Zapachy maroka Cz.II „Południe” lip09

Tagi

Podobne artykuły

Share

Zapachy maroka Cz.II „Południe”


Południe, to piasek w oczach, wieczorny chłód i słoneczny skwar. To niekończące się przestrzenie, palmowe oazy, wietrzne wybrzeże oceanu i rzadko pojawiający się na nim statek. Pustka wokoło, ale nie w sercu. Serce przepełnia radość istnienia. Można porozmawiać ze sobą, uporządkować swoje myśli. Wspomnienie takiego miejsca pozwala przetrwać gdy życie niszczy. Wędrowałam po targu wielbłądów, kóz i owiec. Wśród gromady zwierząt uwijały się postacie w kolorowych, tradycyjnych strojach – kobiety w hidżabach, mężczyźni w dżelabach, właściciele tych wychudzonych zwierząt i handlarze losem. Od wyznawców wudu kupiłam starą bransoletkę odganiającą złe moce i złe spojrzenia, pecha i wszelkiego rodzaju negatywne emocje. Obok leżały laleczki i kilkanaście igieł służących do sprowadzania zła. Podobno działa. Nie kupiłam. Zaszokował mnie fakt, iż w momencie, gdy pojawił się imam, stanął na przyczepie i rozpoczął nauki koranu, wszyscy skupili się wokół niego pozostawiając dotychczasowe zajęcia, towary i zwierzęta. Z podziwem patrzyłam na ich pogrążenie się w modłach i  uduchowione twarze. Zazdrościłam im tego całkowitego oderwania się od rzeczywistości.

Pustynia , to nie tylko oazy, to przede wszystkim nieprzebrane morze piasku. Wydawałoby się , że jest to krajobraz nudny i monotonny. Nic bardziej mylnego.  W rzeczywistości emanuje pięknem,  którego nie sposób opisać. Mieni się wieloma odcieniami żółci, złota, a oświetlony zachodzącym słońcem staje się rdzawy i błyszczący jak diamenty. Kiedy zawieje wiatr słychać „ śpiewające” piaski. Otaczająca mnie pustka sprawiła, że czas płynął wolniej, leniwiej. Czułam ogarniający mnie spokój. Pełny relaks. Oczami wyobraźni ujrzałam karawany idące niespiesznie w kierunku oceanu. Wielbłądy kroczyły dostojnie, obładowane dobytkiem. Ludzie pustyni, w pradawnych strojach i fantazyjnych nakryciach głowy zatrzymali się i zaczęli rozbijać obóz. Wydawało mi się, że słyszę ich rozmowy, brzęk naczyń, trzask ognia i cichutką melodię graną na orientalnych instrumentach, czuję zapach miętowej herbaty.

Często używam olejku z opuncji firmy BingoSpa. Wspominam o tym , ponieważ przeżyłam  nieprzyjemną przygodę z tymi roślinami. Południe Maroka jest bardzo słabo zagospodarowane. W czasie podróży zmuszeni byliśmy zatrzymywać się w różnych dziwnych miejscach. Niby nic, zwykła wąska szrotowa  droga. Przewodnik ogłosił „Panie na lewo, panowie na prawo”. Polecenie okazało się niewykonalne, ponieważ z lewej strony były wyłącznie strome skały. Musiałyśmy dołączyć do panów po stronie prawej, którzy z ulgą na twarzy opuszczali to miejsce. A tam niespodzianka. Urwisko, przed którym, na niewielkiej płaskiej przestrzeni rosły gęsto opuncje. Panom to tak bardzo nie przeszkadzało, ale nam? Siła wyższa zmusiła nas do wejścia w te kaktusy. Możecie sobie wyobrazić jak bolesna była ta „nasiadówka” i jak wiele czasu poświęciłam na wyciąganie kolców, dużych i małych, z miejsca, gdzie plecy kończą swoją szlachetną nazwę. Na szczęście miałam ze sobą olejek arganowy firmy BingoSpa. Tak więc przez kolejne dwa dni na przemian wyciągałam kolce i smarowałam bolące miejsca. Nadomiar złego, wiedziona ciekawością, zerwałam dorodny, różowy owoc rosnący na czubku kaktusa. Popełniłam fatalny błąd. Obie dłonie miałam pokłute cieniutkimi jak włos i piekielnie kłującymi  i piekącymi kolcami, których nie mogłam się pozbyć przez długi  jeszcze czas.

 Thomas Jefferson powiedział „sztuka życia, to sztuka unikania cierpień”. Na pewno w tym czasie nie siedział w kaktusach.