wszedł na dach i skoczył machając energicznie łapkami, po czym z hukiem przyjebał o ziemię.
- Nie towar jest zjebany tylko Prosiaczek, który od wczoraj po wypiciu trzech HERAKLESÓW stracił łączność z Ziemią - zasugerował Kłapołuchy.
- Teraz chyba ją odzyskał - odparł Puchatek, po czym wszyscy wybuchli śmiechem.
Nagle drzwi otworzyły się z wielkim hukiem i Tygrysek wpadł do domku z dwoma zgrzewkami win.
- Co za pieprzona pogoda, czy my mieszkamy na jakimś pierdolonym biegunie?! Jest taki ziąb, że sobie jaja odmroziłem.
Puchatek szybko chwycił za jedną z butelek nalewki.
- Co kurwa jest, wińsko zlodowaciało, przecież to nie jest nasz HERAKLES!
- Jasne, że nie. To wino jest jeszcze tańsze i nie trąci tak siarą, a nazywa się Napój Boguff - odparł z dumą Tygrysek.
- Gdzie to kupiłeś? - spytał z ciekawością Puchatek.
- W tej nowej rozlewni win, tu za lasem, jak ona się nazywa, a już wiem H2SO4.
Kłapołuch od dłuższego czasu siedział w kącie i rozmrażał pod swoją dupą butelkę wiśniówki.
- Ty skurwielu chciałeś obalić samemu butelkę siarkofruta! - wrzasnął Królik i zaczął wyrywać butelkę spod tyłka Kłapouchego.
- ENAF!!! - wykrzyknął z angielsko-polsko-wiejskim akcentem Puchatek - puścimy butelkę w obieg i każdy się napije.
- Nie kurwa, nie tak miało być, wszystkie nalewki zostają na jutrzejszą Wigilię - powiedział Prosiaczek, który właśnie wszedł do domu.
- Bekon ma rację - poparł go Tygrysek - a teraz musimy skombinować sobie jakieś drzewko.
- Nie daleko jest tartak, to nasz cel - powiedział Kłapołuchy piłując swojego obrzyna.
- Oki, ja i Kłapołuchy zajmiemy się iglakiem, a wy skompilujcie jakieś ozdupk, powiedział Puchatek dumny z roli przywódcy.
Po niedługim czasie dwóch śmiałków znalazło się pod bramą tartaku.
- Osłaniaj mnie, szepnął do Puchatka Kłapołuchy przecinając ogrodzenie.
- OŁ-SZIET-MADA-FAKA - zawieśniaczył Puchatek widząc zbliżającego się do niego strażnika.
- Giń skurwielu - krzyknął Kłapołuchy wyłaniając się zza drzewa z dwururą w łapach, z której przymierzył tak celnie, że głowa ciecia znalazła się na dachu oddalonego o sto metrów budynku.
Rozległ się alarm.
- Spieprzamy! - Wrzasnął Kubuś.
- Poczekaj, a drzewko?
- Dobra idziemy do magazynu.
Znaleźli tam TIRa wypełnionego choinkami, do którego natychmiast wsiedli.
- Trzymaj się - powiedział ze spokojem Kłapołuchy.
- DOOM! - jedziem na sukinsynów aaaaa... jesteśmy rzeźnikami... krwiii niewinnych - ryknął Puchatek.
Po chwili ludzkie szczątki walały się po całym terenie.
- Dobra zrywamy się stąd - powiedział niewzruszony Kłapołuchy.
Tymczasem rozpoczęła się właśnie akcja zajebania bombek z tutejszej fabryki.
O dziwo brygada weszła do środka bez problemów, no może poza jednym, gdyż Prosiaczek nie wrócił jeszcze z podróży.
- Chłopaki oni tu są DEJ-AR-HIR, wrzasnął spanikowany.
Lecz nagle soczysty, uspakajający kopniak wylądował na jego twarzy, a but Tygryska powoli osunął się z jego czoła.
- Zamknij się, nie przyszliśmy tu na grzyby, popij siarkofrutem to ci przejdzie.
- Panowie przyszliśmy tu z misją, bierzcie bombki i spieprzamy - krzyknął Królik.
Pod wieczór cała brygada stała już pod domem Krzysia do którego zaprosili się na Wigilię. Ubrali choinkę po czym przez dłuższy czas się jej przyglądali.
- Ja pierdolę... - wrzasnął Kłapołuchy.
- Kogo? - spytał z zaciekawieniem Krzyś.
- A co chciałbyś żeby ciebie, mały pedałku? - wtrącił się do konwersacji Królik.
- No.
- Ja pierdolę - kończył swą myśl Kłapołuch - przecież ta choinka nie ma gałęzi.
- Od razu wiedziałem, że coś jest nie tak - odparł z dumą Puchatek.
- Szczegóły są nieistotne - powiedział Tygrysek, który zabierał się właśnie do otworzenia pierwszej butelki wińska.
- Chłopcy, może Sylwestra też spędzicie u mnie?
- Nie, na Sylwka idziemy na mordobicie do remizy - odparł Tygrysek.
- Ta, będzie koncert BOYS-ów! - wykrzyknął radośnie Królik.
- Rozbijemy gejów - wtrącił Kłapołuchy.
Impreza rozkręcała się w najlepsze, gdy nagle...
- Kłapołuchy, ty ośle, oddawaj, to ostatnia butelka - krzyknął niezadowolony Prosiaczek - panowie on chce sam opróżnić ostatnią butelkę Napoju Boguff.
- Oddawaj mi tą... - nie dokończył Puchatek, gdyż rozzłoszczony Kłapołuch pierdolnął ze swojej dwurury w jego stronę, ale na szczęście noga mu się podwinęła i nie trafił tylko wyjebał o ziemię i złamał sobie rękę - ...okej zatrzymaj ją sobie, wcale nie jest mi potrzebna - zaczął wycofywać się Puchatek.
- AAAA!!! - krzyczy ile sił w płucach Kłapołuch.
- Zamknij ryj, ty jebany debilu i zobacz co zrobiłeś, choinka się pali - wrzasnął Tygrysek, ponieważ kula trafiła w świeczkę, od której zajarzyło się całe drzewko.
- Choinka się nie pali, tylko świeci - odparł ze spokojem Puchatek.
- No to się przyjrzyj, bo teraz firanki się świecą - ryknął Tygrysek.
- Brygada, wypierdalamy stąd, bo zaraz się usmażymy! - wrzasnął Puchatek.
- Trzeba pomóc Kłapouchemu - wtrącił Prosiaczek.
- A chuj z nim, ratuj jak najwięcej bimbru i borygo, i nie zapomnij o ostatniej butelce Napoju Boguff - darł się Puchatek.
Cała brygada cudem uratowała swoje tyłki z płonącego domu, a Krzyś wyciągnął nawet Kłapouchego.
- Szybko policzcie butelki, czy żadnej nie brakuje?! - z niecierpliwością pytał się Puchatek.
- O kurwa! Brakuje jednej butelki bimbru, pewnie poszła z dymem - zasmucił się Tygrysek.
- Uczcijmy jej pamięć minutą ciszy - zaproponował Prosiaczek
W tym czasie Krzyś zajął się ręką Kłapouchego.
- Te, pedałku, gdzie się nauczyłeś bandażować ludzi? - z niepewnością w głosie spytał Kłapołuch.
- Mama, zanim ją tak strasznie potraktowaliście, zapisała mnie na kurs sanitariuszy do okręgowych harcerzy - odpowiedział Krzyś.
- Do tych leśnych gejów w tych zajebistych skarpetkach? - zapytał Puchatek - To całkiem w twoim stylu.
- Panowie przestańcie pierdolić, jest dopiero północ a my nie mamy kwatery - zabrał głos Prosiaczek.
- Jak to nie mamy, idziemy do Sowy, on spędza wigilię razem z bezdomnymi dziećmi z Domu Opieki Społecznej - powiedział Tygrysek.
Po chwili byli już pod drzwiami jego domu.
- Je tam kto? - krzyknął Królik
- Już idę, muszę się ubrać - odezwał się głos.
Drzwi się otworzyły.
- Witaj Krzysiu, zawsze jesteś u mnie mile widziany - powiedział Sowa - oni też tu są, dobra wejdźcie.
- Panowie wchodzimy - krzyknął Tygrysek.
- Dzieci idźcie do pokoju zaraz do was wrócę - powiedział Sowa - a wy rozgośćcie się.
Wigilia się udała, gdyż wszyscy odzyskali przytomność dopiero 31 grudnia, włącznie z Krzysiem, który opił się oparami wińska.





2007-06-14 11:06:20
Kubuś puchatek bajka - nie dla dzieci

Kubuś Puchatek to miś malutki.
Nie palił Sportów, nie pijał wódki.
Jedną miał wadę wśród zalet tylu
O męskim ciągle śnił sex-appealu.

Był miś Puchatek mała świntusia
Że w poniedziałek - to zaraz musiał
Brał za telefon co stał pod krzaczkiem
Wołał Prosiaczka i... żył z Prosiaczkiem

Wtorek zaś miał misio cały z głowy
Los podarował mu obiekt nowy.
Sam Kłapouchy przyszedł do niego:
Weź raz biednego... Kłapouchego.

W środę zaś Kubuś głodnym był misiem.
Rankiem: z Królikiem, wieczorem: z Krzysiem.
I z tego właśnie oto powodu
Nie zdążył miś zjeść słoika miodu.

W czwartek zaś myślał on - skrobiąc misę
W jakiej pozycji można z Tygrysem
I gdy się wreszcie już zdecydował
Wziął był Tygrysa i... zdeflorował.

Piątek - był za to całkiem fatalny
Bo się ten Tygrys zrobił nachalny.
Kubuś miał dosyć, a Tygrys hardziej:
Że to Tygrysy... lubią najbardziej.

W sobotę chęć miał na bezeceństwo
Więc, z braku laku, wziął i Maleństwo.
A potem jeszcze troszkę z innymi,
Z krewnymi troszkę... i ze znajomymi.

Jak opowiadał jakiś podleco
To z Kangurzycą miał też co-nieco.
Lecz to są plotki z zazdrości brane
Nie był Puchatek... erotomanem.

D O B R A N O C





2007-06-14 10:56:43
CZAS CZAS CZAS

Mam mnóstwo zdjęć i opowieści którymi bardzo chciała bym sie podzielić ale niestety ten CZAS nigdy nie mam czasu żeby przerobić te zdjęcia na jpg i zmniejszyć.....Obiecuje, że się poprawie i podzielę się tym co się wydarzyło w moim życiu przez te ostatnie tygodnie :)

2007-06-12 08:23:50
AEIOU

Kochana Aeiou z okazji urodzinek życzenia śle Magdzienek :)

Z drogi obranej nigdy nie zawracaj, zawsze kochaj, milcz i przebaczaj, a gdy cię boleść do płaczu wzbudzi, łzy miej dla siebie, uśmiech dla ludzi. Bądź jasnym promieniem dla tych co szczęścia za mało mają... i niech Spełnia się twoje najskrytsze marzenia...



