Jesienne impresje lis20

Tagi

Podobne artykuły

Share

Jesienne impresje

 

Krople deszczu rozpryskują się na parapecie i malują smutne wzory na okiennej szybie. Kolejna jesień. Ostatnia dekada listopada i ładna pogoda ostatecznie przestała nas rozpieszczać. Ponuro. Co nas uratuje od depresji w taką pluchę? Dobre książki i dbałość o urodę, bo przecież nastanie kiedyś wiosna i ciepłe, słoneczne lato. Zrzucimy to wszystko czym zasłaniamy teraz ciało. A co słońcu pokażemy zależy tylko od nas. Zatem coś dla ciała i dla duszy. Noce jakby dłuższe, to i snu więcej w otulinie wspaniałych kosmetyków BingoSpa.

A dla duszy? Skoro nie możemy pomarzyć przy księżycu i gwiazdach bo ich nie ma na pochmurnym niebie, uśmiechać się do słońca, bo go nie widać w takie dżdżyste dni, to może kino? Najlepiej komedie w nadziei, że będziemy mieli powód do uśmiechu. Jako, że ogarnął nas jesienny czas nostalgii, przemijania, wracamy w takich chwilach do wspomnień, często spisywanych w pamiętnikach lub wyłaniających się z umysłu. Dzisiaj jedno z nich. Miałam półtora roku, kiedy ciężko przechodziłam powszechny wówczas koklusz. Rodzice wynajęli na okres urlopowy lokum w podradomskim Rajcu. Odwiedzał nas wychudzony i zgłodniały rudy kundel z obfitą długą i falującą sierścią o pysku młodego niedźwiadka. Był niczyj. Rodzice nie mieli sumienia pozostawić go na pewną zgubę i wracając po zakończonych wakacjach do Radomia zabraliśmy Miśka, ku mojej wielkiej radości, do domu. Mieszkanie mieliśmy bardzo ciasne, bo choć w rodzinnym dużym domu w centrum miasta, to gęsto zamieszkałym przez lokatorów z „decyzją” władz miasta. Właściwie to nie było mieszkania, ale jeden przechodni pokój. Babcia miała intymniej, bo przynajmniej wejście niekrępujące. Przez ścianę z nami mieszkała p. Gienia, rozwódka. Kiedy byłam już dorosła opowiadała, że pomimo mężowskiej zdrady powinna zostać przy nim, wybaczyć, bo teraz cierpi jeszcze dotkliwiej. Pani Gienia oczywiście musiała przechodzić przez nasz pokój. Dla mnie, małej, mocno śpiącej nie było to uciążliwością, ale dla młodego małżeństwa jakim byli moi rodzice na pewno. Dzisiaj wiem, dlaczego tak długo nie miałam rodzeństwa. W takich okolicznościach Misiek dodatkowo zajmował przestrzeń i nie wszystkich lokatorów polubił, zatem rodzice postanowili go oddać w dobre ręce.

Znalazł się chętny do którego pies został zaprowadzony, ale następnego dnia pogryzł właściciela i uciekł. Rodzice kupili niewielką działkę w zalesionym Pruszakowie. W owych latach Pruszaków zamieszkiwało kilka rodzin a wśród nich p. Irena z mężem. Dzieliła nas polana. Wówczas wydawała mi się ogromna. Potem, kiedy dorosłam okazało się, że cały jej obszar to kilka rozłożystych sosen. Rodzice wybudowali (zbili z desek) wiatę w której układali deski na domek. Tych desek pilnowali sąsiedzi. W okolicy grasowali złodzieje i o deski bali się najbardziej. Jeździliśmy „Saharą”, wielkim motorem z przyczepą (koszem) w którym mieściłam się ja, babcia i większy ode mnie Misiek, kiedy jeszcze z nami był i codziennie sprawdzaliśmy nasze deski. Wiadomość o ucieczce psa z nowego domu sprawiła nam ogromną przykrość. Jeździliśmy w jego poszukiwaniu po całym Radomiu. Podczas kolejnego wyjazdu do Pruszakowa, kiedy zbliżaliśmy się do polany, usłyszeliśmy radosne szczekanie. To był nasz Misiek. Biedny, wymizerowany, zmęczony i szczęśliwy. Został z nami do swego psiego końca i był stałym pasażerem „Sahary”. Jest druga w nocy. W wannie stygnie mi pachnąca solą BingoSpa woda.
Zatem kąpiel i w objęcia Morfeusza.

Jolanta Korpetta-Zych