Zapachy Maroka Cz.I „Północ” lip09

Tagi

Podobne artykuły

Share

Zapachy Maroka Cz.I „Północ”

Płynie łódź, dopóki nie dobije do brzegu. Płynie rzeka, dopóki nie wyschnie, tak więc tylko czas płynie zawsze. Postanowiłam łapać szczęście w biegu dopóki nie dostanę zadyszki. Podróżuję. Wącham zapachy, poznaję inną kulturę i wiarę, podziwiam piękne zabytki i krajobrazy, czuję, że moje serce bije mocniej, że jestem szczęśliwa. Zachwycam się dziełem natury i człowieka. Tym razem udało mi się przejechać całe Maroko. Wyprawa rozpoczęła się w Tangerze. Już tam wcześniej byłam. To bardzo zeuropeizowane miasto, choć w architekturze, barwach i zapachach odmienne od starego kontynentu. Ukochane miasto malarzy i pisarzy. W Rabacie oczekiwała mnie wspaniała niespodzianka. Zimowy, smutny polski marzec, tu w Maroku przywitał mnie nie tylko słońcem i błękitem, ale także radosnymi bocianami. Widok naszych polskich ptaków na tle egzotycznych ruin zrobił na mnie wielkie wrażenie.

Ciekawym przeżyciem było zwiedzenie niedokończonego meczetu, który miał być największym na świecie. Teraz jest tam tylko wieża i kilkaset kolumn wyznaczających jego obszar, otoczone murem, przed którym stoi konna warta w przepięknych mundurach okrytych śnieżnobiałymi pelerynami. Zmiana warty, to widowisko, które na każdym zrobi wrażenie. Zapowiedź egzotyki oczekiwała na mnie w znanej z filmu Casablance. Klimat miasta bardzo mnie rozczarował, bo nie mogłam odnaleźć nastroju z kultowego filmu z Bogartem. Próżno szukałam słynnego baru i miejsc ukazanych w tym filmie. W każdym marokańskim mieście targi stanowią cud sam w sobie. Znajdują się w medynie, czyli najstarszej części miasta, otoczonej murami. Nie sposób opisać mieszaniny zapachów, feerie kolorów i symfonii dźwięków. Wszystko wokół mnie tętniło, błyszczało. Czułam się tam jak Alibaba w grocie rozbójników.

Mój zachwyt budziło rękodzieło – gliniane naczynia, ręcznie malowane ceramiczne cuda, lampy, różnobarwne, delikatne, zwiewne tkaniny. W osłupienie wprawiły mnie stoiska z nieprawdopodobną ilością wielobarwnych, wielokształtnych, pachnących, w  wielu przypadkach nieznanych mi przypraw. Jako typowa kobieta zainteresowałam się środkami do upiększania ciała. Jest tego mnóstwo. Na moich oczach kobiety, w tradycyjnych strojach, wytwarzały najpopularniejszy kosmetyk zwany „złotem Maroka”, czyli olejek arganowy. Jest on podstawą ulubionych moich kosmetyków firmy BingoSpa. Kobiety siedziały na ziemi. Nogami ściskały donicę i ucierały orzeszki arganowca. Wokoło roznosił się zapach przepalonego tłuszczu. Rozłupane orzeszki nakładały na sito i wyciskały olejek. Drobinki owocu miały zastosowanie jako peeling. Wyciśniętym olejkiem kobiety smarowały, jedyne odsłonięte partie ciała, dłonie stopy i twarze. Szokującym dla mnie był fakt iż kobiety, bez względu na wiek, miały piękne, młodzieńcze dłonie. Powiedziały, że to dzięki ciągłej styczności z olejkiem arganowym. Arabki ozdabiają swoje dłonie i stopy niezwykłymi, orientalnymi wzorami, rysowanymi czarną lub brązową henną. W związku z tym zwyczajem przeżyłam niezwykłą przygodę na suku w Marakeszu. Kiedy spacerowałam uliczkami medyny miedzy straganami zobaczyłam grupkę wesołych, roześmianych kobiet, malujących sobie nawzajem dłonie i stopy. Przystanęłam i podziwiałam tę sympatyczną scenkę. Nagle dwie Arabki, w tradycyjnych strojach ujęły mnie za ręce i zaczęły ozdabiać także moje dłonie, śmiejąc się i bardzo mnie zagadując ( takie typowe bajarki z Marakeszu). Byłam zachwycona do momentu, kiedy zażądały horrendalnie wysokiej ceny. Zrzedła mi mina. Nie miałam przy sobie takiej kwoty. Jako dopłatę zabrały z mojej torby rzeczy, które w niej wypatrzyły, kiedy pokazywałam jaką sumą dysponuję. Tak więc byłam lżejsza o długopisy, lusterko, kosmetyki i czekoladę. Mimo wszystko wspominam tę przygodę z uśmiechem. O niezwykle egzotycznej podróży, po mało znanym południu Maroka opowiem następnym razem.