2007-05-30 13:36:27
Urodzinowe zyczenia dla kaśka_k :))

Z okazji urodzinek, Przez cały rok wesołych minek, Uśmiechu, radości i wielu gości. Zdrowia, szczęścia i pomyślności :)))



2007-05-26 10:51:43
Urodzinki Urodzinki......
Kaskaona w dniu twoich urodzinek śle moc życzeń..... Ile jest w drabinie szczebli? Ile złodzieje nakradli mebli? Ile ludzi w Ameryce? Tyle szczęścia Tobie życzę. :))))



2007-05-26 10:49:25
Imieninki :)
- ewelinka-w
- looosia

Wiązanka najpiękniejszych życzeń Imieninowych: długich lat życia, szczęścia, dobrego zdrowia i sił, powodzenia w pracy i całym życiu. Spełnienia najskrytszych marzeń, realizacji dobrych zamiarów i planów. Pogody ducha, nadziei w lepszą przyszłość oraz wszystkiego najlepszego.



2007-05-26 10:46:29
Dzień matki

W kalendarzu Święto Matki
z życzeniami śpieszą dziatki.
Ja Ci mamo dziś w podzieńce
za Twe trudy daje serce
i przepraszam za me psoty,
za wybryki i kłopoty.



2007-05-24 21:06:13
Życzenia :))
- asisko21
- aska1984
- joan
- milenna007
- promyczek959
- szafirka
W dniu imienin życzę WAm Aby wszystkie fajne dni w żółwim tempie upływały, by co dzień, uśmiechał się do Was świat cały. By nigdy nie było porannej pobudki i wiał wiatr specjalny, co rozwiewa smutki.



2007-05-23 10:40:43
Imieninowe życzenia dla PIANIWO!!!
Pianiwo nie życzę Ci byś wśród złota odnalazła bryłkę złota, lecz życzę Ci byś w ludzkim tłumie odnalazła serce które Cię zrozumie.



2007-05-21 16:32:34
KONKURS!!!!
Konkurs Lady Speed Stick Aloe niestety przegrałam :( no coż trudno zdaża sie. Od niedzieli jest nowy konkurs na fote w ładnym i modnym ciuszku zastanawiam sie czy brać w nim udział czy nie hmmmm to się jeszcze zobaczy konkurs trwa do piątku dziś dopiero poniedziałek wszystko jeszcze przemyśle. największy problem w tym ze nie mam fajnych ciuszków :(

2007-05-21 16:26:41
Bliskie spotkanie trzeciego stopnia z głupotą!!!
Potrzeba jest matką wynalazków.
Potrzeba może być również matką poważnych obrażeń. Gdy mój mąż jechał do pracy, zatrzymał się na światłach . Zauważył wtedy, że kobieta kierująca samochodem stojącym za nim trzyma uniesioną zapalniczkę i co chwila ją zapala. Tak go to zaciekawiło, że postarał się, by na następnym skrzyżowaniu zatrzymać się obok niej i zobaczyć, co robi. Kobieta rozciągała pasma włosów i usiłowała je wysuszyć nad płomieniem zapalniczki. Jestem pewna, że ta osoba wkrótce zdobędzie Nagrodę Darwina. Głupota tego kalibru z pewnością da o sobie znać.

2007-05-20 21:39:11
zapraszam do głosowania
http://www.ufoto.pl/konkurs/index.php?sub=foto&foto_id=1731

2007-05-20 21:21:57
ŻYCZENIA
- anna3050
- meg27
- monika1987
- ristmist

W dniu urodzin: Dużo swobody, pięknej pogody, pomysłów wielu, dojścia do celu. Psa z rodowodem, domu z ogrodem. Rekordów bicia i stu lat pięknego życia.

2007-05-17 23:09:33





2007-05-17 23:08:25
,,,,





2007-05-17 22:58:06
,,,,,



...nic dodać nic ująć...





2007-05-17 22:57:11
,,,,,


....cuda cudeńka....





2007-05-17 22:54:39
,,,,,


...jak tu ich nie kochać?....??...





2007-05-17 22:53:38
,,,,,,


... są prześliczne...





2007-05-17 22:51:26
Tulipany :))
Tulipany to moje ukochane kwiatuszki





2007-05-17 22:21:02
A teraz to co lubie najbardziej KWIATY

KROKUS

Krokus to Roślina ozdobna Stosowana w ogrodach i skalniakach.
Jest to również Roślina przyprawowa Od wieków też hoduje się szafran uprawny, szafran siewny (Crocus sativus). Wysuszone znamiona szafranu uprawnego używane są jako przyprawa. Ten żółty proszek jest najdroższą przyprawą na świecie. Na zebranie 1 kg znamion potrzeba 150 tys. kwiatów szafranu uprawnego.



2007-05-17 21:58:12
śmierć....

Ten artykuł jest również przemyśleniem młodego człowieka, po jego przeczytaniu jestem pod wrazeniem każde słowo jets przemyślane i ma bardzo głęboki sens...

W życiu ciągle kogoś lub coś tracimy. Dość często mówiąc o stracie bliskiej osoby - ma się na myśli ostateczne odejście - śmierć. Często jednak tracimy osoby w emocjonalnym sensie. I o tym chcę napisać. Dlaczego odchodzą od nas przyjaciele? Dlaczego nawet związki miłości ulegają rozpadowi? Czy to oznacza, że przyjaźń i miłość są czymś nietrwałym? W tym artykule spróbuje odpowiedzieć na kilka pytań. Pytań, które stawiamy sobie w momencie utraty kochanej osoby. Wiem jak to jest. Niedawno straciłam dziadka. Nie mam już żadnego. Bardzo go kochałam. Wcześniej tego co się stało nie rozumiałam. Nie przejmowałam się tym. Ale dopiero na pogrzebie zrozumiałam , dotarło to do mnie. Te napisy na wstęgach przyczepionych do kwiatów … „dla kochanego dziadziusia…” i wtedy po policzku łzy spływały mi same. Nie mogłam ich opanować. Płakała. Płakałam jak każdy przy tak wielkim bólu. 1. Dlaczego przyjaźń (miłość) się kończy? Bo taka jest jej natura. Nic nie jest trwałe, wszystko zmienia się z upływem czasu. To może banalne stwierdzenie. Jednak nie zdajemy sobie często z tego sprawy, gdyż oczekujemy od uczuć, że będą trwałe. Oczekujemy niezmienności. W pewnym sensie idealizujemy przyjaźń, miłość i wszelkie relacje międzyludzkie. Budujemy sobie często ideał prawdziwego uczucia. Od "prawdziwych" uczuć oczekujemy niezmienności. Tak jednak się zazwyczaj nie zdarza. Zakładając sobie, że przyjaźń, czy miłość nie będą ulegać zmianom z upływem czasu - możemy czuć się zawiedzeni. Wspomnę jeszcze o pewnej właściwości grupy społecznej. Udowodnione jest, że dana grupa społeczna rozpada się, gdy nie łączy ją wspólny cel. Przykład? Chodząc do jednej klasy uczniowie tworzą grupę społeczną. Mają wspólny cel - ukończenie szkoły. Gdy skończą naukę - ich drogi najczęściej się rozchodzą. Analogicznie jest w miejscu pracy. Mamy koleżanki, kolegów w pracy. Gdy ktoś zmienia miejsce pracy - zazwyczaj kontakt się urywa, albo po prostu słabnie. Podobnie jest z przyjaźnią. Musi istnieć jakaś płaszczyzna, która łączy dwoje (lub więcej) osób. W momencie, gdy taka płaszczyzna zanika - rozchodzi się dotąd wspólna droga przyjaciół. Taką wspólną płaszczyzną mogą być podobne zainteresowania, przyjemność płynąca ze wspólnie spędzanego czasu. Czasem łączyć też mogą podobne problemy. 2. Dlaczego boli nas odejście przyjaciela? Wydaje mi się, że najważniejszą przyczyną emocjonalnego bólu po utracie przyjaciela jest poczucie odrzucenia. Czujemy się często oszukani. Nierzadko wyśmiani, zignorowani. Poczucie odrzucenia boli bardzo dotkliwie. Odejście przyjaciela boli też, bo z reguły nie jesteśmy przygotowani na tego typu stratę. Szczególnie wtedy, gdy mocno zaangażowaliśmy się w dany związek i oczekujemy, że będzie trwały. Ponadto mamy tendencję do idealizowania uczuć miłości i przyjaźni. Wydaje nam się, że "prawdziwa" miłość i przyjaźń są trwałe i niezmienne. Oczekujemy więc, że będą takie. Tymczasem okazuje się, że uczucia się zmieniają. Ich intensywność zmniejsza się z czasem. Czujemy się zawiedzieni osobą, którą kochamy. I boli nas, że bliska nam osoba odwraca się od nas. 3. Jak radzić sobie z bólem po stracie bliskiej osoby? Przede wszystkim pozwól sobie na wyrażenie swoich emocji: żalu, bólu, złości, smutku, rozczarowania. Pomocne może być porozmawianie z kimś na ten temat. Wielu osobom pomaga także wyrażenie bólu w formie pisemnej. Napisz list, wiersz, pamiętnik. Po prostu zwerbalizuj swoje uczucia i emocje związane z utratą bliskiej osoby. Daj sobie czas. Znane porzekadło mówi: "czas leczy rany". I chyba tak naprawdę jest. Z upływem czasu opadają emocje. Powoduje to, że dystansujemy się do problemu. Po prostu z czasem utrata kogoś dla nas ważnego przestaje być czymś bolesnym. Spróbuj zrozumieć osobę, która odwraca się od Ciebie w jakiś sposób. W większości tego typu strat - druga osoba nie chce celowo nas zranić, odrzucić. Tracąc kogoś bliskiego i ważnego - jesteśmy zranieni. Często też szukamy winnych. Zauważyłam, że w takich sytuacjach pomocna jest świadomość o przemijalności wszelkich uczuć. Tak. Uczucia ulegają zmianom. To pewna sprzeczność pomiędzy tym, co pragniemy, a naturą uczuć. Chcielibyśmy, żeby uczucia były trwałe i zawsze intensywne. Ale on się zmieniają. Z reguły trudno znaleźć winnego. Po prostu "winne" są uczucia, które się zmieniają. I jeszcze w sprawie szukania winnych. Osoby z niskim poczuciem własnej wartości mają tendencję do obwiniania siebie za odejście przyjaciela. Jeśli czujesz się winny, że Twój przyjaciel (partner) odsuwa się od Ciebie - pomyśl, czy nie oceniasz się zbyt surowo. A teraz coś bardzo ważnego. Po utracie kogoś bliskiego często mamy tendencje do zamykania się na innych ludzi. Nierzadko słyszę: - już nigdy nikomu nie zaufam - nie ma przyjaźni, miłości - nie zaangażuje się więcej To często jest stan przejściowy. Jednak głębokie zranienia mogą prowadzić do postawy, w której boimy się mocniej zaangażować w relacje międzyludzkie. Zwróć na to uwagę, by utrata kogoś bliskiego nie zamknęła Cię na zdolność zawierania nowych znajomości. Na budowanie głębokich i udanych związków miłości i przyjaźni. Na cenne i rozwijające relacje z innymi ludźmi.


