Pełnia, halny i zaduszki lis16

Tagi

Podobne artykuły

Share

Pełnia, halny i zaduszki


Wielki „łysy” przygląda się spustoszeniu jakie czyni wiatr. Najwyższe nawet smreki kłaniają mu się nisko. Drzewa malują krajobrazy ostatnimi, opadającymi liśćmi. Na tle białej tarczy widzę szyderczy uśmiech. Pełnia nie pozwala wielu ludziom zasnąć, zagląda we wszystkie okna, budzi koszmary i namawia do złego. To w czasie takiej pogody budzą się demony i dochodzi do największej liczby samobójstw. Ten cyniczny uśmiech, kpiący z naszych problemów, słabości, nieszczęść, doprowadza wiele osób do agresji wobec siebie, popycha do nieprzewidywalnych czynów. W takich dniach dopada człowieka nostalgia. Parę dni temu wszyscy zapalaliśmy znicze na grobach najbliższych i tych z którymi związani jesteśmy wyłącznie pamięcią. Bardzo trudno pogodzić się z odejściem rodziców. Takie odejście jest jednak „ z góry” zapowiedziane, choć zawsze przedwczesne. Czujemy się opuszczeni, boleśnie osieroceni. Z nimi wiążą się nasze dziecięce i młodzieńcze wspomnienia. Tego odejścia, wraz z upływającymi latami, spodziewamy się i z taką myślą oswajamy.

Są jednak śmierci niezaplanowane, szokujące i uderzające z wielką siłą. Takie było odejście mojego brata – Krzyśka – znanego, zwariowanego radomskiego adwokata. Umarł tak jak żył, w szalonym pędzie radości z nabytego właśnie motocykla. Nigdy, w mojej obecności nic złego o innych nie mówił, nie kpił, nie wyszydzał. Przyjmował dary i koszmary losu z pogodą ducha. Znając go jestem przekonana, że już tam, wysoko, wybaczył sprawcy wypadku swoją śmierć i wspomina tylko dobre rzeczy, bo w stosunku do ludzi i złych rzeczy miał wyjątkowo krótką pamięć. Zostawił po sobie wielką, niewypełnioną przestrzeń. Nikt już do nas nie wpada w środku nocy z nowymi pomysłami, mapą i ewentualnymi żeglarskimi trasami. Nikt nie dzwoni do czekającego na korcie partnera tenisowego, mojego męża i nie mówi, że spóźni się pięć minut chociaż odległość, która go dzieli od miejsca spotkania to sto kilometrów. Nie można się było na niego gniewać za takie częste numery, bo zawsze, z serdecznością dziecka umiał się z nich wytłumaczyć. Nie wyzwalał agresji, nie dokuczał. Wielbiciel książek (chociaż nie wiem kiedy znajdował czas na ich czytanie), przygód realizowanych lub rodzących się właśnie w głowie. Wielki fantasta, a często i mitoman. Nie robił tego z chęci imponowania, ale dla zaspokojenia swojej zwariowanej obsesji- pędu, ciekawości świata i ludzi.

Dzisiaj, po wielu latach, oswojone i z konieczności „zaprzyjaźnione” z myślami o odejściu Krzyśka, plotkujemy sobie z Gosią (jego żoną). Nie chcemy się pogodzić z wyrytym na ciele upływem czasu i testujemy, razem z koleżankami, świetne kosmetyki BingoSpa by zlikwidować plamy na dłoniach i inne ślady „życiowego doświadczenia”.

Jolanta Korpetta-Zych