2007-05-17 21:51:07
.........

Kolejny ciekawy arykuł napisany przez nastolatka tym razem tytuł to ŚMIERĆ MIŁOŚCI??



Wielu dorosłych ludzi wychodzi z założenia, że miłość i związane z nią sprawy są zastrzeżone tylko dla nich. Jednak czy to prawda? A co na to młodzi ludzie?
Idziemy ulicą i widzimy wiele przytulonych, wpatrzonych w siebie par. I wszystko było by w pożądku, gdyby nie to, że jest to tylko młode pokolenie. A gdzie reszta?? Gdzie ci -walczący o wyłączność na miłość- ludzie po 30 roku życia? Widać ich tylko przemykających chyłkiem przez ulice, pochłoniętych robieniem kariery.
Wydawałoby się, że miłość jest zjawiskiem niezmiennym i trwa od wieków w tym samym stanie. Gdy jednak przyjrzymy się jej z bliski widzimy, że przeszła wiele ewolucji. Widac na niej ślady wojen, zanik moralności, brak dawnej świetności i czci oddawanej jej przez zakochanych. Nie ma już takiej mocy, nie jest tak ważna. teraz liczą się tylko pieniądze. A uczucia?? Przeciez teraz tak wiele można kupić. Może i miłość?
A dla ludzi młdych miłość jest wciąż najpiękniejsza. Taka czysta, słodka, nowa. I dla nich niezniszczalna. Wierzą, że są w stanie pokonać wszelkie zło i być już na zawsze z tą ukochaną osobą.
Niestety upływ lat robi swoje. Powoli zapominają o ideałach młodości. Czy jest więc szansa, żeby miłość ocalić??
Tą szansą jesteśmy my. Jeśli uda nam się nigdy "nie zapomnieć" o istocie miłości jesteśmy w stanie naprawić to, co zniszczyli ludzie dorośli.

2007-05-17 21:47:47
ABORCJA

Jest to fragment bardzo ciekawego artykułu pewnej dziewczyny, którą poruszył fakt co raz czestrezgo przerywania ciaży

Aborcja
Aborcja to trudny temat budzący wiele kontrowersji. W ostatnim czasie dużo słychać dookoła na ten temat, jedni są za tym, aby ją zalegalizować, a drudzy, aby ją całkowicie wykluczyć. Ale czy to jest dobre wyjście z trudnej sytuacji? A jeśli dziecko jest wynikiem gwałtu, zagrożone jest życie matki, lub dziecko ma się urodzić z nieuleczalną chorobą? Trudno nam osądzać inne osoby, ponieważ nie byliśmy w takiej sytuacji i nie wiemy, co byśmy zrobili pod wpływem presji. Dziecko jest darem od Boga i nikt nie powinien go niszczyć. Dla mnie nieludzkie jest zabijanie, to tak jak morderstwo. Ale dzieciątko nie jest w stanie się obronić, ani wyrazić swojego sprzeciwu. Jedni nie zastanawiają się nad tym, co robią, traktują dziecko jak rzecz, „A najwyżej się usunie”, dlatego powinniśmy ponosić konsekwencje swoich czynów. Żaden lekarz nie powinien usuwać dziecka, ponieważ złamie lekarską przysięgę. Ale w naszym kraju najważniejsze są pieniądze, przynajmniej dal niektórych. Oprócz śmierci dziecka aborcja może zagrażać zdrowiu a nawet życiu matki. Jeśli niektórzy ludzie mogą legalnie zabijać innych dla swojej wygody, chore jest całe społeczeństwo. Powszechność aborcji może doprowadzić do tego, że wkrótce zabraknie młodych ludzi. Uważam, że jeżeli ktoś godzi się na stosunek, czuje, że do tego dorósł, to powinien być człowiekiem odpowiedzialnym. A odpowiedzialność to świadomość tego, że niesie to za sobą możliwe konsekwencje. Nie możemy zabijać kogoś tylko dla tego, że nam przeszkadza. Dlatego nieprzemyślany stosunek bez zabezpieczenia prowadzi nie tylko do niechcianej ciąży, ale poważnych chorób.

2007-05-17 21:42:02
obrazek jet z wielkiej orkiestry świątecznej pomocy w Sanoku :)
Tego dnia, którego było tak jesiennie,
Kiedy we włosy wplątał mi się wiatr,
Który szalał, szumiał niezmiennie,
A my z nim razem, w takt.

W tańcu uniesień zatraceni,
Zapatrzeni w złociste korony drzew,
W tym miejscu nie zapomnij
Jak to przyrodzie tańczyliśmy wbrew.

Tańcowały strącone mrozem liście,
W gotowości zachwyceni,
Tańczyliśmy z nimi osobiście
Rozmarzeni, zapatrzeni, zdumieni.

Mieniącym się słońcem zachwytem
Tańczyliśmy zafascynowani sobą,
Zakochani swym pobytem
Cudnie rozmarzeni swoją mową.

To była moja jesienna miłość
Październikowy wieczór, czas zamyśleń
Promyk księżyca i nagła złość...
Odszedłeś tak nagle be przemyśleń…

Przybita chmurami, przywarta do życia,
Samotna w wielkim lesie, a obok liść,
Myśląc o tamtej jesieni budzę przeżycia,
Pamiętając gorycz chwil i rozpaczy kiść

Dość tego! Tamtej jesieni już nie ma!
Wyschnięty liść złoto szary,
Jedyny przywraca wspomnienia,
Ja już nie wierze w jesień - brak mi wiary!



2007-05-17 21:40:21
,,,,,,,

-Aleja pełna róż -

Aleja pełna róż
Kiedyś połączyła dwie dusze
On był dla niej Nadzieją
Ona dla niego Zwycięstwem
Razem patrzyli w stronę słońca
I przelewali dusze z ust do ust
Tonąc w różanym zapachu

Byli jednością,
Wspólnym oddechem
Jedną łzą
Lubili tańczyć w świetle księżyca
Kiedy róże odwracały się w ich stronę
I pletli razem wianki
Z których budowali przyszłość

Ale róże nie były wieczne
Płatki zaczęły opadać
A Słońce nie było już radosne
I ona straciła Nadzieję
A On nie wierzył w Zwycięstwo
Na rozstajach dróg
Zostawili miłość




2007-05-17 21:37:22
,,,,,,

Aniele...

Przyszedłeś… wziąłeś mnie za rękę...
Wzbiłeś Się ze mną wysoko do nieba…
Tam otuliłeś mnie skrzydłami swymi…
Tak pięknymi Biało-złocistymi
Pokazałeś ile na Świecie jest zła…
Ze każdy człowiek z pozoru jest inny…
Ale Większość takich jak Ja.
Opowiadałeś Mi o świecie.. a ja słuchałam Cię..
Na koniec powiedziałeś, ze zawsze będziesz przy mnie…
Może ze nie będzie ci widać.. Ale będziesz…
Ale jednak Cię nie ma… Aniele Mój…, czemu odszedłeś??
Co zrobiłam??
Nic mi po sobie nie zostawiłeś oprócz tych opowiadań i jednego małego piórka…
Nie umiem wznieść się bez ciebie w chmury…
Aniele Mój….
Proszę Wroć…,
Choć na Chwile..
Wróć otul swymi skrzydłami i po raz ostatni zabierz mnie w chmury




2007-05-17 21:36:09
,,,,,,cudnie tak umieć pisać,,,,

Aniołek

Proszę anioła o jedno aby uratował serce me...
bo ono strasznie zranione jest...
Aniołku, który skrzydła białe masz
chroń mnie od tego bólu i tych ran!
Od miłości zranionej uwolnij mnie,
będzie mi wtedy chyba lżej.
Czy aniołku biały o tak wiele proszę?
Ja tylko chce,
żebyś pomógł mi ze wszystkich sił,
tak jak dawniej w szczęściu żyć!
Proszę Cię pomóż mi,
bo ja nie potrafię
już z takim rannym sercem żyć...



2007-05-17 21:33:32
szkoda ze ja nie mam takiego talentu

Anioł

Nie jestem poetą, ale pisze to,
bo żyć bez ciebie nie mogę
kocham cię tak bardzo,
ale ty jednak dajesz mi bilet
i mówisz, żebym ruszał w dalsza drogę,
niestety już zacumowałem w twoim porcie
i nie mam zamiaru się z niego ruszać,
ale Ciebie nie chce do niczego zmuszać,
zostanę w tym porcie i poczekam,
naprawdę uwierz mi nigdzie nie uciekam,
nie oddalę sie nawet na krok coś mnie tu trzyma hmm? Wiem to jest twój wzrok,
zniewalasz mnie z nóg,
jesteś jak anioł,
którego zesłał mi Bóg,
więc pytam cię aniele Mój
czy kiedyś mnie pokochasz?
bo ja chcę być twój,
chcę byś mnie kochał tak jak kocham cię ja,
nie chcę się już bawić,
miłość to nie jest gra,
więc proszę postaraj się mnie pokochać,
bo ja już nie chcę całymi dniami za Tobą szlochać, chcę mieć cię blisko
i dać ci wszystko,
tylko o to proszę
czy to tak wiele?
pytam się ciebie Mój ty aniele,
daj nam jeszcze jedną szanse
ja z Tobą chcę dzielić nocne seanse.
więc jeszcze raz proszę -
pokochaj mnie, dam ci cały świat,
dam Ci siebie.



2007-05-17 21:31:18
wiersz nosi tytuł Bartuś ale niestety to nie ja go napisałam

Bartuś:)

Mój Bartusiu mój kochany,
Twój wielbiciel ci oddany,
Pisze wierszyk z myślą o tym,
Że gdy bedziesz miał kłopoty,
To tych kilka pieknych słów,
Niech przypomnic teraz znów,
Że ktos taki jak ja właśnie teskni mocno,
Kocha takze.



2007-05-17 21:28:30
tak to juz jest...

A...to tylko sen;(

Jedziemy ulicami
tak porostu sami...
Wtedy czuję, że żyję.
Moje serce tak mocno bije.
Duma mnie rozpiera.
Wiem już nie jestem sama;)
Samotność już powoli umiera...
Gołębie tak ślicznie gruchają
Jestem taka szczęśliwa;)
W bajce zakochanych nas witają
Czuje jak by mój był cały świat
Czuje On mnie Kocha ,mówi o tym cały czas.
Jestem jak rozkwitający szybko kwiat;)
NAGLE... słyszę jakiś głos...
obudziłam się...TO BYŁ SEN...
Chce DO NIEGO...powrócić;(
Chce być KOCHANA...
Teraz to się zmieniło..
A tak pięknie BYŁO..
Każdej kolejnej nocy śnie...
I za tym snem tęsknie;(
DLACZEGO TAK NIE JEST W ŻYCIU????



2007-05-17 21:23:42
,,,,,,

Ach, czemu?

W serce natrętnie puka,
W nim miejsca swego szuka.
Ach, czemu zawsze musi
Swym ciepłem duszę skusić.

A potem odejść bez słowa
Zostawić biedne serce,
Przysięgi nie dochować
I uciec w inne miejsce?



2007-05-17 21:22:13
,,,,,,,,

-A teraz ...? -

Nic mi nie obiecywałeś.
Wiem wiem.
Przeciwnie.
Od razu powiedziałeś – nie.
Ale ja nie posłuchałam.
Wierzyłam.
Że się zmienisz.
Że docenisz.
Niestety.
Życie jest życiem.
Cudów nie ma.
I teraz to głupie słowo „kocham”
nie ma znaczenia.




2007-05-17 21:19:40
tez z neta ale śliczny wiersz


>Pierwsza miłość<

Pamiętam nasze pierwsze spotkanie,
ogień w oczach i uśmiech na twarzy.
Wszystko działo się tak szybko
i właśnie to było cudowne.
Naraz słońce stało się jaśniejsze,
róże mocniej pachniały,
życie było piękne, a troski znikały.
Kochałam, kiedy mówiłeś.
Twoje jedno słowo starczyło mi za tysiąc innych.
Kochałam, kiedy się śmiałeś.
Twój uśmiech był najpiękniejszy na świecie.
Kochałam kolor Twych oczu, Twoje dłonie...
Kochałam Ciebie.
Miłość była dla mnie różą,
była aniołem, rzeczą barwną jak motyl,
była moim życiem.
Teraz wiem, że to wszystko to złudzenie,
nierealna fatamorgana - piękny widok,
który szybko znika i niszczy nadzieję...
Róża jest śliczna, lecz zadaje rany.
Anioł - cudowny, lecz kim on jest?
Nikt go nie widział.
Motyl - wspaniały, lecz tak szybko umiera.
A Ty? Byłeś i Cię nie ma,
miałeś być i Cię nie będzie.
Czy tak wygląda szczęście...?
Teraz wiem, że miłość to ból i rany.
Nigdy tego nie zrozumie ten, kto nie kochał
i nie był kochany...



2007-05-17 21:06:02
,,,,,

"A Zapomniałam Cię"

Co mam zrobić, by o Tobie zapomnieć?
Wymazać Cię z pamięci?
Wspomnienia o Tobie tak bardzo bolą
Dobrze wiesz jak rany powoli się goją...
Już nie chcę czuć tego bólu!
Codziennie Cię widzę
A jednak w Twoje oczy spojrzeć się wstydzę...
Dlaczego?
Przecież kiedyś w nie patrzyłam
dniami i nocami...
Tak dziwnie sie teraz czuję
Gdy jesteś blisko trochę się krępuję
Teraz jesteś w objęciach, może innej..
Inną masz obok siebie
I nas jest w siódmym niebie..
Dlaczego mi Ciebie tak bardzo brakuje??
Przecież mam do Ciebie żal..
Gdy patrzę w dawną dal.....
A jednak myślę i tęsknię

2007-05-17 21:03:58
wiersze które uwielbiam a znalazłam przypadkiem w necie


„Chcę być...”

Chcę być deszczem.
Zaklęta w maleńkich kropelkach
Delikatnie muskać Twoją twarz...

Chcę być wiatrem.
Nieświadomie, lecz z miłością
Dotykać Twego ciała, Twoich włosów...

Chcę być słońcem.
Aby każdy, nawet najmniejszy promień
Patrzył prosto w Twe piękne oczy...

Chcę być śniegiem.
Aby każdy biały płatek
Rozpływał się czując ciepło Twych ust...

Chcę być sobą...
Chcę być z Tobą...
Chcę być Twoja...
Chcę być...

2007-05-16 17:58:40
Raz Dwa Trzy- kołysanka
Królu mój, ty śpij, ty śpij, a ja,
Królu mój, nie będę dzisiaj spał.
Kiedyś tam będziesz miał dorosłą duszę,
Kiedyś tam, kiedyś tam ...
Ale dziś jesteś mały jak okruszek,
Który Los rzucił nam.

Skarbie mój, ty śpij, ty śpij, a ja,
Skarbie mój, do snu ci będę grał.
Kiedyś tam będziesz spodnie miał na szelkach,
Kiedyś tam, kiedyś tam ...
Ale dziś jesteś mały jak muszelka,
Którą Los rzucił nam.

2007-05-16 17:58:03
kołysanka z filmu Tato
Tylko śpij i aż spij
A mnie prowadź tam
Tam gdzie jestes
Chcę byc tam gdzie ty
W niebie?Czemu nie..
W piekle?Aż na dnie...
Będę wszędzie,wszędzie będę
Czy to ważne gdzie to będzie?
Więc przytul się i spij
Tylko czas nie chodzi spać
Bo ma czas
Jest twardy,o tak,jak głaz
Jutro zbudzisz dzień
Jutro ja- twój cień
Będę wszędzie,wszędzie będę
Nawet gdy mnie juz nie będzie...

Tylko śpij i aż śpij
Wniebowzięty chór wszsytkich świętych
Patrzy na nas w dół
A to tylko ty
A to tylko ja
Ty maleństwo niepojęte
Boże,życie bywa piękne...
Już przytul się i śpij
Czekolady pełna noc
Gwiazdy jak cukierki
Ech...czas je zdjąć
Jutro obudź dzień
Jutro ja- twój cień
Będę wszędzie,wszędzie będę
Nawet gdy mnie już nie będzie...

2007-05-16 17:57:35
kołysanka Maryli Rodowicz
Był sobie król, Był sobie paź
i była też królewna
żyli wśród róż, nie znali burz
rzecz najzupełniej pewna

Kochał ją król, kochał ją paź
kochali ją oboje
i ona ich kochała też
kochali się we troje

Lecz srogi los, okrutna śmierć
w udziale im przypadła
króla zjadł pies, pazia zjadł kot
królewnę myszka zjadła

Lecz żeby ci, nie było żal
dziecino ukochana
z cukru był król, z piernika paź
królewna z marcepana.


pod tym linkiem mozecie sciagnąć mp3 http://www.marylarodowicz.pl/start.htm

2007-05-16 17:55:17
Na dobranoc
Powoli spacer nasz się kończy,
nad miastem cicho noc się toczy.
Zza siódmej góry wyszedł księżyc,
by słońce mogło zmrużyć oczy.

Zniknęły z ulic samochody,
latarnie jasnym światłem świecą.
Ptaki umilkły: może śpią już,
może się zamyśliły nieco?

Wiaterek także przysnął sobie,
cicho po dachach kot się skrada
i tylko zegar swoim tik-tak
do snu nam bajki opowiada.

2007-05-16 17:54:52
,,,,,,,
Śpij, syneczku,
dom już śpi
owinięty
w czarny koc.
Śpią już drzewa,
kwiaty śpią,
a nad nimi
czuwa noc.

Śpij, syneczku,
krasnal śpi,
płomień muchomora
zgasł,
kołysankę
nuci świerszcz,
kołysankę
śpiewa las.

2007-05-16 17:54:29
Dzień zasypia -Kołysanka
Dzień zasypia
— śpi już pies,
rybki w rzece śpią już też.
Śpią gdzieś w trzcinach dzikie kaczki
— w lesie kurki i maślaczki,
— czarna wrona śpi na dębie,
— w starych dziuplach śpią gołębie.
Gdzieś pod miedzą zając śpi.
A więc czemu nie śpisz Ty?
Już liliowy odszedł dzień.
Idzie sen, idzie sen...

2007-05-16 17:53:17
Dawno już ucichł
Dawno już ucichł
złoty kogucik
i królik biały kwiatów nie depcze.
Ogromna Wisła
pod niebo wyszła,
z gwiazdami szepcze...
Gliniany konik
wszedł za wazonik,
by się spokojnie zdrzemnąć do świtu.
Synku maluśki,
do swej poduszki
i ty się przytul...

2007-05-16 17:52:34
Chodź, bajeczko!
Chodź, bajeczko,
bajuchno,
czasu mamy
maluchno,
dziecku chce się spać,
dziecku chce się spać!
Stoi bajka za drzwiami,
stuka-puka trepkami -
a prędzejże wchodź,
a prędzejże wchodź!
Przyszła, siadła na stołeczku,
przejrzała się w lustereczku -
bajeczka, bajuchna!
Teraz powiedz,
gdzieżeś była,
coś widziała,
coś robiła -
bajeczko, bajuchno?
Jak przechodziłam przez las
krzaki szeptały:
- Jak się masz!
Jak przechodziłam przez bór,
witał mnie śpiewem
ptasząt chór!
Jakie cuda, jakie cuda!
Jak szłam przez mosteczek
- zgubiłam czepeczek,
a jak szłam przez rzeczkę
- zgubiłam wstążeczkę...
Jakie dziwy, jakie dziwy!
Wstąpiłam do muszki,
zjadłam dwa pierożki!
Wstąpiłam do osy,
napiłam się rosy!
Jakie cuda, jakie cuda!
Wstąpiłam do myszki,
pomyłam jej łyżki!
Spotkałam się z wróżką -
dała mi jabłuszko!
Jakie dziwy, jakie dziwy!
Teraz przyszłam tutaj,
nabajałam wiele...
Gdy bajeczka baje -
wszystkim jest weselej!

2007-05-16 17:51:50
Chmurka się uniża
Chmurka się uniża,
wieczór się przybliża,
śpij, śpij, syneczku, śpij...

Tupie deszcz po sadzie,
nocka spać się kładzie,
śpij, śpij, syneczku, śpij...

A jak uśnie nocka,
synek zmruży oczka,
śpij, śpij, syneczku, śpij...

Siwe oczka zgasną,
siwe oczka zasną,
śpij, śpij, syneczku, śpij...

Lu, lu, lu, lu, lu, lu,
Lu, lu, lu, lu, lu, lu,
śpij, śpij...

2007-05-16 17:50:56
Bajeczka o księżycu
Księżyc przez noc leci
łapie muszki w gęste sieci
złote muszki
do poduszki

księżyc w rzece sobie pływa
czy to rak jest czy też ryba?
senny raczek
nieboraczek

księżyc mości się w obłoku
przymyka niebieskie oko
śpi już gwiazdka
w ciepłym gniazdku

księżyc bardzo smacznie ziewa
kołysze się lampa nieba
złote muszki
spod poduszki
senne raki
nieboraki
małe gwiazdki
w ciepłych gniazdkach
liście w wietrze
wiatr w powietrzu
i my
i my

2007-05-16 17:49:34
Był sobie...
Już gwiazdy lśnią.
Już dzieci śpią.
Sen zmorzył mą laleczkę.
Więc główkę złóż, oczęta zmruż,
Opowiem Ci bajeczkę.

Był sobie król.
Był sobie paź
I była też królewna.
Żyli wśród róż, nie znali burz,
Rzecz najzupełniej pewna.

Kochał się król,
Kochał się paź,
W królewskiej tej dziewoi.
I ona też kochała ich.
Kochali się we troje.

Lecz straszny los,
Okrutna śmierć,
W udziale im przypadła.
Króla zjadł pies, pazia zjadł kot,
Królewnę myszka zjadła.

Lecz żeby Ci
Nie było żal,
Dziecino ma kochana,
Z cukru był król, z piernika paź,
Królewna z marcepana.

2007-05-16 17:48:18
Dobranoc już czas...
Dobranoc już czas
I koniec na dziś
Już śpią wszystkie bajki
I śpi bury miś
I cisza dokoła
I mrok ściele się
Oczęta zamknij przyjdzie słodki sen

Lulaj, lulaj, lu
Lulaj, lulaj, lu
Śpij maleńka, śpij
Dobranoc
2x

Bo sen może spełnić
Marzenia twe
W świat baśni powiedzie
I ciebie, i mnie
I cisza dokoła
Ty także już śpisz
Jak słodko się uśmiechasz kiedy śnisz.

Lulaj, lulaj, lu
Lulaj, lulaj, lu
Śpij maleńka, śpij
Dobranoc
2x

2007-05-16 17:47:11
mało znana ale śliczna kołysanka
Idzie księżyc ciemną nocą
Ma w fartuszku tysiąc gwiazd
Gwiazdki błyszczą i migocą
Aż wyjrzały ptaszki z gniazd

Jak wyjrzały zobaczyły i nie chciały dalej spać
Marudziły, grymasiły żeby im po jednej dać x 2

Gwiazdki nie są do zabawy, toć by nocka była zła
Hej usłyszy kot kulawy cicho bądźcie, cicho szaaa

2007-05-16 17:42:19
najpopularniejsza kołysanka ACH ŚPIJ KOCHANIE
Tę kołysanke chyba każdy z nas kiedyś słyszał :)


Ach śpij kochanie
Jeśli gwiazdkę z nieba chcesz - dostaniesz
Czego pragniesz daj mi znać
Ja ci wszystko mogę dać
Więc dlaczego nie chcesz spać?

Ach, śpij, bo nocą,
Kiedy gwiazdy się na niebie złocą
Wszystkie dzieci, nawet złe,
Pogrążone są we śnie
A ty jedna tylko nie...

Aaa... Aaa...
Były sobie kotki dwa.
Aaa... Aaa...
Szarobure, szarobure, obydwa

Ach, śpij, bo właśnie
Księżyc ziewa i za chwilę zaśnie
A gdy rano przyjdzie świt
Księżycowi będzie wstyd,
Że on zasnął, a nie ty

W górze tyle gwiazd,
W dole tyle miast.
Gwiazdy miastom dają znać,
Że dzieci musza spać...

2007-05-16 17:39:28
śliczna kołysaneczka
Śpij i zamknij oczy śnij - śnij
Śpij i zamknij oczy śnij - śnij

A ja będę twym aniołem
Twą radością, smutkiem, żalem
Będę gwiazdą na twym niebie
Będę zawsze obok Ciebie

Jak, wytłumaczyć Tobie mam
Że jesteś wszystkim, tym co mam
Tym co jest dobre i co złe
Uwierz tak bardzo ......

Śpij i zamknij oczy śnij - śnij
Śpij i zamknij oczy śnij - śnij

A ja będę twym aniołem
Twą radością, smutkiem, żalem
Będę gwiazdą na twym niebie
Będę zawsze obok Ciebie

Jak, wytłumaczyć Tobie mam
Że jesteś wszystkim, tym co mam
Tym co jest dobre i co złe
Uwierz tak bardzo Kocham Cię

Jak, wytłumaczyć Tobie mam
Że jesteś wszystkim, tym co mam
Tym co jest dobre i co złe
Uwierz tak bardzo Kocham Cię

A ja będę twym aniołem
Twą radością, smutkiem, żalem
Będę gwiazdą na twym niebie
Będę zawsze obok Ciebie

A ja będę twym aniołem
Twą radością, smutkiem, żalem
Będę gwiazdą na twym niebie
Będę zawsze obok Ciebie

Twym aniołem, twym aniołem
Twym aniołem, twym aniołem

2007-05-16 17:37:32
KołysankA- Cross
Jeszcze umiesz ufnie spać, ścisnąwszy dłoń
W niej cały świat bez lęku dnia
Jeszcze nie wiesz, co to fałsz, zwodniczy czar
Podwójna twarz, okrutna gra

Jeszcze łatwo dzielisz świat na dobro, zło
Na biel i czerń, wiesz, kto jest kto
Jeszcze umieć krzyczeć "chcę" bez pytań, jak
Czy starczy sił, czy warto tak

Ref. Szklana kula rozpryśnie
Ręce raniąc boleśnie
Kiedy los pierwszą lekcję ci da
Jak cię przed tym uchronić
Przed szarością obronić
Życiem nijakim, mdłym, nie wiem jak
Nie wiem jak

Gdzie biel, gdzie czerń
I kto jest kto, jak poznać zło
Ja nie umiem krzyczeć "chcę" bez pytań, jak
Czy starczy sił, czy warto tak

Ciągle gdzieś w rękawie as, bez reguł gra
Wyprzedzać cios, nie Ty to ja
Ciągle gdzieś w rękawie as, bez reguł gra
Wyprzedzać cios, nie Ty to ja

Ref.

Jeszcze umiesz ufnie spać, ścisnąwszy dłoń
W niej cały świat bez lęku dnia
Jeszcze nie wiesz, co to fałsz, zwodniczy czar
Podwójna twarz, okrutna gra

Gdzie biel, gdzie czerń
I kto jest kto, jak poznać zło
Bez pytań, jak
Czy starczy sił, czy warto tak

2007-05-15 15:45:41
Forsycja
Forsycja (Forsythia Vahl) - rodzaj krzewów należący do rodziny oliwkowatych. Obejmuje 6 lub 7 gatunków. Występuje w Azji Wschodniej oraz w Europie na Półwyspie Bałkańskim. Łacińska nazwa rodzajowa upamiętnia szkockiego botanika Williama Forsytha.

Zastosowanie
Roślina ozdobna - forsycja jest często uprawiana jako krzew ozdobny.



2007-05-15 15:39:34
Szyszka
Szyszka, twór złożony z osi i osadzonych na niej zdrewniałych owocolistków (łusek nasiennych) z nasionami, charakterystyczny dla roślin szpilkowych.

Rozwój szyszki trwa zwykle do kilku lat. Po dojrzeniu szyszka odpada (np. u świerka) lub rozsypuje się (np. u jodły). Odmianą szyszki jest szyszkojagoda. Szyszkowate owocostany wykształcają się również u niektórych roślin okrytozalążkowych (np. u olszy).



2007-05-15 15:28:17
Cudeńka z pokrzywy
Florentyński omlet z pokrzywą (dwie porcje)

Nadzienie:

Zbieramy pęczek pokrzyw, najlepiej bardzo młodych-wtedy wykorzystujemy do potrawy całe pędy, gdy rośliny są starsze to odrywamy z nich tylko liście(wagowo bierzemi ich 250g).
Płuczemy je bardzo dokładnie, a następnie usuwamy wodę przez “wytrzasanie”.
Wkładamy do rondla, dodajemy 2 łyżeczki masła i dusimy przez kilka minut , mieszając od czasu do czasu.
Uważamy aby pokrzywa nie rozgotowała się. Miękką roślinę przyprawiamy solą i zmiażdżonym ząbkiem czosnku.

Omlet:

Do kubka wbijamy 4 jajka, wlewamy 4 łyżki mleka i odrobinę soli.
Wszystko doprowadzamy do jednolitej masy (Francuzi są specjalistami od tej potrawy i twierdzą, że wystarczy 17 uderzeń widelcem).
Na dość dużej patelni rozgrzewamy łyżkę masła i wylewamy masę jajeczna.
Smażymy na średnim ogniu, poruszając tak patelnia, by surowe jajka spływały na dno.
Jest gotowy, kiedy spód się przyrumieni, a wierzch pozostanie lekko wilgotny.
Wtedy kładziemy przygotowana pokrzywę na jedną połowę omletu, przykrywamy składając go na pół.
Można posypać po wierzchu tartym serem. Podajemy i konsumujemy natychmiast po usmażeniu.

Koktajl pokrzywowy

1 kilogram młodych liści pokrzyw myjemy i suszymy rozkładając po otrząśnięciu wody na suchą ściereczkę.
Wyciskamy z nich sok w sokowirówce, a pozostałe zmiażdżone liście zalewamy dwoma szklankami wody, odciskamy płyn i dodajemy go do soku.
Taki sok przechowujemy w lodówce, codziennie bierzemy 1 szklankę, mieszamy z taka sama ilością soku z marchwi i doprawiamy sokiem z cytryny.
Powinno wystarczyć na 3 dni kuracji.

Aby poskutkowała, tzn. rozjaśniła i wygładziła cerę, poprawiła samopoczucie, trzeba pić taki koktajl przez 2 tygodnie.

2007-05-15 15:27:01
Lato :))
To są piękne mleczyki czyli mniszek lekarski.

Ato co o nim wiemy i co mozemy z nim robic :)

W ziołolecznictwie stosowany jest w schorzeniach wątroby i nerek oraz w chorobach reumatycznych. Mlecz zawiera związki pobudzające przemianę materii, a tym samym odchudza. Wywar z korzenia tej rośliny pity systematycznie jest znanym środkiem ludowym na wszelkie wypryski skórne.

Mniszek należy do gatunków kosmopolitycznych, można go spotkać prawie wszędzie. Nie będzie wiec problemu ze znalezieniem go.

Szukamy roślin młodych, które jeszcze nie zakwitły, wycinamy całą rozetę liści (najsmaczniejsze są liście, które nie wyszły na powierzchnię ziemi i są lekko żółtawe). Listki myjemy starannie w kilku wodach i suszymy. Rozrywamy rączkami na drobne kawałeczki (ok.2 cm).


Francuska sałatka z mlecza i jajek

Rozdrobnionego mniszka wkładamy do salaterki, którą wcześniej nacieramy ząbkiem czosnku.
Dwa jajka ugotowane na twardo obieramy ze skorupek , niezbyt grubo kroimy i dodajemy do mlecza.
Skrapiamy sokiem z cytryny i odrobiną oleju, na końcu doprawiamy solą i pieprzem.


Jogurtowa sałatka mniszkowa

Do miseczki wkładamy przygotowanego jak wyżej mniszka, dodajemy posiekaną cebule i pokrojony w cieniutkie półplasterki świeży ogórek.

Pojemnik jogurtu naturalnego przyprawiamy sokiem z cytryny, odrobiną musztardy, pieprzem, solą i cukrem.
Powstałym sosem polewamy sałatkę tuż przed podaniem, po czym mieszamy i posypujemy natką pietruszki.





2007-05-13 13:40:39
DZIECIOLAND
To są linki na stronki z fajnymi grami, historyjkami, bajkami, kolorowankami i konkursami dla naszych pociech w róznym wieku (szkolnym i przedszkolnym) :)

http://www.nesquik-club.com/pl

http://www.dziecionline.pl

http://www.supergry.pl

http://www.gierki-internetowe.pl

http://www.sieciaki.pl

http://www.kolorowanki-dla-dzieci.pl

http://www.funnymathforkids.com

http://www.misie.com.pl

http://dzieci.wp.pl

http://www.krasnoludki.pl

http://www.urwisy.pl

http://www.barbie.com

http://www.bajka.pl

http://www.bajki.com

http://wesolemiasteczko.interia.pl

http://www.pankuleczka.pl

http://www.puchatek.pl

http://www.anikino.pl

http://www.swiatbajek.hagi.pl

http://www.superbaloo.host.s

http://www.muzeumdobranocek.pl

http://www.dman.pl

http://www.jetix.pl

http://www.6ka.pl

http://www.nostalgia.pl

http://www.gumisie.pl

http://www.zyraffa.pl

http://dolinka.szkola.net

http://junior.reporter.pl

http://kids.discovery.com

http://disney.go.com


2007-05-10 16:26:52
Kim będę w przyszłości....?...

..... może będę czołgistą....???......

...a moze.....radiowcem lub pilotem...???...
:))):)):)):)):)):)):))





2007-05-10 16:23:52
Opalamy się

Moje dziecko opala się w domu przy lampce nocnej :)



2007-05-09 22:27:41



Prwda ze śliczniutka ta wiewiureczka? :)





2007-05-09 22:25:37





2007-05-09 22:21:56
WIEWIUR








2007-05-09 22:19:17



To jest wejście na skansen





2007-05-09 22:17:13



Piekna pogoda i piękny San :)





2007-05-04 11:00:48
Pustelnia c.d


zd. 1- zdjęcie i recznie malowany obraz oraz habit św. Jana
zd. 2- Kwiaty zasuszone jeszcze przez św.
zd. 3- obraz który zawsze był bliski św. Janowi





2007-05-04 10:54:28
Pustelnia


To są zdjecia Pustelni św. Jana z Dukli

Zdjęcie 1- napis nad wejściem do pustelni
zdjęcie 2- łóżko na którym spał św. Jan z Dukli
zdjęcie 3- stół i oryginalny brewiarz





2007-05-04 10:45:04
c.d.


To juz dwie ostatnie stacje i to własnie te najbardziej meczonce. Aby dojść do ostatniej stacji idzie sie pod prawie pionowa góre ale przezycie jest cudowne...





2007-05-04 10:43:11
c.d.




Trzy kolejne stacje drogi krzyżowej...





2007-05-04 10:42:07
c.d.





Trzy kolejne stacje drogi krzyżowej...





2007-05-04 10:41:05
c.d.



Trzy kolejne stacje drogi krzyżowej...





2007-05-04 10:39:53
Dukla

To są kolejne stacje przepięknie zrobionej drogi krzyżowej w Dukli. Ta droga krzyżowa jest przepiękna i bardzo meczonca

Trzy pierwsze stacje drogi krzyżowej...





2007-05-04 10:25:41
.....
....





2007-05-04 10:22:48
3MAJ

....Piękna słoneczna pogoda, aż żal było siedzieć w domu. Wybraliśmy się na zakupy na Słowacje ale.....nie dojechaliśmy :) Piekne okoliczne miejscowosci pochłoneły nas bez reszty...Sami zobaczcie czy okolice Sanoka nie są piękne...?

Co poniektóre zdjęcia są mało wyraźne ponieważ były robione podczas jazdy przez okno :) ale i tak są piękne widoczki :)





2007-05-02 23:28:44
Flamenco




To nasza duma Sanokcki zespół Flamenco



2007-05-02 23:15:27
...to nadal skansen :)





2007-05-02 23:04:57
Muzeum Budownictwa Ludowego w Sanoku
Park Etnograficzny w Sanoku należy do najpiękniejszych muzeów na wolnym powietrzu w Europie (malownicze położenie na prawym brzegu Sanu u podnóża Gór Sanocko-Turczańskich dość wiernie odzwierciedla fizjografię Podkarpacia).

Pod względem ilości obiektów jest największym skansenem w Polsce.

Na obszarze 38 ha prezentowana jest kultura polsko-ukraińskiego pogranicza we wschodniej części polskich Karpat (Bieszczady, Beskid Niski) wraz z Podkarpaciem. Poszczególne grupy etnograficzne (Bojkowie, Łemkowie, Pogórzanie i Dolinianie) posiadają oddzielne sektory ekspozycyjne znakomicie dostosowane do fizjografii terenu.
Odtwarzając typowe układy zabudowy wsi i zagospodarowania zagród na terenie Muzeum zgromadzono ponad 100 obiektów budownictwa drewnianego z okresu od XVII do XX wieku, gdzie obok budynków mieszkalnych, mieszkalno-gospodarczych i gospodarczych, w Parku znajdują się również obiekty sakralne (XVII-wieczny kościół, dwie XVIII-wieczne cerkwie bojkowskie, jedna okazała cerkiew łemkowska z samego początku XIX w. i kilka malowniczych kapliczek), budynki użyteczności publicznej (szkoła wiejska, zajazd) oraz obiekty przemysłowe (młyn wodny, wiatraki, kuźnie). Zarówno świątynie jak i większość budynków mieszkalnych oraz gospodarczych, posiadają w pełni urządzone i udostępnione do zwiedzania wnętrza (m.in. warsztaty rzemieślnicze: tkackie, garncarza, kołodzieja, wytwórcy drewnianych łyżek, koszy wiklinowych itp.).
Na terenie Parku Etnograficznego urządzono wspaniałą stałą ekspozycję malarstwa ikonowego pt. Ikona karpacka, na której zaprezentowano ponad 220 ikon (od XV do XX w.), ukazujących pełny rozwój tego typu malarstwa w strefie polskich Karpat.
Dopełnieniem działalności wystawienniczej są wystawy czasowe organizowane ze zbiorów własnych (na ekspozycjach i w magazynach znajduje się bowiem blisko 30.000 muzealiów skupiających zabytki z zakresu kultury ludowej, kultury mieszkańców podkarpackich miast i miasteczek, w tym bogate kolekcje ikon, oleodruków, judaików, zegarów, naczyń miedzianych, ceramiki, kilimów oraz innych przedmiotów z zakresu sztuki i rzemiosła artystycznego).
Muzeum prowadzi znaczącą działalność wydawniczą - systematycznie ukazują się Materiały Muzeum Budownictwa Ludowego w Sanoku (rocznik o charakterze regionalnym poświęcony etnografii Podkarpacia) oraz czasopismo naukowe Acta Scansenologica(traktujące o problemach muzeów skansenowskich w Polsce i na świecie).





2007-05-02 22:42:02
Szlak ikon DOLINA SANU


Oto krótki opis szlaku ikon Doliną Sanu:

Sanok

Prawosławna cerkiew katedralna p.w. Św. Trójcy, siedziba biskupa Diecezji Przemyskiej i Nowosądeckiej, murowana, zbudowana w 1784 r.

Olchowce

Dawna cerkiew parafialna p.w. Wniebowstąpienia Pańskiego, drewniana, wzniesiona w 1844 r. Obecnie użytkowana przez kościół rzymsko-katolicki.

Sanok - Muzeum Budownictwa Ludowego

Cerkiew z Grąziowej zbudowana została w 1731 r. Do parku etnograficznego przeniesiono ją w roku 1968.

Sanok - Muzeum Budownictwa Ludowego

Zespół cerkiewny z Rosolina składa się z trzech obiektów: cerkwi, dzwonnicy i kostnicy. Jest to oryginalny osiemnastowieczny zespół, którego rozbiórka w terenie nastąpiła jeszcze w 1957 roku.

Muzeum Budownictwa Ludowego

Cerkiew ze wsi Ropki koło Wysowej reprezentuje odmianę charakterystyczną dla zachodniej i częściowo środkowej Łemkowszczyzny.

Dąbrówka Sanocka

Dawna cerkiew par. gr.-kat. p.w. św. Dymitra, od 1969 kościół par. rzym.-kat. p.w. Narodzenia N.P. Marii. Pierwotna wzniesiona przed 1573 z fundacji popa Andrzeja Kopystyńskiego, drewniana.

Olchowa

Ddawna cerkiew fil, gr.-kat. Pierwotna wzmiankowana 1761. Obecna wzniesiona ok. 1840 przez majstra z Wielopola. Opuszczona, częściowo zrujnowana.

Trepcza

Dawna cerkiew fil, gr.-kat. p.w. Zaśnięcia N.P. Marii, od 1946 kościół fil. rzym.-kat. Pierwotna drewniana wzmiankowana 1753. Obecna wzniesiona 1807, rozbudowa­na zapewne 2 poł. XIX w. (przedłużono nawę dobudo­wując babiniec i wieżę).

Miedzybrodzie

Dawna cerkiew par. gr.-kat. p.w. Trójcy Św., obec­nie kościół fil. Rzym.-kat. Wzniesiona 1899-1900 z fundacji Aleksandra Wajcowicza. Murowana, potynkowana.

Mrzygłód

Cerkiew par. p.w. Rozesłania Apostołów. Poraz pierwszy wzmiankowana 1410. Wzniesiony zapewne 1. ćw. w. W. XV, zniszczony przez Tatarów 1624, wielokrotnie odnawiany i przerabiany m.i. po 1624, 1881, 1934, 1965.

Hłomcza

Dawna cerkiew par. gr.-kat. p,w. Soboru Matki Boskiej, od 1946 kościół fil, rzym.-kat., obecnie cerkiew par. prawosł. Wzniesiona 1859 zapewne na miejscu star­szej.

Łodzina

Dawna cerkiew fil. gr.-kat. p.w. Narodzenia Naj świętszej Marii Panny, obecnie kościół fil. rzym.-kat. Zbudowana w1743. Remontowana: 1875 (roboty prowadził Timofiej Sabczak) - 1900 i 1977.

Dobra Szlachecka

Dawna cerkiew parafialna. gr.-kat. p.w. Podwyższenie I Krzyża, od 1946 kościół rzym.-kat. Pierwotna wzmiankowana 1433. Obecna wzniesiona 1879, uszkodzona 1944 (zniszczona wieżyczka nad nawą).

Ulucz

Najstarsza, drewniana cerkiew w Polsce p.w. Wniebowstąpienia Pańskiego, zbudowana w 1510 r. Wchodziła w skład zespołu klasztornego bazylianów. Obecnie filia MBL
w Sanoku. Położona na szczycie stromego, owianego legendami wzgórza "Dębnik", na północnym krańcu wsi.

Tyrawa Solna

Dawna cerkiew gr.-kat, p.w. św. Jana Chrzciciela, od 1946 kościół fil. rzym.-kat. Pierwotna wzmiankowana 1679, obecna wzniesiona 1837 z fundacji Jereja Mejckiego, parocha w Tyrawie Solnej, przez majstrów ciesielskich: Wasyla Bułkstrimita, Gabriela Mlaciaowskiego i Andrzeja Dudę.

Siemuszowa

Drewniana, filialna cerkiew grecko- katolicka
pw. Przemienienia Pańskiego, zbudowana w
1840 r. Obecnie użytkowana jako kościół
rzymsko-katolicki.

Hołuczków

Dawna cerkiew par. gr.-kat. p.w, św. Paraskiewy, od 1946 kościół fil. rzym.-kat. Pierwotna 64 wzniesiona zapewne pocz. w. XVIII. Obecna zbudowana 1. poł. w. XIX przez Konstantego Mielnika, miejscowego cieślę

Wujskie

Kościół par. p.w. św. Kosmy i Damiana. Zbudowany 1804, do 1838 cerkiew gr.-kat., od 1947 ponownie kościół rzym.kat. Remontowany 1922 i 1976. Klasycystyczny; wnętrze zatraciło cechy stylowe w czasie remontu. 1976. Orientowany.

2007-05-02 22:24:05
Spływy kajakowe po rzece San
San płynie się na odcinku 458 km wijąc się między górami i pogórzami tworząc malownicze przełomy.
Nie brak nad nim ośrodków wypoczynkowych , pól biwakowych i gospodarstw agroturystycznych.
Aktywny wypoczynek na Sanie można połączyć ze zwiedzaniem ciekawych miejsc,np.ruiny zamku Kmitów,linii Mołotowa,skansenu w Sanoku,Szlaku Ikon czy Twierdzy Przemyśl..

Propozycja spływu 1-dniowego
1.Początek spływu u ujścia Hoczewki – zakończenie w OW.SOSENKI w Sanoku (28km)
Cena 60zł

2.Początek spływu w Zwierzyniu - zakończenie w OW.SOSENKI w Sanoku ( 36 km)
Cena 70zł

3. Początek spływu w OW.SOSENKI – zakończenie w Uluczu (25km)
Cena 60 zł

Możliwość zakończenia spływu pieczeniem prosiaka lub tradycyjnych kiełbasek na ognisku oraz zakwaterowania w domkach kampingowych.

Propozycja spływu 2-dniowego
Wyjazd w sobotę rano z OW.SOSENKI do miejsca rozpoczęcia spływu.
I etap –ujście Hoczewki - OW.SOSENKI ( 28 km)
II etap- OW.SOSENKI – Ulucz (25km)
Cena 180 zł

2007-05-02 22:17:49
.....
Secesyjna willa rodziny Zaleskich - XIX w.



Drewniana cerkiew greko-katolicka z 1844 r. - dz. Olchowce.Obecnie użytkowana przez kościół rzymsko-katolicki, we wnętrzu częściowo zachowane wyposażenie cerkiewne z XVIII i XIX w.
(foto: Arkadiusz Komski)





2007-05-02 22:16:01
....
Kościół farny pw. Przemienienia Pańskiego z lat 1874-87, zbudowany po pożarze poprzedniej, starszej budowli. W prawej nawie renesansowa płyta nagrobna Sebastiana Lubomirskiego, przeniesiona z poprzedniego kościoła.


Dom Mansjonarzy z XVII w. Fundacji kanonika przemyskiego Franciszka Goźlińskiego, postawiony obok nieistniejącego już kościoła farnego p.w. Archanioła Michała.



XVIII i XIX w. zabudowa mieszczańska starówki.





2007-05-02 22:14:22

Kościół i klasztor OO. Franciszkanów z lat 1632-40, barokowy, później przebudowywany, we wnętrzu późnobarokowe ołtarze oraz obraz Matki Boskiej Ziemi Sanockiej.


Ratusz miejski z XVIII, przebudowywany w późniejszych latach. Na elewacji frontowej zegar, herb miejski i godło państwowe


Budynek dawnego Starostwa - z lat 1875-80, obecnie Urząd Miasta. Na fasadzie herb Ziemi Sanockiej.





2007-05-02 22:00:27
Sanockie zabytki


Zamek - gotycki zamek kazimierzowski, postawiony w miejscu dawnego, ruskiego grodu, przebudowany w latach 1523-48 na styl renesansowy. Boczne skrzydła uległy zniszczeniu w XIX w.Aktualnie na Zamku stałe ekspozycje.


Budynek tzw. Zajazdu zbudowanego w latach 1775-99r. - siedziba dyrekcji Muzeum Historycznego.


Katedralna Cerkiew Prawosławna pw. Św. Trójcy z 1784r. w stylu klasycystycznym, we wnętrzu pełny ikonostas z XIX w barokowe ołtarze boczne z I połowy XVIII w. oraz XVII wieczna ikona Matki Boskiej z Dzieciątkiem.





2007-05-02 21:52:52
Sanok i okolice


Chciałam Wszystkich zachęcić do przyjazdu w Bieszczady. Sanok leży już prawie w Bieszczadach mówi się że Sanak to "Brama w Bieszczady" i jest tu naprawde pięknie... z resztą oceńcie to sami...


Miasto Sanok stanowi dopełnienie oferty gór i Zalewu Solińskiego.
Mamy tu wiele atrakcji np...
- Bary
- Dyskoteki
- Kawiarnie i Cukiernie
- Pizzerie http://pizzasanok.bieszczady24.pl
- Puby http://upapena.fastom.pl
- Restauracje http://uszwejka.bieszczady24.pl/
http://www.alibaba.sanok.pl
http://www.galicja.sanok.pl/
- Herbaciarnie http://umnicha.sanok.pl
- Hotele http://sanvit.sanok.pl
http://www.trzyroze.bieszczady24.pl/
- Skansen
- Zabytki
- Baseny
- Tor lodowy
- Szkoły Łowieckie
- Szkoły jeździeckie
- Pracownie ikon
- Skoki spadochronowe
- Kluby Sportowe
- Siłownie i Fitness Kluby
- Wyciągi
- Domy kultury
- Muzea
- Zabytki
- Kina
- Galerie
- Biblioteki
- Wiele innych ciekawych rzeczy :)





2007-05-01 08:25:36
Ciekawostki-Wielbłąd zabił właścicielkę

Cathie Ake z Wawahitchka na Florydzie zmarła po tym, jak ważący ponad 800 kilogramów wielbłąd z jej farmy kopnął ją, po czym na niej usiadł.

Zdarzenie sfilmowała lokalna stacja telewizyjna. W niedzielę, kiedy doszło do wypadku, kręciła film o farmie z egzotycznymi zwierzętami, którą prowadziła pani Ake z mężem.

Według Donniego Ake, czteroletni wielbłąd Polo był podekscytowany z powodu okresu godowego. Teraz Donnie szuka nowego domu dla zwierzęcia, które państwo Ake zakupili zaledwie przed trzema tygodniami

2007-05-01 08:21:15
Historyjka obrazkowa



2007-05-01 08:12:58
Gdzie jest ojciec???? :)))
Zadanie:
Matka jest o 21 lat starsza od swojego dziecka. Za 6 lat Dziecko będzie 5 razy młodsze od matki
Pytanie:
Gdzie jest ojciec? To zadanie jest do rozwiązania i nie jest tak trudne, na jakie wygląda. Nie patrz na rozwiązanie, można je rozwiązać matematycznie.
Uwaga:
Pytanie "Gdzie jest ojciec" musisz dokładnie przeanalizować.


Rozwiązanie:
Dziecko ma dzisiaj X lat, a jego matka Y lat.
Wiemy, że matka jest 21 lat starsza od dziecka.
W następstwie:
X + 21 = Y
Wiemy również, że za 6 lat dziecko będzie 5 razy młodsze od matki. Możemy zatem napisać następujące równanie:
5 (X + 6) = Y + 6 Zastąpimy Y przez X i rozpoczynamy rozwiązywać:

5 (X + 6) = X + 21 + 6
5X + 30 = X + 27
5X - X = 27 - 30
4X = -3
X = -3/4
Dziecko ma dzisiaj -3/4 roku, co jest równe -9 miesięcy...

Rozumując matematycznie, można przez to dowieźć, że matka jest w tym własnie momencie BZYKANA!!

Rozwiązanie:
OJCIEC JEST NA MATCE

2007-05-01 08:10:01
Z pamiętnika posła :)
PONIEDZIAŁEK
Znów do roboty... Zaledwie zakończyła się poprzednia sesja parlamentu, pamiętam, śpiewaliśmy kolędy i dawaliśmy sobie podarunki pod choinkę, a tu znów już trzeba do roboty. Dzieciaki się śmieją, bo akurat zaczynają się im wakacje a ja muszę kisić się w ławce. No ale nic, trzeba przecierpieć te dwa albo i trzy tygodnie. Chyba wystąpię o dodatek za pracę w nadgodzinach. Kto to widział tyle tyrać.

WTOREK
Jak gorąco! Odparzyłem sobie pośladki o ławę. Wkurzyło mnie to i rzuciłem pomysł strajku. Oflagowaliśmy się, założyliśmy Poselski Komitet Strajkowy i ogłosiliśmy listę 22 postulatów, bez spełnienia których nie przerwiemy strajku. W razie niespełnienia postulatów zagroziliśmy głodówką rotacyjną, tzn. głodować będą po kolei wszyscy posłowie w godzinach 8 - 8.15 rano i 02 - 02.30 w nocy, oraz wszyscy w przerwach między posiłkami. Ci z ZCHN głosowali "za", bo w starszym wieku dobrze jest się czasem przegłodzić, ale pod warunkiem żeby głodówkę nazwać postem, bo poszczenie jest jak najbardziej zgodne z wartościami chrześcijańskimi.

ŚRODA
Zachorował kolega z naszego klubu. Mówiłem mu, że langusty z kawiorem nie popija się litrem koniaku! Wysłaliśmy mu życzenia do szpitala: "Drogi kolego, życzymy szybkiego powrotu do zdrowia. 34 za, 5 przeciw, 2 się wstrzymało".

CZWARTEK
Wczoraj na balandze doszliśmy do wniosku, że właściwie zapomnieliśmy o jeszcze jednym postulacie: Żądamy podwyżki diet do przeciętnej płacy kongresmana i wypłaty jej w dolarach. Fuck! Okazało się, że kongresman zarabia mniej niż my. Wycofaliśmy postulat i nagłośniliśmy to jako wyraz naszej troski o społeczeństwo i jako przykład skromnych wymagań materialnych parlamentu.

PIĄTEK
Kupili mi Mercedesa 500. Moi wyborcy przestaną się wstydzić, że jeżdżę jakimś marnym BMW.

SOBOTA
Obudziłem się zlany potem, ale po chwili okazało się, że to tylko sen. Nadal mam przy sobie - jak każdy mężczyzna - narzędzie gwałtu. Ufff.

NIEDZIELA
Pod oknami wrzeszczeli rolnicy albo nauczyciele. Jeden motłoch, chuj z nim. Przeszkadzają w mszy i nie usłyszałem kto załapie się na kolejną wycieczkę do Rzymu z prezydentem. Wedle listy z naszej partii powinien jechać teraz szwagier ciotki mojego szofera, ale jak znam życie to pojedzie znów stryjenka wuja tego elektryka od maszynki do głosowania. Facet powiedział, że albo ją poślemy albo przestanie dodawać nam głosów.

PONIEDZIAŁEK
Po paru piwkach jechałem sobie środkiem chodnika (przecież nie pojadę ulicą, bo o wypadek nietrudno) i jakiś palant potrącił mego Merca. Rodzinę ofiary obciążono kosztami naprawy.

WTOREK
Spotkanie z wyborcami. Obiecałem emerytom po 130 milionów renty. Bili brawo. Potem nazwałem prezydenta agentem. Bili brawo. Potem rzuciłem hasło "precz z żydostwem". Bili brawo. Potem powiedziałem, że solidaryzuję się z nimi, bo też zarabiam zaledwie 20 milionów. Bili - ale mnie. Okazało się, że oni wprawdzie zarabiają 20 mln lecz rocznie. Muszę uważniej czytać notatki jakie mi robią w biurze.

ŚRODA
Zgłosiłem votum nieufności w stosunku do rządu. Na szczęście koledzy powiedzieli mi, że pięć dni temu obaliliśmy tamten rząd i teraz jestem wicepremierem. Nawet nie wiedziałem. Powiedziałem, że się pomyliłem. I tak wszyscy spali.

CZWARTEK
Dzisiaj głosowaliśmy nad jakąś ustawą czy podatkiem - nie pamiętam. Czytałem sobie "NIE" i nagle widzę, że kamerzysta usiłuje sfilmować jak ktoś obok mnie głosuje na dwie ręce i jedną stopę. A to sukinsyn! Kamerzysta. Usiłuje manipulować opinią publiczną. Wezwałem i opieprzyłem. Jej, jak ja to lubię!

PIĄTEK
Prezydent zrobił aluzję, że już dawno nie całowaliśmy go w dupę. Powiedział - bezczelny - że jakby co, to rozwali ten cały parlament siekierą. Cham ze słomą w butach. Nie pomyślał, że musiałbym wtedy wrócić do tej kanciapy na budowie i dalej robić za stróża nocnego.

SOBOTA
Zawiązaliśmy koalicję. Ja i ta blondyna z KPN... czy może z PSL? Cholera ją wie. Szybko uzgodniliśmy wspólny punkt widzenia i znaleźliśmy płaszczyznę porozumienia. Ruchy frykcyjne... pfu, frakcyjne, odchodziły aż dudniło. Ona trochę narzekała, że obtarła sobie kolana na klęczniku, ale co tam, dla dobra Polski można pocierpieć. Miło było, ale potem okazało się, że to komunistka! Jak Bozię kocham! W środku była całkiem różowa, a miejscami nawet czerwona! Zdekomunizowałem ją przez okno.

NIEDZIELA
Grałem w karty z szefem klubu bezpartyjnych katolików, albo niekatolickich partyjnych. Nigdy się nie mogę w tym połapać. Wygrałem dwa etaty wice wojewody (koledzy się ucieszą!), 15-minutowe "okienko" w TV zaraz przed "Kołem Fortuny", podróż z prezydentem do Gwadelupy i służbową Hondę Accord, ale starą, bo ma już pół roku i 10,000 na liczniku. Będzie dla szwagra, bo pieni się, że ma posła w rodzinie i nawet nie jest jeszcze ambasadorem. Tamtemu łyso było, więc dałem mu potem wygrać w tym głosowaniu nad budżetem. Zabrano emerytom połowę szmalu i podniesiono podatki do 95% Niezły interes zrobiłem, może nie?

PONIEDZIAŁEK
Łotr! Sukinsyn bez czci i sumienia! Ta Honda ma 35.000 na liczniku i popielniczkę pełną petów, a co gorsza prezydent odwołał wizytę w Gwadelupie, o czym wcześniej nie wiedziałem. Jakże pazerni i nieuczciwi bywają niektórzy nasi wybrańcy społeczeństwa.

2007-05-01 08:05:53
Angielski z jajem :)
Jak się chce zamówić coca-colę trzeba powiedzieć
GIMI E KUK

Jak się chce zamówić kawę i ciastko to się mówi
KOFI EN DUNAT

Jak się przytrzaśnie palec w drzwiach należy powiedzieć
FOK

Jak się w sklepie zobaczy coś bardzo drogiego należy powiedzieć
FOK

Jak się jest ofiarą napadu w Bronxie (albo i gdzie indziej) należy powiedzieć
FOK

Jak coś nie działa, należy powiedzieć
FOK ZAT SZIT

Jak ktoś cię denerwuje należy zapytać
ARJU FOKIN MI?

A jak to nie działa to
UAT DA FOK JU UONT?

Gdy kierowca autobusu chce od nas bilet
AR JU FOKIN KREJZI ESHOL? [tak, zaraz go pokażę]

Gdy stoimy w korku i inni kierowcy na nas trąbią:
UAN MOR UORD END IJL GET JOR FOKIN ES AUT FROM DA KA END FOK UP HIR JU
NESTI MOTOFOKIN BICZ [niech pani się nie denerwuje bo to i tak niczego nie przyspieszy]

W sklepie, gdy reklamuję wadliwy towar:
SZIT MEN , JU EW SOLD MI A SOME FOKIN SZIT, JU DEMBES FOKIN MOTOFOKO SZITTY DIK.
[sprzedał mi pan przeterminowane konserwy]

Gdy skaleczymy się w palec, np nożem
OULI SZIT, FOK FOK FOK FOK! FOOOK! [a niech to! do licha!]

Gdy bezdomny czarnoskóry żebrak prosi nas o pieniądze:
GET DA FOK AUT OF HIR BIFOR ILJ KICK JO MOTOFOKIN SZIT ES JU FOKIN NIGER
[pozwól, że spojrzę czy mam jakieś drobniaki w kieszeni]

2007-04-30 18:20:55
Bieszcady
To moje okolice prawda, ze jest tu pieknie? :)





2007-04-30 18:10:41
:):)))
Pozostałości....



2007-04-30 18:09:55
Święta c.d. :):)))
Dalsze losy świeconki ;)





2007-04-30 18:08:48
Święta c.d.
Losy swoeconki tuż po wyjściu z koscioła :)





2007-04-30 18:01:52
Święta
To jest nasza tegoroczna święconka jeszcze przed święceniem :)





2007-04-30 11:19:43
.....
coś jeszcze :)





2007-04-30 11:15:38
c.d. Moja Miłóść :)
Oto kilka zdjęć które udało mi sie zrobić mojemu "mężczyźnie" wczoraj :)





2007-04-30 10:09:37
KONKURS!!!!
Bardzo prosze jeśli tylko podobają sie Wam te zdjęcia wejdzcie i zagłosujcie na nie

http://konkurszdjec.chello.pl/seo/uczestnik/13042/BoskiArt.html

2007-04-29 17:25:40
Humor!!!! :)
Jak macie zły nastrój to zapraszam. Ja lubie się śmiać wiec napisze kilka fajnych dowcipów :)

Dwóch Żydów umawia sie na spotkanie.
- A więc spotkamy sie jutro?
- Tak.
- Gdzie?
- Gdzie chcesz.
- O której godzinie?
- Obojętne.
- Dobrze. Tylko ja cię bardzo proszę: bądź punktualny!


Dwóch facetów siedzi przy barze i narzekają jakie to ich żony są przerażające. Pierwszy mówi:
- Moja jest tak straszna, że jak ją postawiłem na polu zamiast stracha na
wróble, to ptaki oddały zeszłoroczne czereśnie...
Drugi na to:
- A moja ma wymiary 90/80/60.
- To całkiem nieźle.
- Taak... Druga noga tak samo...



Na lekcji religii ksiądz wychwala dobroć Boską. - Jeśli np. któryś ze zmysłów człowieka szwankuje, to dobry Bóg dba o to, żeby inne zmysły były bardziej udoskonalone. Np: ślepiec ma bardziej wyczulony dotyk i słuch. Może któreś z was, drogie dzieci, poda mi inny przykład? Zgłasza się Jaś i mówi: - Mój wujek ma krótszą prawą nogę, ale za to jego lewa noga jest dłuższa


Na środku parkowej alejki stoi młody policjant i płacze.
Przechodzień pyta go, czy może pomóc.
- Ach, proszę pana, zgubił się mój pies patrolowy.
- Nie ma się pan czym przejmować. Z pewnością znajdzie sobie drogę na posterunek.
- Tak. On na pewno, ale ja?







2007-04-29 13:36:10
Moje najwieksze KOCHANIE!!!
... :) To jest zdjecie mojej nawiekszej miłości..... Bartosz wówczas miał 9 miesięcy :)



Szukaj na QZ.pl



Kupuj z Bingo Cosmetics

Na QZ jest 108 osób:
- 108 czytających

Dołącz się ;-) >>

Najnowsze artykuły


Różności
Światowy Dzień Wiedzy na Temat Autyzmu
- Zaświeć się na niebiesko dla autyzmu –

Odżywianie
Bruschetta Rio Mare z tuńczykiem i zielonym sosem
Bruchetta to potrawa, której ojczyzną są Włochy. Jest jedną z podstawowych włoskich przekąsek, a przyrządzić ją można na bardzo wiele sposobów. Podstawą każdej bruchetty jest opieczone na grillu lub patelni pieczywo z dodatkiem oliwy oraz roztartego czosnku.

Dziecinada
Zabawa na zdrowie
W zdrowym ciele zdrowy duch – przysłowie to jest powszechnie znane i przytaczane przy wielu okazjach. Równie często powtarzamy je naszym dzieciom, chcąc, by wyrosły na zdrowych i świadomych ludzi. Jak jednak możemy przekonać najmłodszych do zajadania ze smakiem marchewki, czy buraka?

Zdrowie
Jak trzymać pion?
- bezinwazyjne badanie kręgosłupa

Uroda
Trądzik, nie taki młodzieńczy
Mimo, że już dawno przestałaś być nastolatką, na Twojej twarzy wciąż pojawiają się trudne do usunięcia wypryski i zmiany skórne? Trądzik często nie mija wraz z okresem dojrzewania i zmagać się z nim mogą nawet osoby powyżej 30 roku życia. Nawracające zmiany skórne to poważny problem dermatologiczny, który wymaga leczenia oraz szczególnej pielęgnacji.

Seksolubnie
Czy katolik może cieszyć się seksem?
Kościół może przeciwstawić „modzie" na seks coś bardzo ważnego. Przekonanie, że związek z drugim człowiekiem ma wzbogacać oboje małżonków - a nie ranić. Rozmowa z ojcem dr Ksawerym Knotzem, kapucynem, specjalistą od poradnictwa małżeńskiego.

QZ.pl poleca
Kompleksowe wzmacnianie
W chłodniejsze dni nietrudno o infekcje i przeziębienia. Nadszedł właśnie najgorszy okres dla układu odpornościowego człowieka. Zanim dopadnie nas choroba i sięgniemy po antybiotyk warto samemu zadbać o zwiększenie odporności naszego organizmu.

Dobre rady
Nie daj się alergii
Marzy Ci się weekend na łonie natury, gdzieś na łące czy w lesie? Albo aktywny wypoczynek na wsi wśród zwierząt? Zamiast tego spędzasz słoneczne weekendy zamknięty w domu, bo po wyjściu na zewnątrz zaczynasz kichać i łzawić a z nosa cieknie jak z kranu?

Design by Multimedia Image